sobota, 27 sierpnia 2011

Siemion, Piotr: Niskie Łąki

Świetnie napisana książka, z której absolutnie nic nie zapamiętam. Niby zostają dwie rzeczy: że Polska początku lat 90. to było absolutne biznesowe szaleństwo, wolna amerykanka i przewały na każdym kroku, oraz że próba połączenia osoby, która oczekuje poważnego związku i żyli długo i szczęśliwie z osobą, która po prostu chce wolności, to jest bardzo zły pomysł. Ale obie z nich już wiedziałem. Czyli nie zostaje nic nowego. Nie mam pojęcia jaki jest morał, nie zrozumiałem wymowy, pisanie dla pisania. Dobrze, że chociaż fajnie napisane.

Bollaín, Icíar: Nawet deszcz

Bardzo spoko film, choć ja jestem generalnie nieczułą świnią i losy biednych tego świata jedynie przyjmuję do wiadomości, nie ronię łez. Dlatego koncepcja porównania dzisiejszego kapitalistycznego wyzysku ubogich boliwijskich Indian do kolumbijskiej konkwisty wydaje mi się interesująca, acz nieszczególnie wstrząsająca.
Wstrząsające nie są też indywidualne przemiany głównych bohaterów, ale przynajmniej w części są całkiem interesujące, jak na przykład ta Alberto, grającego Ojca Bartolome (Carlos Santos), z którego w decydującym momencie wyłazi mały-malutki tchórzyk i tak ładnie pokazuje jak daleki jest jednak Alberto od granej przez siebie postaci. Niektóre z tych przemian natomiast są średnio dla mnie zrozumiałe, jak choćby ta Sebastiána (Gael García Bernal) - z idealisty i wrażliwej na nieszczęście innych duszy w cynicznego skurwiela gdy trzeba ratować życie małej dziewczynki, a potem z powrotem we wrażliwca i niezłomnego bojownika gdy wszyscy inni uciekają. Ale poza takimi detalami to całkiem spoko film. I muzyka fajna. I krajobrazy.



Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Nawet+deszcz-2010-557773

piątek, 26 sierpnia 2011

Szczygieł, Mariusz: Zrób sobie raj

Sobota, 12.30
Jestem na ulicy Újezd na Malej Stranie, gdzie Benedykt XVI wprost z lotniska przyjeżdża do kościoła Matki Boskiej Zwycięskiej, żeby wręczyć złotą koronę słynnemu praskiemu Dzieciątku Jezus. Dzieciątko (mówi się na nie "Jezulátko") to czterdziestosiedmiocentymetrowa rzeźba małego (może trzyletniego z wyglądu) Jezusa, która uratowała Pragę przed Szwedami w 1639 roku i potrafi uzdrawiać. Wczorajsza gazeta "Mladá fronta DNES" podkreśla, że klasztor jest miejscem, które inspirowało Antoine'a de Saint-Exupéry'ego do napisania Małego Księcia. (Według mnie Jezulátko wygląda jak jego wcielenie). W tym miejscu pewien Brazylijczyk wymodlił sobie nawet sławę pisarza. Nazywa się Paulo Coelho i do dziś to wspomina.
Sprzedawca jezulátek z naprzeciwka wyznaje gazecie, że do sklepu karmelitów przychodzą głównie Włosi, Hiszpanie i Brazylijczycy. Czechów może z dziesięć procent i najczęściej pytają: - To jakaś lalka, nie?
Pod kościołem jest z tysiąc osób, najbardziej słychać polskie głosy. Piszczą Polki. Jacyś Czesi usiłują krzyczeć: "At' žije papež!", ale po trzech krzykach są zagłuszeni przez polskie kobiety.  Im bardziej Czesi chcą krzyczeć, tym Polacy są głośniejsi.  Papież podaje rękę najbliżej stojącym. Burmistrz Pragi Pavel Bém wita go w najbardziej ateistycznym kraju świata, ale podkreśla, że przecież Benedykt XVI przywozi wartości, które mogą być wspólne dla wszystkich, np. miłość bliźniego.  Pani Irena z Wambierzyc krzyczy: "Niech żyje papież!". Miała nawet krzyczeć po czesku, ale mówi: "Pomyślałam, że Czechom już nic nie pomoże, a Ojciec Święty zorientuje się, że ma tu też swoje towarzystwo".
[s. 161-162]


Tak, trochę lalka - w sklepiku naprzeciwko kościoła da się kupić figurki w różnych wersjach ubraniowych i w różnych rozmiarach, ale w sklepiku przykościelnym można już zakupić sobie samą figurkę w białej komeżce i osobno zdobne szatki w różnych kolorach aby ją samodzielnie w domu przebierać. Taka Barbie tylko dla wierzących.
Jak to jest z tą religijnością Czechów - nie wiem. Niby w niedzielę w kościele na praskim Žižkovie był tłumek; mniejszy niż w warszawskich kościołach, ale czy to było 3%, 10% czy 30% populacji tej parafii to nie potrafię ocenić.

