W maju 2 wycieczki - lokalna i zagraniczna. Luksus.
Zaczęliśmy od Białogóry, ale z przystankiem w Ostródzie i nad Kanałem Elbląskim. Statki przetaczane po pochylniach - największa frajda. Pogoda nieciekawa, ale jakoś tam wytrzymaliśmy. Więcej foteczek po kliknięciu: https://goo.gl/photos/HgzWs2PsC5nyWUFBA
A w połowie maja przygarnęli nas na przedłużony weekend Agnieszka z Piotrem i Hanią. Foteczki: https://goo.gl/photos/kirqC98oHPV3Zz3LA
Londyn widziałem ostatnio 16 lat temu - byłem tam w wakacje w 2001 r.
Część rzeczy się nie zmieniła - oczywiście nie mówię o zabytkach, które stoją od wieków, ale np. z uśmiechem odnotowałem te same wagony metra: niskie, dość ciasne, gorące, z charakterystycznymi "poddupnikami" na końcach. Część jednak jest zupełnie inna. Sprzed 16 lat miałem wspomnienie, że to miasto niezwykle brudne. Śmieci leżą na ulicach, które aż lepią się od brudu. Pamiętam, że brzydziłem się chodzić w sandałach. Dziś, choć śmietników nadal nie ma (zamiast nich stoją potykacze przypominające o zakazie śmiecenia), jest zdecydowanie czyściej. Nie wiem jak dokładnie to osiągnęli, ale osiągnęli.
Imponujące są też inwestycje budowlane: nie mówię tylko o biurowcach w City, ale także o zmodernizowanych muzeach (British, Tate) czy nawet o apartamentowcach po południowej stronie Tamizy.
Ale co mi się chyba najbardziej podobało, to że można w 30 minut z zatłoczonego centrum przedostać się do dzielnicy takiej jak Crouch End, która nadal wygląda jakby była małym miasteczkiem, uroczym, spokojnym bardzo lokalnym, tyle że jest doskonale skomunikowana z resztą miasta. Taki model miasta klikam bardzo.
Nie zachwyciły mnie natomiast piweczka. Nawet krafty robią tak, żeby smakowały trochę jak bitter czy mild. Szału nie ma.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
środa, 31 maja 2017
sobota, 18 lutego 2017
Varga, Krzysztof: Langosz w jurcie
W trakcie wakacji znowu wpadliśmy na chwilę na Węgry1 i znowu się zachwyciłem. Tym razem założyliśmy bazę w Nagyatád - trochę na uboczu turystycznych szlaków. Kemping wyglądał, jakby lata prosperity miał za sobą; nie, że jakościowo - było czysto, elegancko. Ale - przygotowany na 100+ kamperów - zajęty był może w 10%. W tym samym czasie w Chorwacji mieliśmy kłopot ze znalezieniem wolnego miejsca na kilku kolejnych polach namiotowych. Zwiedziliśmy Pecz, kilka wsi w regionie winiarskim Villány-Siklósi (te rzędy piwniczek pozamykanych na głucho...), trochę się pobyczyliśmy na skromnym kąpielisku w Nagyatád i śmignęliśmy lokalnymi, bocznymi drogami do Sopronu. Drogami, po których było widać, że kilka(naście?) lat temu zbudowano im konkurencję w postaci autostrad - z zamkniętymi gospodami, zrujnowanymi stacjami benzynowymi, wystawami ogrodowych krasnali, których nikt już nie sprzedaje, ale też nikomu nie chciało się ich sprzątnąć.
Sam Sopron to piękne miasteczko i turystyczna atrakcja, ale my znów założyliśmy bazę w mniejszej dziurze - Sopron-Balf. A tam tradycyjne nic: przydrożne stragany, centrum finansowe w postaci bankomatu i banku zamykanego o 16:00, z 3 knajp czynna jedna, a zapowiadane kąpielisko termalne okazało się sanatorium wyjętym żywcem z Polski lat 80. Tak to wyglądało, jak mając 5 lat jeździłem z rodzicami do podobnego ośrodka w Muszynie (Metalowiec, o ile dobrze pamiętam) - tylko napisy węgierskie.
Posnuliśmy się więc po madziarskich dziurach i kiedy wróciliśmy, domykająca trylogię węgierską ksiązka Vargi wydawała mi się również idealnym dopełnieniem wakacji.
Niestety, rozczarowałem się nieco. Czegoś mi w Langoszu... brakuje. Jakby podano mi ten placek bez śmietany i sera. Jakbym towarzyszył autorowi w podróży, ale nie wiedział po co ja właściwie jadę, co to jest, co powinienem zauważyć, zapamiętać, z czym mam wrócić.
Pojechaliśmy tu, było pusto, nic nie było, zapowiadanej gospody nie było, zawróciliśmy; pojechaliśmy tam, było pusto, nic nie było, była gospoda, zjedliśmy, pojechaliśmy dalej... - albo czasem coś było, o czym mam jakąś historyjkę albo osobistą refleksję, albo z czego się nieco pośmialiśmy lub na co się skrzywiliśmy. No, nie mogę się zachwycić tym schematem. Miło się czyta, fakt, bo i ja jeździłem i widziałem, że nic nie ma, i jadłem, a czasami nie jadłem, bo gospoda była zamknięta. Ale miło się czyta po zachwycie2 z jakim wręcz pożarłem Gulasz... i Czardasza... to nie jest komplement.
To, co było fascynującą podróżą dla mnie i co - w wersji dłuższej i bardziej rozbudowanej - było na pewno fascunującą podróżą dla Vargi, okazało się nie do końca przekładalne na papier. W Gulaszu z turula i Czardaszu z mangalicą było coś więcej: może Historia (ta właśnie przez wielkie H), może coś innego, ale uniwersalnego, zmieniającego opowiadanie w Opowieść. Langosz..., mam wrażenie, nie wchodzi ponad poziom anegdoty.
Być może należało mieć tę książkę ze sobą w trakcie wakacji, jeździć śladem Vargi, czytać Langosza... jak przewodnik. Być może.
1. Telegraficzne podsumowanie tej części wakacji: http://witoldwoicki.blogspot.com/2016/08/starym-pezotem-mkniemy-przez-swiat.html
Foteczki: https://goo.gl/photos/KDvVGRmGPxr9WVcK6
2. O Gulaszu... wspomniałem (http://witoldwoicki.blogspot.com/2010/10/varga-krzysztof-gulasz-z-turula.html), o Czardaszu... tylko miałem (http://witoldwoicki.blogspot.com/2014/08/mangalica-tour-2014.html), ale zachwyt był!
Sam Sopron to piękne miasteczko i turystyczna atrakcja, ale my znów założyliśmy bazę w mniejszej dziurze - Sopron-Balf. A tam tradycyjne nic: przydrożne stragany, centrum finansowe w postaci bankomatu i banku zamykanego o 16:00, z 3 knajp czynna jedna, a zapowiadane kąpielisko termalne okazało się sanatorium wyjętym żywcem z Polski lat 80. Tak to wyglądało, jak mając 5 lat jeździłem z rodzicami do podobnego ośrodka w Muszynie (Metalowiec, o ile dobrze pamiętam) - tylko napisy węgierskie.
Posnuliśmy się więc po madziarskich dziurach i kiedy wróciliśmy, domykająca trylogię węgierską ksiązka Vargi wydawała mi się również idealnym dopełnieniem wakacji.
Niestety, rozczarowałem się nieco. Czegoś mi w Langoszu... brakuje. Jakby podano mi ten placek bez śmietany i sera. Jakbym towarzyszył autorowi w podróży, ale nie wiedział po co ja właściwie jadę, co to jest, co powinienem zauważyć, zapamiętać, z czym mam wrócić.
Prawie w każdej wsi stały tablice z napisem "Mięso na sprzedaż", "Prosiak na sprzedaż", "Słonina na sprzedaż", można było zaopatrzyć się w zapasy wieprzowiny na całe życie, a przy niektórych obejściach widniały też oczywiście napisy, że cały dom jest na sprzedaż, choć któż by chciał tu kupić dom?
[s. 91]
Pojechaliśmy tu, było pusto, nic nie było, zapowiadanej gospody nie było, zawróciliśmy; pojechaliśmy tam, było pusto, nic nie było, była gospoda, zjedliśmy, pojechaliśmy dalej... - albo czasem coś było, o czym mam jakąś historyjkę albo osobistą refleksję, albo z czego się nieco pośmialiśmy lub na co się skrzywiliśmy. No, nie mogę się zachwycić tym schematem. Miło się czyta, fakt, bo i ja jeździłem i widziałem, że nic nie ma, i jadłem, a czasami nie jadłem, bo gospoda była zamknięta. Ale miło się czyta po zachwycie2 z jakim wręcz pożarłem Gulasz... i Czardasza... to nie jest komplement.
To, co było fascynującą podróżą dla mnie i co - w wersji dłuższej i bardziej rozbudowanej - było na pewno fascunującą podróżą dla Vargi, okazało się nie do końca przekładalne na papier. W Gulaszu z turula i Czardaszu z mangalicą było coś więcej: może Historia (ta właśnie przez wielkie H), może coś innego, ale uniwersalnego, zmieniającego opowiadanie w Opowieść. Langosz..., mam wrażenie, nie wchodzi ponad poziom anegdoty.
Być może należało mieć tę książkę ze sobą w trakcie wakacji, jeździć śladem Vargi, czytać Langosza... jak przewodnik. Być może.
1. Telegraficzne podsumowanie tej części wakacji: http://witoldwoicki.blogspot.com/2016/08/starym-pezotem-mkniemy-przez-swiat.html
Foteczki: https://goo.gl/photos/KDvVGRmGPxr9WVcK6
2. O Gulaszu... wspomniałem (http://witoldwoicki.blogspot.com/2010/10/varga-krzysztof-gulasz-z-turula.html), o Czardaszu... tylko miałem (http://witoldwoicki.blogspot.com/2014/08/mangalica-tour-2014.html), ale zachwyt był!
czwartek, 25 sierpnia 2016
Starym peżotem mkniemy przez świat
12 dni, 3620 kilometrów. Warszawa -> Wrocław -> Srebrna Góra -> browar Miedzianka -> Kolorowe Jeziorka -> Czeski Krumlov -> Ljubljana -> Postojna -> Rovinj -> Jeziora Plitwickie -> Zagrzeb -> południowe Węgry -> Sopron -> Wiedeń -> Warszawa. Codziennie jakaś trasa, więc wypoczynku było niezbyt wiele, ale fajnych rzeczy po drodze - mnóstwo.
Lubię wakacje. Kilka(set) foteczek po kliknięciu: https://goo.gl/photos/KDvVGRmGPxr9WVcK6
- Dolny Śląsk jest fajny!
- Czechy jak zwykle super; ciekawy zwyczaj: na kempingach prysznice dodatkowo płatne. Ciekawa lekcja na przyszłość - zawsze brać adapter zasilania CEE.
- Ljubljana ma piękną starówkę: ładną, gwarną, z super knajpami, a jednocześnie łatwo znaleźć zaciszne i urokliwe zaułki.
- Jaskinia Postojna robi wrażenie, ale w szczycie sezonu nie można się nacieszyć wycieczką, grupa za grupą, nie ma czasu na dokładne oglądanie.
- Toalety na słoweńskich kempingach to groza.
- Chorwacja w sierpniu, przynajmniej Istria, to kompletne nieporozumienie - cenowo + jeśli chodzi o ilość ludzi. Podobno już od ostatniego tygodnia sierpnia jest OK, my uciekliśmy.
- Jeziora Plitwickie są przepiękne, plus jest koło nich luźniej, spokojniej i taniej niż na wybrzeżu. Ale jest też chłodniej, 11 sierpnia temperatura w nocy około 10 stopni + wilgoć. Kiepsko jak na namiot.
- Zagrzeb fenomenalny, a potańcówka w piątkowy wieczór w centralnym parku miasta była najlepszą niespodzianką.
- Węgry jak zwykle nie zawiodły: finansowa ulga, świetne wino, znośna ilość ludzi, smaczne jedzenie, dobra pogoda, ekstra kąpieliska. Najlepiej.
- Wiedeń. Wiedeń jest bardzo dobrym miastem do spędzania w nim lata. Wracałbym.
- Czeskie autostrady są remontowane.
- Polskie drogi, jak się ma auto, które daje radę 115km/h w porywach, to groza.
Lubię wakacje. Kilka(set) foteczek po kliknięciu: https://goo.gl/photos/KDvVGRmGPxr9WVcK6
piątek, 15 lipca 2016
Azory, Madryt
Byliśmy na wycieczce. Zrobiliśmy zdjęcia. O wycieczce coś wkrótce dopiszę, ale póki co się pożalę: jestem nieutuloną sierotą po Picasie. W porównaniu z Picasą Google Photos obsysa okrutnie:
Nie rozumiem tej zmiany. Googlu, robisz to źle.
- nie mogę zrobić jednej publicznej galerii moich albumów, mogę tylko linkować do każdego albumu z osobna;
- nie mogę zaznaczyć lokalizacji indywidualnej foteczki;
- nie mogę w łatwy sposób wpisywać wielu podpisów do zdjęć;
- same podpisy też są prawie niewidoczne.
Nie rozumiem tej zmiany. Googlu, robisz to źle.
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Rzym
W końcu udało nam się skreślić pozycję nr 1 z listy planowanych wycieczek - Rzym. Pojechaliśmy w 4 grudnia, w piątek, wróciliśmy w poniedziałek. Trochę było obaw czy zdążymy ze wszystkim, ale czasowo wypadło w sam raz.
Przede wszystkim - drugi raz byliśmy we Włoszech na początku grudnia i drugi raz pogoda była cudowną odskocznią od polskiej zimy. 14-15 stopni, przewaga słońca, bez deszczu. Luksus.
Poza tym - Rzym to jest jakieś drogowe szaleństwo. Mokry sen wszystkich kierowców-anarchistów. Jeżdżą jak chcą, parkują wszędzie. Nie ma takiego miejsca - pasy, chodnik, skrzyżowanie - które nie nadawałoby się na parking. Nie zwalniają aby przepuścić pieszych na pasach, Co najwyżej w ostatniej chwili hamują. Wieczne miasto jest też wiecznie zakorkowanym miastem. Groza.
Dodatkowo - przejechaliśmy przez przedmieścia: są na poziomie przedmieść Radomia. Urbanistyczny chaos, reklamowy bajzel, brzydko, brudno, nijako.
Wszystko to powiedziawszy, mogę dotrzeć do najważniejszej części wspominek z wycieczki: Rzym jest super. Jego centralna część jest bardzo ładna, idealna do spacerów. Budynki albo piękne, albo imponująco wiekowe, albo jedno i drugie; zieleń, parki, place - wszystko to, co turystom-łazikom zapewnia szczęście. Knajpy są przyjazne i karmią dobrze, rzemieślnicze piwa na wysokim poziomie są łatwe do znalezienia, ludzie się uśmiechają. Można zaginąć na długie tygodnie w przepastnych muzeach, ale można tez po prostu iść na spacer i np. wchodzić do kościołów, są na każdym rogu, a w każdym jest albo jakaś wyjątkowa rzeźba albo cała kaplica, albo przynajmniej kilka godnych uwagi obrazów.
Jeśli ktoś szuka miasta na przedłużony weekend, Rzym jest znakomitym celem.
Trochę foteczek po kliknięciu.
PS: W ramach przygotowań do wycieczki przeczytałem Anioły i demony Dana Browna. Bardzo eleganckie czytadło.
Przede wszystkim - drugi raz byliśmy we Włoszech na początku grudnia i drugi raz pogoda była cudowną odskocznią od polskiej zimy. 14-15 stopni, przewaga słońca, bez deszczu. Luksus.
Poza tym - Rzym to jest jakieś drogowe szaleństwo. Mokry sen wszystkich kierowców-anarchistów. Jeżdżą jak chcą, parkują wszędzie. Nie ma takiego miejsca - pasy, chodnik, skrzyżowanie - które nie nadawałoby się na parking. Nie zwalniają aby przepuścić pieszych na pasach, Co najwyżej w ostatniej chwili hamują. Wieczne miasto jest też wiecznie zakorkowanym miastem. Groza.