Wiem za to jak to jest z tym pisaniem Szczygła - w "okołoreligijnej" części książki tak jakby spróbował wymknąć się swoim stałym reportażowym zagraniom, ale nie wyszło mu to dobrze. Miałem wrażenie sieczki i niespójności, pomimo przecież jednego motywu tematycznego łączącego kilka tekstów. I chociaż nie czytało się źle, to jednak najlepsze jest pierwszych 100 stron: o konkretnych ludziach bardziej niż o społeczeństwie w ogóle. Zwłaszcza tekst o fotografie czeskim Janie Saudku daje radę.

--

A tekst o Benedykcie jest do przeczytania online: http://wyborcza.pl/1,76842,7117261,Dobrej_zabawy_z_papiezem.html

czwartek, 18 sierpnia 2011

Mołdawia - Ukraina




I znowu wschód. Miała być Mołdawia, ale dzięki poznanym w Orhei Filipowi i Krzyśkowi, którzy podróżowali samochodem, wyszła także Ukraina. Straciłem w tej podróży aparat fotograficzny, więc część zdjęć robionych jednorazówką jeszcze muszę wywołać.

Tymczasem fotki, a może później i jakiś komentarz od Stefana, można znaleźć o tutaj: http://beznaswy.blox.pl/2011/08/Ludzie-bez-facebooka.html i w kolejnych jego postach.

Tegoroczna podróż ina Stefan stajli zaliczona!

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Praga, at last!

Od przynajmniej 8 lat mamrotałem sobie co wakacje, że w końcu pojechałbym do Pragi. I jakoś nie wychodziło - aż w końcu w tym roku wyszło!
5 dni - jak dla mnie w sam raz. Przez 4 dni złaziliśmy się jak dzikie świnie, piątego obejrzeliśmy już na spokojnie kilka zaległych kawałków. Gdybyśmy zostali tydzień też pewnie byśmy się nie nudzili, ale pięć dni na pierwszą, taką bardzo turystyczną wizytę, to w sam raz.

Pierwszą, bardzo turystyczną - czyli taką, podczas której zalicza się wszelkie atrakcje. Myśmy zaliczyli przede wszystkim te zewnętrzne - czyli spacery Starym Miastem, Nowym Miastem, Wyszehradem, Hradczanami, Małą Straną, ale i parki: znakomite Letenske sady z metronomem, fajnym, ale jednak nieprzykrywającym dziury pozostałem po Stalinie (odsyłam do świetnego reportażu Mariusza Szczygła) czy trochę bardziej elegancki (i popularny) Petřin, z małą kopią wieży Eiffla i kolejką linową (co ciekawe, przejazd jest na normalne bilety komunikacji miejskiej).

Z atrakcji wewnętrznych chyba tylko Hradczany się bronią, bo reszta - niestety zarówno muzea (Muchy, Veletrzni palac, Narodowe w remoncie) jak i inne obiekty, typu wieża telewizyjna na Žižkov‎ie, raczej rozczarowują. Czasami rozczarowują tym, że są po prostu... no, słabe, jak ta wieża, a czasami tym, że są regularnie zawalone turystami. Np. na Most Karola nie ma co w ogóle przychodzić po 10 rano. Stragan na straganie a między nimi lawirują tysiące turystów.

W takich chwilach najlepiej udać się do knajpy ;)

I tutaj przy okazji refleksja - jednak w Czechach znajdujemy się nadal na tradycyjnie słowiańskim obszarze, na którym może się okazać, że turysta, jeśli tylko się nie umie obronić, walony jest na wszystkim jak się da. Tak wspominam na przykład wizytę w knajpie U Vejvodu, w której okazało się, że chlebek jako przystawka do dania z knedlami chlebowymi (!) jest obowiązkowy (i płatny, i nie można zrezygnować), zaś kelnerka do rachunku dolicza sobie 15% napiwku, który też jest obowiązkowy. Oczywiście pewnie można by się o to wykłócić, ale pewnie z jej szefem i pewnie po czesku. Z nią, po angielsku - raczej nie. Zresztą, nie po to wchodzę do knajpy na obiad i piwo żeby się wykłócać.