Dodatkowo - przejechaliśmy przez przedmieścia: są na poziomie przedmieść Radomia. Urbanistyczny chaos, reklamowy bajzel, brzydko, brudno, nijako.
Wszystko to powiedziawszy, mogę dotrzeć do najważniejszej części wspominek z wycieczki: Rzym jest super. Jego centralna część jest bardzo ładna, idealna do spacerów. Budynki albo piękne, albo imponująco wiekowe, albo jedno i drugie; zieleń, parki, place - wszystko to, co turystom-łazikom zapewnia szczęście. Knajpy są przyjazne i karmią dobrze, rzemieślnicze piwa na wysokim poziomie są łatwe do znalezienia, ludzie się uśmiechają. Można zaginąć na długie tygodnie w przepastnych muzeach, ale można tez po prostu iść na spacer i np. wchodzić do kościołów, są na każdym rogu, a w każdym jest albo jakaś wyjątkowa rzeźba albo cała kaplica, albo przynajmniej kilka godnych uwagi obrazów.
Jeśli ktoś szuka miasta na przedłużony weekend, Rzym jest znakomitym celem.
Trochę foteczek po kliknięciu.
PS: W ramach przygotowań do wycieczki przeczytałem Anioły i demony Dana Browna. Bardzo eleganckie czytadło.
wtorek, 4 sierpnia 2015
Andaluzja, Madera, Porto
Miesiąc urlopu. Od matury tyle wolnego nie miałem. Ale była okazja. Ślub udał się świetnie, dziękuję, wesele - z tego co słyszałem od gości - także wypadło nieźle. A potem zaczęła się wycieczka.
W ciągu pierwszych 2 tygodni w Andaluzji samochodem zrobiliśmy 1250km, objeżdżając region od Malagi zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Mijas, Gibraltar, Kadyks, Jerez, Sevilla, Kordowa, Baeza, Granada, Nerja i znów Malaga. Plus kilka innych małych miasteczek po drodze.
Lipiec to w Andaluzji ciekawa pora - przewodniki turystyczne doradzają raczej podróż wiosną i wczesną jesienią. I faktycznie, jeśli ktoś nie lubi temperatur w okolicach 42'C w ciągu dnia, to nie będzie szczęśliwy. Ale po zorientowaniu się o co chodzi z tą sjestą, można żyć. Plusem lipca są mniejsze tłumy - turystów jest w sam raz tylu, że nie trzeba stać w zbyt dużych kolejkach w zasadzie nigdzie.
Czy w lipcu, czy kiedykolwiek indziej, odwiedzić warto. Jest pięknie - w sensie dosłownym, wizualnym. Zestawienia barw robią ogromne wrażenie: dużo białego + kolorowe rośliny. Ja się ekscytowałem.
Na Maderze jest równie pięknie, a temperaturowo znośniej: do 26-28 stopni w ciągu dnia. Objazd całej wyspy samochodem zamknęliśmy w 300km, ale za to jakimi drogami! Chyba jeżdżenie było z tej części wycieczki najbardziej ekscytujące: zakręty, podjazdy, mijanki na centymetry, tunele. Sama frajda. No i widoki. No i jedzenie. No i... w sumie mógłbym wymienić jeszcze kilka rzeczy, dla których warto. Ogólnie warto.
Na deser zostawiliśmy sobie Porto - ukochane Porto, najlepsze Porto. Ale tym razem moja najlepsza siostra (która, BTW, ma własną stronę internetową, jeszcze w budowie, ale już coś można poczytać: http://theportoguide.com/what-to-see/) zorganizowała nam także wycieczkę w dolinę Douro.
Jest co oglądać, jest czym się zachwycać - a przede wszystkim, jeśli ktoś ceni sobie miły wieczór z kieliszkiem dobrego tawny, warto obejrzeć, skąd ono dokładnie pochodzi.
Było luksusowo. Pytałem żonę - bo ja teraz już o wszystko pytam żonę - potwierdza. Było luksusowo.
W ciągu pierwszych 2 tygodni w Andaluzji samochodem zrobiliśmy 1250km, objeżdżając region od Malagi zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Mijas, Gibraltar, Kadyks, Jerez, Sevilla, Kordowa, Baeza, Granada, Nerja i znów Malaga. Plus kilka innych małych miasteczek po drodze.
Lipiec to w Andaluzji ciekawa pora - przewodniki turystyczne doradzają raczej podróż wiosną i wczesną jesienią. I faktycznie, jeśli ktoś nie lubi temperatur w okolicach 42'C w ciągu dnia, to nie będzie szczęśliwy. Ale po zorientowaniu się o co chodzi z tą sjestą, można żyć. Plusem lipca są mniejsze tłumy - turystów jest w sam raz tylu, że nie trzeba stać w zbyt dużych kolejkach w zasadzie nigdzie.
Czy w lipcu, czy kiedykolwiek indziej, odwiedzić warto. Jest pięknie - w sensie dosłownym, wizualnym. Zestawienia barw robią ogromne wrażenie: dużo białego + kolorowe rośliny. Ja się ekscytowałem.
Na Maderze jest równie pięknie, a temperaturowo znośniej: do 26-28 stopni w ciągu dnia. Objazd całej wyspy samochodem zamknęliśmy w 300km, ale za to jakimi drogami! Chyba jeżdżenie było z tej części wycieczki najbardziej ekscytujące: zakręty, podjazdy, mijanki na centymetry, tunele. Sama frajda. No i widoki. No i jedzenie. No i... w sumie mógłbym wymienić jeszcze kilka rzeczy, dla których warto. Ogólnie warto.
Na deser zostawiliśmy sobie Porto - ukochane Porto, najlepsze Porto. Ale tym razem moja najlepsza siostra (która, BTW, ma własną stronę internetową, jeszcze w budowie, ale już coś można poczytać: http://theportoguide.com/what-to-see/) zorganizowała nam także wycieczkę w dolinę Douro.
Jest co oglądać, jest czym się zachwycać - a przede wszystkim, jeśli ktoś ceni sobie miły wieczór z kieliszkiem dobrego tawny, warto obejrzeć, skąd ono dokładnie pochodzi.
Było luksusowo. Pytałem żonę - bo ja teraz już o wszystko pytam żonę - potwierdza. Było luksusowo.
piątek, 29 maja 2015
Fiordy nam nie jadły z ręki
2 dni w gościnie u kolegi-tymczasowego emigranta. Oslo co prawda leży nad Oslofjorden, ale jest to nieco oszustwo, gdyż z fiordem w pocztówkowym rozumieniu nie ma on wiele wspólnego. Jest gigantyczny. Za duży, aby dało się go nakarmić z ręki. Ale nadal bardzo ładny.
Samo miasto nie powala. Jest raczej spokojne, żeby nie powiedzieć monotonne w zabudowie. Powstają co prawda ciekawe projekty, jak Opera i wyrastająca dookoła niej dość imponująca dzielnica biurowców, ale są to pojedyncze strzały w szarym otoczeniu.
O wiele ciekawiej jest na przedmieściach, które są nisko i luźno zabudowane, zielone, niezwykle urokliwe, a nadal znakomicie skomunikowane z miastem - metro dojeżdża niczym górska kolejka nawet dość daleko od centrum.
Ogólnie spoko. Sympatyczny kawałek skandynawskiego dobrobytu.
Samo miasto nie powala. Jest raczej spokojne, żeby nie powiedzieć monotonne w zabudowie. Powstają co prawda ciekawe projekty, jak Opera i wyrastająca dookoła niej dość imponująca dzielnica biurowców, ale są to pojedyncze strzały w szarym otoczeniu.
O wiele ciekawiej jest na przedmieściach, które są nisko i luźno zabudowane, zielone, niezwykle urokliwe, a nadal znakomicie skomunikowane z miastem - metro dojeżdża niczym górska kolejka nawet dość daleko od centrum.
Ogólnie spoko. Sympatyczny kawałek skandynawskiego dobrobytu.
poniedziałek, 4 maja 2015
Bigos
Wszystko, co ostatnio widziałem, ale nie napisałem na czas - no i przepadło:
Alejandro G. Iñárritu: Birdman - najlepiej. Ekstra historia, znakomity, zapadający w pamięć sposób prowadzenia kamery, doskonałe zakończenie (http://www.imdb.com/title/tt2562232/).
Damien Chazelle: Whiplash - Stefan wybrzydzał, że to neoliberalna propaganda, ale je się nie zgadzam. Główny bohater nic nie wygrywa swoją ciężką pracą, może tylko szacunek jednego, niezbyt godnego szacunku nauczyciela. Dobra rola J.K. Simmonsa, którego kojarzyłem tylko z seriali (http://www.imdb.com/title/tt2582802/).
Damián Szifron: Dzikie historie - bardzo nierówny film, ale niektóre epizody rewelacyjne. Jednak co najbardziej zapadło mi w pamięć, to kolejny popis polskiego dystrybutora, który wolał na plakatach dać nazwisko producenta niż reżysera, bo bardziej znane (http://www.imdb.com/title/tt3011894/).
Theodore Melfi: St. Vincent - niezbyt oryginalna historia, ale też nie tak zła, aby nie mogło jej uratować aktorstwo Billa Murraya (czy jest coś, czego nie uratuje aktorstwo Billa Murraya?). Ogólnie dobra opowiastka ku pokrzepieniu serc (http://www.imdb.com/title/tt2170593/).
Masoneria. Pro publico bono - wystawa w MNW. Bardzo elegancka, kompleksowa wystawa, z fajną narracją, elegancką oprawą. Ale bardziej koncentrująca się na zewnętrznych oznakach masońskiej kultury (rytualne akcesoria, stroje, odznaki etc.) niż rzeczywiście odpowiadająca na pytanie: kim byli? jaki to miało sens? co oznaczało? - nie wyszedłem mądrzejszy niż wszedłem, choć obejrzałem wiele interesujących eksponatów (http://www.mnw.art.pl/wystawy/masoneria-ipro-publico-bonoi,19.html).
Olivier Nakache, Eric Toledano: Samba - mnie ten film zirytował, Karolinie się podobał. Ogólnie OK, ale pójście do łóżka z dziewczyną kolegi z powodu masażu dłoni jako źródło złej karmy wydawało mi się mocno naciągane. Rekompensuje to solidna dawka absurdalnego francuskiego humoru (http://www.imdb.com/title/tt3399024/).
Alejandro G. Iñárritu: Birdman - najlepiej. Ekstra historia, znakomity, zapadający w pamięć sposób prowadzenia kamery, doskonałe zakończenie (http://www.imdb.com/title/tt2562232/).
Damien Chazelle: Whiplash - Stefan wybrzydzał, że to neoliberalna propaganda, ale je się nie zgadzam. Główny bohater nic nie wygrywa swoją ciężką pracą, może tylko szacunek jednego, niezbyt godnego szacunku nauczyciela. Dobra rola J.K. Simmonsa, którego kojarzyłem tylko z seriali (http://www.imdb.com/title/tt2582802/).
Damián Szifron: Dzikie historie - bardzo nierówny film, ale niektóre epizody rewelacyjne. Jednak co najbardziej zapadło mi w pamięć, to kolejny popis polskiego dystrybutora, który wolał na plakatach dać nazwisko producenta niż reżysera, bo bardziej znane (http://www.imdb.com/title/tt3011894/).
Theodore Melfi: St. Vincent - niezbyt oryginalna historia, ale też nie tak zła, aby nie mogło jej uratować aktorstwo Billa Murraya (czy jest coś, czego nie uratuje aktorstwo Billa Murraya?). Ogólnie dobra opowiastka ku pokrzepieniu serc (http://www.imdb.com/title/tt2170593/).
Masoneria. Pro publico bono - wystawa w MNW. Bardzo elegancka, kompleksowa wystawa, z fajną narracją, elegancką oprawą. Ale bardziej koncentrująca się na zewnętrznych oznakach masońskiej kultury (rytualne akcesoria, stroje, odznaki etc.) niż rzeczywiście odpowiadająca na pytanie: kim byli? jaki to miało sens? co oznaczało? - nie wyszedłem mądrzejszy niż wszedłem, choć obejrzałem wiele interesujących eksponatów (http://www.mnw.art.pl/wystawy/masoneria-ipro-publico-bonoi,19.html).
Olivier Nakache, Eric Toledano: Samba - mnie ten film zirytował, Karolinie się podobał. Ogólnie OK, ale pójście do łóżka z dziewczyną kolegi z powodu masażu dłoni jako źródło złej karmy wydawało mi się mocno naciągane. Rekompensuje to solidna dawka absurdalnego francuskiego humoru (http://www.imdb.com/title/tt3399024/).
niedziela, 22 lutego 2015
Paryżewo
Paryż, ach, Paryż! Miasto miłości, artystów oraz bagietek. Wybraliśmy się w styczniu, gdyż jakoś tak wyszło.
Na pewno styczeń to doskonały moment na wyprawę do muzeów - do Luwru weszliśmy bez kolejki, do d'Orsay tak samo. Przy czym trzeba odrobić wcześniej pracę domową i sprawdzić, czy wszystko co nas interesuje jest otwarte - w Centre Pompidou zamknięta była główna kolekcja, podobnie jak w muzeum Rodina. Inne zabytki także można zwiedzić luksusowo - w Sacré-Cœur i Notre Dame było luźno, nie czekaliśmy na wejście, nie musieliśmy się przepychać między ludźmi.
Poza tzw. atrakcjami turystycznymi, to miasto nie zachwyca - gdybym miał ocenić samą przyjemność ze spacerowania ulicami, oglądania kamienic, obserwowania ludzi, to raczej było bez szału. Poza może fragmentami Montmartre'u, ale też tylko fragmentami, nie czuję się uwiedziony. Nie jest brzydko - po prostu nic szczególnego. Może wiosną i latem jest przyjemniej, ale z tego co słyszałem, jest także znacznie bardziej tłoczno.
Odnotować na pewno trzeba imponujące metro. Pociągi co 2-3 minuty - to robi wrażenie. Automatyczne składy. Zapowiedzi głosowe w kilku językach, w tym azjatyckich: no! Ale sama siatka metra dość zabawna, długie i kręte przejścia między liniami sprawiają takie wrażenie, jakby każdą linię budowano osobno, bez analizowania gdzie są inne, a potem w tych miejscach, w których przypadkiem wychodziło, że dwie linie są blisko siebie, wykopywano tunel i robiono stację przesiadkową. Niemniej jednak sprawność przemieszczania się metrem jest na 5+
Warto też zwrócić uwagę na ceny - jechaliśmy przygotowani na ceny belgijskie lub holenderskie, tymczasem standardowe życie (kawa, piwo, kanapka, obiad etc.) kosztuje +50% lub nieco więcej1. Także warto w budżecie wycieczkowym założyć mały zapas. A na pewno będzie gdzie ten zapas wydać - knajp jest mnóstwo, większość wygląda sympatycznie. Zwyczaj jadania późnych i obfitych kolacji popijanych winem każdemu grubasowi szybko przypadnie do gustu. Cukiernie wszystkie wyglądają tak, że nic tylko tam wejść i się tymi pysznościami wysmarować. Także ogólnie, jak ktoś lubi ziemskie rozkosze, to można sobie w Paryżu skleić bardzo udany pobyt.
[1] Porównuję paryską XVII dzielnicę z Brukselą czy Amsterdamem, nie z Warszawą rzecz jasna; nie biorę także pod uwagę w porównaniu cen np. z eleganckiej restauracji z widokiem na Wieżę Eiffla - nawet nie próbuję zgadywać, ile moze tam kosztować kolacja.
Na pewno styczeń to doskonały moment na wyprawę do muzeów - do Luwru weszliśmy bez kolejki, do d'Orsay tak samo. Przy czym trzeba odrobić wcześniej pracę domową i sprawdzić, czy wszystko co nas interesuje jest otwarte - w Centre Pompidou zamknięta była główna kolekcja, podobnie jak w muzeum Rodina. Inne zabytki także można zwiedzić luksusowo - w Sacré-Cœur i Notre Dame było luźno, nie czekaliśmy na wejście, nie musieliśmy się przepychać między ludźmi.