Szczęśliwie, takiego zawodu nie sprawiają wszystkie lokale. Gdyby ktoś szukał, to mogę spokojnie polecić:

1. W centrum - U Medvídků: genialne warzone na miejscu piwo (można podejrzeć proces), dobre żarcie, napiwek wcale nie okazuje się obowiązkowy, ale obsługa jest tak fajna, że tradycyjne 10% wyskakuje z kieszeni bez zbędnych protestów.

2.Na Žižkov‎ie - U Mariánského obrazu: świetna kuchnia i fajna, swobodna atmosfera. Taka niezbyt turystyczna lokalna knajpa.
Oraz tuż obok - absolutny przebój naszej wycieczki - Pivnice U Sadu. Też lokalnie, też kuchnia bez żadnych pytań, uwag czy zastrzeżeń, koncepcje kulinarne takie jak np. trzy wielkie kotleciska z trzech rodzajów mięsa, bez żadnych dodatków (oczywiście można domówić, ale po co ;) ), które podbiły moje serce. Dobre piwka, np. odkrycie wycieczki - Svijany - albo równie ciekawy Berounský medvěd. No i atmosfera - od późnego przedpołudnia do nocy coraz większy tłum w lokalu i w ogródku przed nim, ludzie, którzy przychodzą od siebie, z nieodległych domów, żeby posiedzieć i pogadać przy piwku i dobrym jedzeniu.

W ogóle Žižkov‎ i sąsiednie Vinohrady to fantastyczne dzielnice - blisko centrum, a jednak w ogóle bez tłumów zwiedzających. Stare kamienice, małe knajpki i lokalne restauracje. No i do tego ta przepiękna wieża... ;)

Przy okazji za podpowiedzi co do organizacji zwiedzania dziękuję Piotrkowi i Rudemu. Zwłaszcza sugestie co do wyboru knajp okazały się, z drobnym wyjątkiem, cenne!


Kilka (...set, w końcu ja mało nie umiem ;> ) fotek na Picasie:



Filip, Ota: Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy


"Nie umiesz już wierzyć - mógłby powiedzieć Ludwa - nieźle cię to walnęło, we łbie masz poupychanych tyle doświadczeń, że się o nie potykasz... Wstajesz, znów się potykasz i jesteś w dołku..."
"Masz rację, Ludwa - musiałbym odpowiedzieć - ale co ty możesz wiedzieć o moich żyłkach i haczykach, które się we mnie wbijają i ciągną mnie tam, dokąd nie chcę. [...] Ludwa, taki jest mój świat! Dawniej myślałem, że ruszę na wojnę i wygram choćby jedną, ale decydującą bitwę, nie doszło jednak do niej i to jest moja katastrofa. Toczyłem tylko daremne, głupie potyczki, nic więcej. Ludwa, zawsze pragnąłem kogoś nienawidzić, ale nawet tego nie potrafię. Znam usprawiedliwienia i mowy obrończe dla wszystkich, lecz gdybym je wygłosił, zorientowałbyś się, że właściwie bronię siebie. Teraz wszyscy poszukujemy w sobie korzeni uczciwości. Chyba nadchodzi czas, kiedy będę mógł je w sobie wyhodować i wypatrzyć kawałek solidnej ziemi, gdzie je zapuszczę bez obawy, że ktoś mnie znowu przesadzi i przytnie pędy wedle własnego upodobania. Ludwa, taką mam wielką nadzieję w tym roku!"
Tak sobie w myślach rozmawiałem z Ludwą, podczas gdy Anka opierała głowę o moje ramię.
Czekałem cierpliwie, jakimi mnie zarazi marzeniami.
[s. 546]

W pewnym momencie zaczęła mnie ta książka niesamowicie irytować, bo bohater miejscami spełnia wszystkie kryteria przynależności do mojej kategorii cipowatych bohaterów. A cipowatych bohaterów, czyli w dużym skrócie takich, którzy nie potrafią podjąć nigdy żadnej decyzji, nie znoszę aż do wyrzygania. Ale im bardziej opowieść tego cipowatego bohatera się rozwijała, tym bardziej zauważałem, że to raczej ten rodzaj cipowatości programowej - niepodejmowania żadnych decyzji w ramach własnej strategii przetrwania - o którym już czytałem przed chwilą np. w reportażach Szczygła. 