Poza tzw. atrakcjami turystycznymi, to miasto nie zachwyca - gdybym miał ocenić samą przyjemność ze spacerowania ulicami, oglądania kamienic, obserwowania ludzi, to raczej było bez szału. Poza może fragmentami Montmartre'u, ale też tylko fragmentami, nie czuję się uwiedziony. Nie jest brzydko - po prostu nic szczególnego. Może wiosną i latem jest przyjemniej, ale z tego co słyszałem, jest także znacznie bardziej tłoczno.
Odnotować na pewno trzeba imponujące metro. Pociągi co 2-3 minuty - to robi wrażenie. Automatyczne składy. Zapowiedzi głosowe w kilku językach, w tym azjatyckich: no! Ale sama siatka metra dość zabawna, długie i kręte przejścia między liniami sprawiają takie wrażenie, jakby każdą linię budowano osobno, bez analizowania gdzie są inne, a potem w tych miejscach, w których przypadkiem wychodziło, że dwie linie są blisko siebie, wykopywano tunel i robiono stację przesiadkową. Niemniej jednak sprawność przemieszczania się metrem jest na 5+
Warto też zwrócić uwagę na ceny - jechaliśmy przygotowani na ceny belgijskie lub holenderskie, tymczasem standardowe życie (kawa, piwo, kanapka, obiad etc.) kosztuje +50% lub nieco więcej1. Także warto w budżecie wycieczkowym założyć mały zapas. A na pewno będzie gdzie ten zapas wydać - knajp jest mnóstwo, większość wygląda sympatycznie. Zwyczaj jadania późnych i obfitych kolacji popijanych winem każdemu grubasowi szybko przypadnie do gustu. Cukiernie wszystkie wyglądają tak, że nic tylko tam wejść i się tymi pysznościami wysmarować. Także ogólnie, jak ktoś lubi ziemskie rozkosze, to można sobie w Paryżu skleić bardzo udany pobyt.
[1] Porównuję paryską XVII dzielnicę z Brukselą czy Amsterdamem, nie z Warszawą rzecz jasna; nie biorę także pod uwagę w porównaniu cen np. z eleganckiej restauracji z widokiem na Wieżę Eiffla - nawet nie próbuję zgadywać, ile moze tam kosztować kolacja.
piątek, 7 listopada 2014
Paula i Karol: Heartwash - płyta i koncert
Cztery lata mijają od mojego entuzjastycznego opisu Overshare, dwa od zdecydowanie spokojniejszej reakcji na Whole again. Chciałbym znowu napisać coś entuzjastycznego, ale znowu jestem raczej bliżej spokojnej akceptacji.
To nie tak, że ta muzyka przestała być wesoła. Nawet, kiedy teksty są poważne czy smutne, to są pełne energii. Historia rozstania zawsze chociaż delikatnie sugeruje nadzieję na coś nowego. Ale mam wrażenie, że ta młodzieńcza energia przestała być młodzieńczą energią - stała się wypracowanym środkiem wyrazu, a to zdecydowanie nie to samo.
Zakochani w poprzednich płytach (lub choćby tylko w jednej) nie będą rozczarowani - dowodem piosenka tytułowa:
Może to zresztą moje marudzenie, może to mój marazm przekłada się na zafałszowany odbiór tej płyty. Bo na koncercie (byłem w Stodole 16.10) wraca dobrze znane i ekscytujące wrażenie, że to cały czas zabawa ekipy przyjaciół, a nie poważne przedsięwzięcie muzyczne dorosłych ludzi. Jest radość, trochę przekomarzania się, trochę żarcików, zostaje nawet miejsce na delikatną improwizację. Może po prostu powinienem częściej chodzić na ich koncerty i wszystko wróci na swoje miejsce?
PS: I tylko wizualnie się bez dwóch zdań coraz bardziej rozmijamy. Okładka - groza. Teledysk - bez szału. No, nie można się we wszystkim zgadzać ;>
To nie tak, że ta muzyka przestała być wesoła. Nawet, kiedy teksty są poważne czy smutne, to są pełne energii. Historia rozstania zawsze chociaż delikatnie sugeruje nadzieję na coś nowego. Ale mam wrażenie, że ta młodzieńcza energia przestała być młodzieńczą energią - stała się wypracowanym środkiem wyrazu, a to zdecydowanie nie to samo.
Zakochani w poprzednich płytach (lub choćby tylko w jednej) nie będą rozczarowani - dowodem piosenka tytułowa:
Może to zresztą moje marudzenie, może to mój marazm przekłada się na zafałszowany odbiór tej płyty. Bo na koncercie (byłem w Stodole 16.10) wraca dobrze znane i ekscytujące wrażenie, że to cały czas zabawa ekipy przyjaciół, a nie poważne przedsięwzięcie muzyczne dorosłych ludzi. Jest radość, trochę przekomarzania się, trochę żarcików, zostaje nawet miejsce na delikatną improwizację. Może po prostu powinienem częściej chodzić na ich koncerty i wszystko wróci na swoje miejsce?
PS: I tylko wizualnie się bez dwóch zdań coraz bardziej rozmijamy. Okładka - groza. Teledysk - bez szału. No, nie można się we wszystkim zgadzać ;>
wtorek, 4 listopada 2014
Wszyscy jesteśmy słoikami
Przeczytałem jakiś czas temu Sońkę Karpowicza i niezbyt wiedziałem, co mam napisać. Nie podobała mi się. Historia poruszająca, ale wszak znana. Napisana dobrze, ale bez przesady. I ta dziwna narośl formalna, dramatyczna stylizacja. Nie, ogólnie nie. Potem była znana afera łóżkowa i już w ogóle mi się nie chciało nic pisać, zastanawiałem się tylko po cichu, jak ta książka musiała wyglądać zanim "uratowała" ją znana pisarka.
Ale odczekałem chwilę i nagle ciekawe światło rzucił na ten tekst Stasiuk swoim Wschodem.
Nie wiem, jak w innych miastach - w Warszawie toczy się napędzana przez lokalne media regularna wojna. Pomiędzy tymi, których rodzice a najdalej dziadkowie przyjechali tu po wojnie ze wsi i małych miasteczek, a tymi, którzy ze wsi i małych miasteczek przyjechali sami stosunkowo niedawno. Podobno jest też frakcja "prawdziwych, przedwojennych warszawiaków", ale tych można policzyć na palcach obu rąk. Wspominałem o tym zresztą już 3 lata temu, też przy okazji lektury Stasiuka. Od tamtej pory nie zrobiło się lepiej. Pojawiło się tylko więcej głosów wskazujących na to, że linia podziału nie przebiega wcale między tutejszymi a przyjezdnymi, tylko między tymi, którzy już zdążyli zapomnieć, że są przyjezdni, a tymi, którzy wciąż pamiętają.
Pamięć współtworzy tożsamość. Nie da się zdefiniować swojego miejsca w mieście, nie pamiętając, kiedy i skąd się do tego miasta przyszło. Niepokojące są rozumowania zerojedynkowe, w których przywiązanie do miejsca urodzenia wyklucza szacunek dla miejsca zamieszkania a bycie z miasta wyklucza zrozumienie dla ludzi spoza tegoż miasta. Mam wrażenie, że problemy z rozwojem Warszawy biorą się w sporej części z tego, że mało kto w niej umie powiedzieć kim jest i czego od miasta oczekuje. Co uważa za rolę miasta - i dlaczego - a co za swój własny obowiązek. Łatwo można zebrać opinie, jaka Warszawa ma nie być, jakie pomysły na jej rozwój są złe, kto się myli i kto się nie zna, ale do konstruktywnej krytyki a tym bardziej konstruktywnych działań ochotników jest niewielu. Jakby wszyscy czuli się nie u siebie – nie do końca zobowiązani, nie do końca zaangażowani, nie do końca chętni. Wszyscy, z urzędnikami i politykami szczebla lokalnego włącznie. Ciekawą pracę wykonał przed wyborami sztab Joanny Erbel – porozmawiali z ludźmi i stworzyli program, który próbuje odpowiedzieć na potrzeby mieszkańców; przynajmniej tych, którzy zechcieli rozmawiać i opowiedzieć o swoich potrzebach. Cóż z tego, skoro niewielu chce? Skoro więcej tu jest wykorzenionych niczym bohater Sońki. Te jego poszukiwania i nerwowe reakcje na samego siebie są bodaj najciekawszym elementem całej książki.
PS: A Stasiuk też rozczarowujący. Pierwszy od dawna, który nie inspiruje. Kiedy zostało postanowione, że tu przyjadę? Nigdy przecież nie podjąłem takiej decyzji, a jednak leżałem teraz w ciemności i chłodzie Wschodu. Rok po roku, kraj po kraju. Coraz starszy. W oczekiwaniu, że objawi się coś w rodzaju sensu. [Wschód, s. 201]. To może bardziej zapis podróży wewnętrznej, na którą ja chyba jestem już i jeszcze za młody.
PS 2: W temacie pamięci, dobry wywiad Stefana z Chrisem Niedenthalem: http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,chrisa-niedenthala-podroz-w-czasiebo-dla-polakow-wazne-jest-by-pamietac,147913.html
Ale odczekałem chwilę i nagle ciekawe światło rzucił na ten tekst Stasiuk swoim Wschodem.
Widzę, jak siedzą w kuchni nad kupką banknotów, którą ojciec właśnie przyniósł, i rozmawiają półgłosem. Słyszę za drzwiami ich smutną naradę. Oboje wymknęli się wiejskiej nędzy, by zakosztować miejskiego dostatku, który okazał się tylko łagodniejszą formą ubóstwa. Układają nominały w kupki. To jest chyba epoka sprzed tysiączłotówek, więc wypłata ojca wygląda nawet obficie. Przekładają z kupki na kupkę i mówią cicho smutnymi głosami, jakby się wstydzili. Jakiś czas potem przypadkowo natknąłem się na miejsce, gdzie chowali pieniądze. Leżały w szafie wśród chłodnych, wykrochmalonych prześcieradeł, które płukało się w wodzie z niebieską farbką, by nabrały zimnego czystego odcienia. Jak śnieg, gdy zapada zmierzch I pomiędzy nimi leżały wizerunki czarnych kopalń i rozpalonych hut. Wcale nie przeszły pościelowym chłodem. Gdy ich dotykałem, były ciepłe i miękkie. Wyobrażałem sobie, że brudzą bieliznę, ale nie miałem odwagi sprawdzić i naruszyć porządku w szafie, więc zabrałem dłoń.
Ale nawet z tym cienkim plikiem między prześcieradłami musieli odczuwać coś w rodzaju zadowolenia. Żyli w mieście. Na jego skraju, ale jednak. Nie czuli zaduchu stajni. Nie brnęli zgięci wśród ziemniaczanych bruzd. Matka używała perfum. Mieli adapter i płyty z Połomskim i Kunicką. Ale kartofle rosły w ogródku obok astrów i pamiętam też świnię czy wieprza w komórce na tyłach domu. Był z nim kłopot, bo raz po raz gruchotał zagrodę i wydostawał się na wolność, zapewne w przeczuciu własnego losu. Wieś szła za nimi. Zabrali ją ze sobą. Byliśmy wieśniakami z wieprzem, mieszczanami z gramofonem i proletariatem o szóstej rano stającym przy maszynie. I zarazem nie byliśmy właściwie nikim. Jak wszyscy wygnani ze swojego losu, ze swoich miejsc, ze swojego życia.
[Andrzej Stasiuk, Wschód, s. 263-264]
Nie wiem, jak w innych miastach - w Warszawie toczy się napędzana przez lokalne media regularna wojna. Pomiędzy tymi, których rodzice a najdalej dziadkowie przyjechali tu po wojnie ze wsi i małych miasteczek, a tymi, którzy ze wsi i małych miasteczek przyjechali sami stosunkowo niedawno. Podobno jest też frakcja "prawdziwych, przedwojennych warszawiaków", ale tych można policzyć na palcach obu rąk. Wspominałem o tym zresztą już 3 lata temu, też przy okazji lektury Stasiuka. Od tamtej pory nie zrobiło się lepiej. Pojawiło się tylko więcej głosów wskazujących na to, że linia podziału nie przebiega wcale między tutejszymi a przyjezdnymi, tylko między tymi, którzy już zdążyli zapomnieć, że są przyjezdni, a tymi, którzy wciąż pamiętają.
Ach, pierwszy język, mleko z socjalizacji, duma bez zasługi, wstyd bez winy. Najpierw języka zapomnieli rodzice, przenieśli się bowiem do Średniego Miasta Białystok. Musieli pracować, a pracować mogli tylko po polsku, w końcu mieszkali bieżąco w Polsce, dlatego pamiętali, żeby pa prostu zapomnieć. Gdyby zapomnieli o niepamiętaniu, natychmiast staliby się kacapami: koniec z przyjaciółmi, z pracą, z nowym, lepszym życiem w nowej, lepszej ojczyźnie. No i awans społeczny, któż mu się oprze po tej strasznej biedzie i krzywdzie? Wystarczająco obciążał dowód osobisty z rubryką "miejsce urodzenia"; takie jak Słuczanka budzie jednoznaczne podejrzenia.
[Ignacy Karpowicz, Sońka, s. 72]
Pamięć współtworzy tożsamość. Nie da się zdefiniować swojego miejsca w mieście, nie pamiętając, kiedy i skąd się do tego miasta przyszło. Niepokojące są rozumowania zerojedynkowe, w których przywiązanie do miejsca urodzenia wyklucza szacunek dla miejsca zamieszkania a bycie z miasta wyklucza zrozumienie dla ludzi spoza tegoż miasta. Mam wrażenie, że problemy z rozwojem Warszawy biorą się w sporej części z tego, że mało kto w niej umie powiedzieć kim jest i czego od miasta oczekuje. Co uważa za rolę miasta - i dlaczego - a co za swój własny obowiązek. Łatwo można zebrać opinie, jaka Warszawa ma nie być, jakie pomysły na jej rozwój są złe, kto się myli i kto się nie zna, ale do konstruktywnej krytyki a tym bardziej konstruktywnych działań ochotników jest niewielu. Jakby wszyscy czuli się nie u siebie – nie do końca zobowiązani, nie do końca zaangażowani, nie do końca chętni. Wszyscy, z urzędnikami i politykami szczebla lokalnego włącznie. Ciekawą pracę wykonał przed wyborami sztab Joanny Erbel – porozmawiali z ludźmi i stworzyli program, który próbuje odpowiedzieć na potrzeby mieszkańców; przynajmniej tych, którzy zechcieli rozmawiać i opowiedzieć o swoich potrzebach. Cóż z tego, skoro niewielu chce? Skoro więcej tu jest wykorzenionych niczym bohater Sońki. Te jego poszukiwania i nerwowe reakcje na samego siebie są bodaj najciekawszym elementem całej książki.
PS: A Stasiuk też rozczarowujący. Pierwszy od dawna, który nie inspiruje. Kiedy zostało postanowione, że tu przyjadę? Nigdy przecież nie podjąłem takiej decyzji, a jednak leżałem teraz w ciemności i chłodzie Wschodu. Rok po roku, kraj po kraju. Coraz starszy. W oczekiwaniu, że objawi się coś w rodzaju sensu. [Wschód, s. 201]. To może bardziej zapis podróży wewnętrznej, na którą ja chyba jestem już i jeszcze za młody.
PS 2: W temacie pamięci, dobry wywiad Stefana z Chrisem Niedenthalem: http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,chrisa-niedenthala-podroz-w-czasiebo-dla-polakow-wazne-jest-by-pamietac,147913.html
środa, 1 października 2014
Praga, 27-28.09.2014
Relacja z wycieczki w telegraficznym skrócie:
1. PKP, PKP... jak dobrze poszukać, można w tej cenie samolot znaleźć; 145 PLN za osobę w 1 stronę za kuszetkę i to w promocji. No, ale za to 10 godzin uczciwego snu w przyzwoitych warunkach.
2. Praga jest super.
3. Most Karola jest super, ale tylko rano; od przedpołudnia do późnego wieczora nawet w ostatni weekend września są tam dzikie tłumy.
4. Trafiliśmy na bardzo fajne piwo śliwkowe w U Medvidku.
5. Ogólnie było sporo festynów - dzień Św. Wacława; jak ktoś lubi dużo jedzenia i specjalne edycje piw z lokalnych browarów, to jest dobry termin na wycieczkę.