"Przegrałeś - szepnąłem sam do siebie - przegrałeś, i to w marnym stylu. Jakże jesteś żałosny!"
Ale nie złościłem się na siebie, wręcz odwrotnie: uświadamiałem sobie, że ta haniebna porażka przynosi mi specyficzną ulgę. Zawsze po ciężkim laniu przekonywałem siebie samego, że w gruncie rzeczy odniosłem moralne zwycięstwo i że nie przystoi mi, żebym ja też wymachiwał wokół siebie pięściami. Ze strachu po prostu jestem demokratą.
Gardzę przemocą tylko dlatego, że boję się odpowiedzialności za nią. Odzwyczaiłem się od ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności. Całkowicie rozmyślnie zostawiam ją tym, którzy mnie zeszmacili. Ale żeby nie czuć się zbyt upokorzony i bezsilny, przypisuję swojej postawie moralną przewagę nad brutalnością. Chciałbym doczekać chwili uzyskania takiej zwyczajnej, fizycznej, zwierzęcej przewagi, gdy dojrzałaby we mnie odwaga, by walnąć kogoś w łeb z pełną świadomością, że za ten cios poniosę pełną odpowiedzialność przed sobą oraz przed innymi.
[s. 443]

Warto zresztą pamiętać, że ta książka, choć u nas wydana stosunkowo niedawno (w 2005), ma już prawie czterdzieści lat. Napisana w 1973 roku opisuje okres od lat 20. do roku 1968. I gdzie jak gdzie, ale w Morawskiej i Śląskiej Ostrawie jakaś strategia przetrwania była w tych czasach potrzebna.

Strategie przetrwania miały jednak to do siebie, że nieuchronnie brudziły człowieka w jakiś sposób, i dlatego czasami czyta się tę książkę z takim wewnętrznym ble, ale przeczytać warto. Chociażby dlatego, że jednak poza moralnymi dylematami, jest tam sporo znakomitych historii ludzi i opisów miasta, którego wielokulturowość i wielonarodowość jest wręcz fascynująca. No i jeszcze, wszystko to opisywane w sporej części z perspektywy fanów lokalnej piłki.

W tym mieście mogło się zdarzyć cokolwiek, no i się zdarzało. Gipsowa Matka Boska z kościoła w Śląskiej Ostrawie zapłakała, kiedy podczas procesji ktoś jej utrącił prawą rękę. W prawdzie ręka została przyklejona, ale byle jak, więc Matka Boska płacze ponoć do dzisiaj.
Pewien górnik z Muglinowa odmówił miejskiemu muzeum sprzedaży cennego meteorytu, bo wybornie pasował mu jako przycisk na beczkę do kiszenia kapusty.
- Kapusta ma wspaniały smak, od kiedy przyciskam ją meteorytem - oznajmił dziennikarzom.
Pewnego letniego wieczoru zaatakowała miasto chmara jętek, paraliżując miejską komunikację. Prorocy z Radwanic wyłożyli to przyrodnicze zjawisko jako ostrzeżenie przed nadchodzącą katastrofą. Tylko że w mieście żelaza katastrofy zdążyły już spowszednieć.
Dyrektor generalny kopalń zwinął kasę z siedmioma milionami. Złapali go aż w Panamie. Ze skradzionych milionów nie miał już ani korony - w ciągu pół roku zdążył przeputać wszystko.
- Teraz jestem zadowolony. Miałem najpiękniejsze kobiety z Paryża, Miami Beach i Hawany. Po dwudziestu latach życia z moją megierą, koniecznie potrzebowałem zmiany - oświadczył przed sądem pan dyrektor.
Sędzia Ernest Wurzel uniewinnił mężczyznę, który w przypływie zazdrości zabił żonę żelazkiem.
- Żal mi było gościa - oznajmił pan Wurzel w kawiarni "Feniks" znanemu dziennikarzowi, w związku z czym jego słowa trafiły do "Czeskiego Słowa Wieczornego". - Gdyby, miał odwagę zabić swoją Sarę, a przy tym wiedział, że trafię na sędziego, który byłby w stanie mnie zrozumieć, tak jak ja zrozumiałem tego nieboraka, zrobiłbym to jeszcze dziś wieczorem.
Wszystko, co gdzie indziej traktowano by jako dziwaczną ekstrawagancję, tutaj odbierano niemal obojętnie, rejestrując to po prostu jako fakt.
Uwagi nie zwrócił nawet pan Hubert Muszial, były zawodnik FC Śląska Ostrawa, typ myślącego sportowca, który po wykluczeniu z drużyny wziął się za spirytyzm, zakładając Sektę Uczniów z siedzibą w radwanickim Domu Duchów. Uczniowie uprawiali okultyzm, dorabiając sobie kieszonkowymi kradzieżami.
[s. 220-221]