6. Knajpa U sadu jest nadal najlepsza, ale U Malého Glena też daje radę.
7. Pierwszy raz grałem w minigolfa; wygrałem!
8. Foteczki na Picasie:
1. PKP, PKP... jak dobrze poszukać, można w tej cenie samolot znaleźć; 145 PLN za osobę w 1 stronę za kuszetkę i to w promocji. No, ale za to 10 godzin uczciwego snu w przyzwoitych warunkach.
2. Praga jest super.
3. Most Karola jest super, ale tylko rano; od przedpołudnia do późnego wieczora nawet w ostatni weekend września są tam dzikie tłumy.
4. Trafiliśmy na bardzo fajne piwo śliwkowe w U Medvidku.
6. Knajpa U sadu jest nadal najlepsza, ale U Malého Glena też daje radę.
7. Pierwszy raz grałem w minigolfa; wygrałem!
8. Foteczki na Picasie:
wtorek, 26 sierpnia 2014
Mangalica Tour 2014
2 tygodnie na Węgrzech. Pojechaliśmy spragnieni relaksu - leniwych wakacji, nic nierobienia, powoli płynącego czasu. Dostaliśmy dokładnie to + lekką górkę.
Zrobiliśmy łącznie 1000 km wycieczek samochodowych po samych Węgrzech, ale przyszło to zupełnie od niechcenia - bez planowania, bez pospiesznego zwiedzania, ot tak: pobudka, śniadanie, około południa pomysł, że może by wyskoczyć tu czy tam, i już.
Zaliczyliśmy 4 kąpieliska i o ile dobrze pamiętam to 10 różnych piwniczek z winami, poza tym rozegraliśmy 2 partie skrabli (1:1), 4 partie super farmera (jedną wygrałem, ale niezbyt uczciwie), 3 partie kości (jedną wygrałem) i rozwiązaliśmy po kilkanaście sudoku. Karolina raczej trudne, ja raczej średnio trudne - i nawet tak od połowy wyjazdu dawałem radę bez podpowiedzi.
Aha, i spróbowałem zupy gulaszowej w prawie wszystkich knajpkach w Szépasszonyvölgy. Gdyby ktoś się zastanawiał, która jest najlepsza, służę pomocą.
Przeczytałem książkę, ale krótką. Transe - traumy - transgresje. Niedobre dziecię - rozmowę Kazimiery Szczuki z Marią Janion. Odnotowuję na wszelki wypadek, gdybym nie dał rady napisać nic więcej. Warto.
Bohaterką wyjazdu stała się mangalica, węgierska włochata świnia. Jakoś w maju skończyłem lekturę Czardasza z mangalicą Vargi (cały czas nic nie napisałem, ale może jeszcze nadrobię), a Karlo czytała tę książkę w trakcie wycieczki. Raz, że świnia jest fascynująca konsumpcyjnie; polowałem na słoninę paprykowaną z mangalicy 2 tygodnie, ale nie znalazłem! Salami z mangalicy - owszem. Kiełbasę - jak najbardziej. Słoninę nawet także, ale nie paprykowaną! Paprykowana nigdzie nie była opisana jako ta z mangalicy, tylko po prostu jako Csécsi szalonna, a zauważyłem, że wszystko z mangalicy jest skrupulatnie opisywane jako właśnie z tej świni zrobione - może Varga ma większe szczęście do sklepów a może sam sobie paprykuje słoninę z mangalicy. Dwa, że kiedy w końcu wybraliśmy się do czegoś w rodzaju mini-zoo z typowymi zwierzętami puszty (Hortobágy Pusztai Állatpark) okazało się, że te kudłate prosiaki są po prostu urocze. Spędziłem przy nich chyba z pół godziny. Czuję duchowe pokrewieństwo.
Kilka fotek mangalic, ale nie tylko:
W ramach podsumowania: pasta paprykowa Eros Pista (o ile się nie mylę: ostry Stefan) jest najlepsza; węgierscy kierowcy to wariaci, ustępują tylko szaleńcom z podkarpacia; Eger to świetna baza wypadowa do leniwych wakacji z niezobowiązującym zwiedzaniem; rodacy na kempingu to zgroza; Węgry na leniwe wakacje są znakomite.
Zrobiliśmy łącznie 1000 km wycieczek samochodowych po samych Węgrzech, ale przyszło to zupełnie od niechcenia - bez planowania, bez pospiesznego zwiedzania, ot tak: pobudka, śniadanie, około południa pomysł, że może by wyskoczyć tu czy tam, i już.
Zaliczyliśmy 4 kąpieliska i o ile dobrze pamiętam to 10 różnych piwniczek z winami, poza tym rozegraliśmy 2 partie skrabli (1:1), 4 partie super farmera (jedną wygrałem, ale niezbyt uczciwie), 3 partie kości (jedną wygrałem) i rozwiązaliśmy po kilkanaście sudoku. Karolina raczej trudne, ja raczej średnio trudne - i nawet tak od połowy wyjazdu dawałem radę bez podpowiedzi.
Aha, i spróbowałem zupy gulaszowej w prawie wszystkich knajpkach w Szépasszonyvölgy. Gdyby ktoś się zastanawiał, która jest najlepsza, służę pomocą.
Przeczytałem książkę, ale krótką. Transe - traumy - transgresje. Niedobre dziecię - rozmowę Kazimiery Szczuki z Marią Janion. Odnotowuję na wszelki wypadek, gdybym nie dał rady napisać nic więcej. Warto.
Bohaterką wyjazdu stała się mangalica, węgierska włochata świnia. Jakoś w maju skończyłem lekturę Czardasza z mangalicą Vargi (cały czas nic nie napisałem, ale może jeszcze nadrobię), a Karlo czytała tę książkę w trakcie wycieczki. Raz, że świnia jest fascynująca konsumpcyjnie; polowałem na słoninę paprykowaną z mangalicy 2 tygodnie, ale nie znalazłem! Salami z mangalicy - owszem. Kiełbasę - jak najbardziej. Słoninę nawet także, ale nie paprykowaną! Paprykowana nigdzie nie była opisana jako ta z mangalicy, tylko po prostu jako Csécsi szalonna, a zauważyłem, że wszystko z mangalicy jest skrupulatnie opisywane jako właśnie z tej świni zrobione - może Varga ma większe szczęście do sklepów a może sam sobie paprykuje słoninę z mangalicy. Dwa, że kiedy w końcu wybraliśmy się do czegoś w rodzaju mini-zoo z typowymi zwierzętami puszty (Hortobágy Pusztai Állatpark) okazało się, że te kudłate prosiaki są po prostu urocze. Spędziłem przy nich chyba z pół godziny. Czuję duchowe pokrewieństwo.
Kilka fotek mangalic, ale nie tylko:
W ramach podsumowania: pasta paprykowa Eros Pista (o ile się nie mylę: ostry Stefan) jest najlepsza; węgierscy kierowcy to wariaci, ustępują tylko szaleńcom z podkarpacia; Eger to świetna baza wypadowa do leniwych wakacji z niezobowiązującym zwiedzaniem; rodacy na kempingu to zgroza; Węgry na leniwe wakacje są znakomite.
środa, 23 lipca 2014
Kraków, 4-6.07.2014
Znowu w telegraficznym skrócie, tym bardziej, że już i tak zaległe:
1. Małopolski Ogród Sztuki na ul. Rajskiej jest prawdopodobnie najładniejszym budynkiem w PL, jaki widziałem ostatnio.
2. Wystawa Kubrick w Narodowym - imponująca rozmachem, ale dla mnie z tych, których nie sposób obejrzeć w całości. Jak przeczytać np. segregator listów? Niemniej ogólnie na plus, a dla fanów twórczości jazda obowiązkowa.
3. Wystawa Gierymski w Narodowym bardzo spoko, choć najlepsze obrazy nie Gierymskiego.
4. Wystawa Władcy Snów w MCK *NAJLEPSZA*:
http://www.mck.krakow.pl/exhibitionPage/o-wystawie-21
5. MOCAK jak zwykle spoko, mała wystawa Papieże bardzo fajna, duża Zbrodnia w sztuce mniej, ale Karolinie się podobało, więc może to tylko ja taki jakiś jestem.
6. PKP niespodziewanie na plus! Bilety tanie, pociągi szybkie, wygodne i nieomal (+10 minut) punktualne.
7. Knajpa TEA Time Brewpub - bardzo dobre piwa.
8. Foteczki:
1. Małopolski Ogród Sztuki na ul. Rajskiej jest prawdopodobnie najładniejszym budynkiem w PL, jaki widziałem ostatnio.
2. Wystawa Kubrick w Narodowym - imponująca rozmachem, ale dla mnie z tych, których nie sposób obejrzeć w całości. Jak przeczytać np. segregator listów? Niemniej ogólnie na plus, a dla fanów twórczości jazda obowiązkowa.
3. Wystawa Gierymski w Narodowym bardzo spoko, choć najlepsze obrazy nie Gierymskiego.
4. Wystawa Władcy Snów w MCK *NAJLEPSZA*:
http://www.mck.krakow.pl/exhibitionPage/o-wystawie-21
5. MOCAK jak zwykle spoko, mała wystawa Papieże bardzo fajna, duża Zbrodnia w sztuce mniej, ale Karolinie się podobało, więc może to tylko ja taki jakiś jestem.
6. PKP niespodziewanie na plus! Bilety tanie, pociągi szybkie, wygodne i nieomal (+10 minut) punktualne.
7. Knajpa TEA Time Brewpub - bardzo dobre piwa.
8. Foteczki:
środa, 16 lipca 2014
Austria, 10-13 lipca 2014
W telegraficznym skrócie:
1. 3h50 zgodnie z przepisami od granicy Warszawy do granicy Polski z Czechami. #winatuska
2. Wiedeń spoko, ale bez miłości. Imponująco zorganizowana komunikacja: u-bahn + tramwaje (bo busów nie testowałem) sprawne, punktualne, kursują do późnych godzin bardzo często, rewelacyjnie zorganizowane węzły przesiadkowe.
3. Tort Sachera to lipa.
4. Parkingi p+r w Wiedniu powinny być lekcją obowiązkową dla warszawskich
decydentów.
5. Graz miła mieścina, może jak tam wpadnę za 3 tygodnie na chwilę to zobaczę więcej i się zachwycę.
6. Trafiłem do najgorszej knajpy w Czechach i już wiem - w tym kraju zdarzają się także lokale obskurne, bez jedzenia, ze złym piwem i śmierdzące.
7. Foteczki (klik):
1. 3h50 zgodnie z przepisami od granicy Warszawy do granicy Polski z Czechami. #winatuska
2. Wiedeń spoko, ale bez miłości. Imponująco zorganizowana komunikacja: u-bahn + tramwaje (bo busów nie testowałem) sprawne, punktualne, kursują do późnych godzin bardzo często, rewelacyjnie zorganizowane węzły przesiadkowe.
3. Tort Sachera to lipa.
4. Parkingi p+r w Wiedniu powinny być lekcją obowiązkową dla warszawskich
decydentów.
5. Graz miła mieścina, może jak tam wpadnę za 3 tygodnie na chwilę to zobaczę więcej i się zachwycę.
6. Trafiłem do najgorszej knajpy w Czechach i już wiem - w tym kraju zdarzają się także lokale obskurne, bez jedzenia, ze złym piwem i śmierdzące.
7. Foteczki (klik):
środa, 11 czerwca 2014
Szkocland, 30.05-2.06.2014
Dzień w Dublinie, dzień w Glasgow, półtora dnia w Edynburgu. Edynburg cudowny, Dublin bez emocji, Glasgow jak dla mnie nieco zbyt ciasne w centrum, ale np. uniwersytet tamtejszy - najlepszy!
Szkocka whisky jest lepsza od irlandzkiej whiskey. Ale już na przykład szkockie piwa bledną w porównaniu z rozmachem "piwnej rewolucji", jaka się dokonuje w Polsce od kilku lat. Choć i tam np. Brew Dog robi dobrą robotę.
A, BTW, Madama Butterfly w wykonaniu Scottish Opera - bardzo fajnie. Miałem okazję pierwszy raz posłuchać audiodeskrypcji do opery (świetna sprawa). Na tej stronie jest zestawienie wszystkiego, co w Szkocji robi się dla niewidomych - i to jest dopiero imponujące!
Szkocka whisky jest lepsza od irlandzkiej whiskey. Ale już na przykład szkockie piwa bledną w porównaniu z rozmachem "piwnej rewolucji", jaka się dokonuje w Polsce od kilku lat. Choć i tam np. Brew Dog robi dobrą robotę.
| Kilka foteczek na Picasie |
środa, 28 maja 2014
Porto, 11-17 maja 2014 r.
No cóż, po trzeciej wizycie w tym mieście stoję na stanowisku, że każdy powinien przynajmniej raz w życiu odbyć pielgrzymkę do Porto. Serio. Nie ma na świecie miejsca z przyjaźniejszymi ludźmi, smaczniejszym jedzeniem, lepszym winem, piękniejszą pogodą, ładniejszymi widokami.
Po drodze spędziliśmy też chwilę w Zurychu, ale tyle tylko, aby wystarczyło na spacer dookoła dworca.
Uniwersytet w Porto jest najlepszym (po ILS UW, rzecz jasna) miejscem do studiowania. Porto jest najlepszym miejscem do życia. <3 Portugalia.
[wcześniej]
[jeszcze wcześniej]
Po drodze spędziliśmy też chwilę w Zurychu, ale tyle tylko, aby wystarczyło na spacer dookoła dworca.
Uniwersytet w Porto jest najlepszym (po ILS UW, rzecz jasna) miejscem do studiowania. Porto jest najlepszym miejscem do życia. <3 Portugalia.
[wcześniej]
[jeszcze wcześniej]
środa, 30 kwietnia 2014
Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch - 30.04.2014 r.
Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Chorus ze specjalnym udziałem Polskiej Orkiestry Radiowej pod batutą Cannibal Mitcha
Wszystko w tym projekcie jest najlepsze. Zbigniew - jak się nagle okazuje - jest najlepszy. Mitche są najlepsi. Muzyka jest najlepsza. Orkiestra była najlepsza.
Jak tylko wyjdzie ten koncert na płycie, jestem pierwszy w kolejce do sklepu.
To, jak cała drużyna - z włączeniem orkiestry radiowej! - się bawiła muzyką, zasługuje na jakiś medal.
Tymczasem mogę tylko,w ramach substytutu:
http://www.youtube.com/watch?v=il5lY_UJ0TQ
oraz
http://www.youtube.com/watch?v=eRQBTXZpeoM
Wszystko w tym projekcie jest najlepsze. Zbigniew - jak się nagle okazuje - jest najlepszy. Mitche są najlepsi. Muzyka jest najlepsza. Orkiestra była najlepsza.
Jak tylko wyjdzie ten koncert na płycie, jestem pierwszy w kolejce do sklepu.
To, jak cała drużyna - z włączeniem orkiestry radiowej! - się bawiła muzyką, zasługuje na jakiś medal.
Tymczasem mogę tylko,w ramach substytutu:
http://www.youtube.com/watch?v=il5lY_UJ0TQ
oraz
http://www.youtube.com/watch?v=eRQBTXZpeoM
sobota, 15 marca 2014
Pablopavo i Ludziki, Fabryka Trzciny, 28.02.2014
Koncert, który przywrócił moją wiarę w płytę Polor. Pokazał, że na koncercie da się zagrać te kawałki w sposób bardziej poruszający niż po prostu na smutno.
Doskonale zresztą, jak się okazuje, można przepleść nowe ze starym i zrobić koncert ze wszystkich 3 płyt, nadal pełen energii, nawet jeśli chwilowo niewesoły.
Natomiast to, co zrobił akustyk z nagłośnieniem wokali, powinno być karane jakimiś robotami publicznymi.
Doskonale zresztą, jak się okazuje, można przepleść nowe ze starym i zrobić koncert ze wszystkich 3 płyt, nadal pełen energii, nawet jeśli chwilowo niewesoły.
Natomiast to, co zrobił akustyk z nagłośnieniem wokali, powinno być karane jakimiś robotami publicznymi.
wtorek, 31 grudnia 2013
Simple pleasures
Skleroza to w sumie przyjemna sprawa. Przeczytałem raz jeszcze Esther Chwina. Bo zapomniałem kompletnie, że już raz czytałem. Podobało mi się w 2009, nadal mi się podoba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



