Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lutego 2017

Aneta Prymaka-Oniszk: Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy

Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, chyba najbardziej jej początkowe rozdziały - o zbiorowej psychozie ogarniającej ludzi, o psychicznym przymusie ucieczki przed nieznanym wrogiem. Choć, nie ukrywam, w kontekście ciągłej dyskusji okołoimigranckiej, także i rozdziały o przyjmowaniu bieżeńców w różnych częściach Rosji zapadają w pamięć. No, ale nie zapisałem nic na czas, moja strata - gwiazdą wpisu będzie cytat, też zadziwiająco aktualny:

Wuj kpi z Pawlika. Niby taki uczony, w gimnazjum w Białymstoku się kształcił, a zwyczajny głupek. Jak nie wykorzystać sposobności, gdy sama się nadarza?
W Wólce Wygonowskiej zaczęli tworzyć listy na "zapomogę dziecinną". Amerykańskie organizacje humanitarne chcą pomóc najbiedniejszym i najsłabszym w zrujnowanym wojną kraju. Będą dożywiać dzieci. Wioskowe władze zamiast biednych maluchów zapisują jednak w pierwszej kolejności co cwańszych dorosłych. Proponują Pawłowi; wszyscy jego rówieśnicy się zapisali. Ten stanowczo odmawia. "W wieku 19 lat nie wypada być dzieckiem. Niech z tego dobrodziejstwa lepiej skorzysta dziecko" - mówi, wywołując drwiące uśmiechy.
Gdy amerykańska pomoc przyjeżdża do Wólki, chłopak obserwuje jak "rozpływają się" puszki mleka czy worki z mąką. "Każdy stara się wykombinować coś sobie tak, że w rezultacie do najbiedniejszego dziecka dociera bardzo mała ilość produktów" - zapisuje w pamiętniku.
*
Kto jest cwany, ma łatwiej. To nic nowego. Tacy zawsze potrafią wiele załatwić. A kiedy wokół panuje prawo silniejszego, mają używanie.
Syn gospodarza z Rzepis wspomina opowieści ojca, jak stał się posiadaczem sześciu hektarów pola. Przed wojną pomagał pewnemu bezdzietnemu gospodarzowi i teraz ten nie wrócił z bieżeństwa. Chce przejąć jego ziemię, ale potrzebuje dokumentu, że właściciel przekazał mu te grunta jeszcze za cara. Odnajduje dawnego starostę, ten za niedużą opłatą stawia przedwojenną pieczątkę na sfałszowanej umowie. Tę ziemię ktoś już obrabia, ojciec występuje więc do sądu i wygrywa sprawę.
[s. 279-280]

Varga, Krzysztof: Langosz w jurcie

W trakcie wakacji znowu wpadliśmy na chwilę na Węgry1 i znowu się zachwyciłem. Tym razem założyliśmy bazę w Nagyatád - trochę na uboczu turystycznych szlaków. Kemping wyglądał, jakby lata prosperity miał za sobą; nie, że jakościowo - było czysto, elegancko. Ale - przygotowany na 100+ kamperów - zajęty był może w 10%. W tym samym czasie w Chorwacji mieliśmy kłopot ze znalezieniem wolnego miejsca na kilku kolejnych polach namiotowych. Zwiedziliśmy Pecz, kilka wsi w regionie winiarskim Villány-Siklósi (te rzędy piwniczek pozamykanych na głucho...), trochę się pobyczyliśmy na skromnym kąpielisku w Nagyatád i śmignęliśmy lokalnymi, bocznymi drogami do Sopronu. Drogami, po których było widać, że kilka(naście?) lat temu zbudowano im konkurencję w postaci autostrad - z zamkniętymi gospodami, zrujnowanymi stacjami benzynowymi, wystawami ogrodowych krasnali, których nikt już nie sprzedaje, ale też nikomu nie chciało się ich sprzątnąć.

Sam Sopron to piękne miasteczko i turystyczna atrakcja, ale my znów założyliśmy bazę w mniejszej dziurze - Sopron-Balf. A tam tradycyjne nic: przydrożne stragany, centrum finansowe w postaci bankomatu i banku zamykanego o 16:00, z 3 knajp czynna jedna, a zapowiadane kąpielisko termalne okazało się sanatorium wyjętym żywcem z Polski lat 80. Tak to wyglądało, jak mając 5 lat jeździłem z rodzicami do podobnego ośrodka w Muszynie (Metalowiec, o ile dobrze pamiętam) - tylko napisy węgierskie.

Posnuliśmy się więc po madziarskich dziurach i kiedy wróciliśmy, domykająca trylogię węgierską ksiązka Vargi wydawała mi się również idealnym dopełnieniem wakacji.

Niestety, rozczarowałem się nieco. Czegoś mi w Langoszu... brakuje. Jakby podano mi ten placek bez śmietany i sera. Jakbym towarzyszył autorowi w podróży, ale nie wiedział po co ja właściwie jadę, co to jest, co powinienem zauważyć, zapamiętać, z czym mam wrócić.

Prawie w każdej wsi stały tablice z napisem "Mięso na sprzedaż", "Prosiak na sprzedaż", "Słonina na sprzedaż", można było zaopatrzyć się w zapasy wieprzowiny na całe życie, a przy niektórych obejściach widniały też oczywiście napisy, że cały dom jest na sprzedaż, choć któż by chciał tu kupić dom?
[s. 91]

Pojechaliśmy tu, było pusto, nic nie było, zapowiadanej gospody nie było, zawróciliśmy; pojechaliśmy tam, było pusto, nic nie było, była gospoda, zjedliśmy, pojechaliśmy dalej... - albo czasem coś było, o czym mam jakąś historyjkę albo osobistą refleksję, albo z czego się nieco pośmialiśmy lub na co się skrzywiliśmy. No, nie mogę się zachwycić tym schematem. Miło się czyta, fakt, bo i ja jeździłem i widziałem, że nic nie ma, i jadłem, a czasami nie jadłem, bo gospoda była zamknięta. Ale miło się czyta po zachwycie2 z jakim wręcz pożarłem Gulasz... i Czardasza... to nie jest komplement.

To, co było fascynującą podróżą dla mnie i co - w wersji dłuższej i bardziej rozbudowanej - było na pewno fascunującą podróżą dla Vargi, okazało się nie do końca przekładalne na papier. W Gulaszu z turula i Czardaszu z mangalicą było coś więcej: może Historia (ta właśnie przez wielkie H), może coś innego, ale uniwersalnego, zmieniającego opowiadanie w Opowieść. Langosz..., mam wrażenie, nie wchodzi ponad poziom anegdoty.

Być może należało mieć tę książkę ze sobą w trakcie wakacji, jeździć śladem Vargi, czytać Langosza... jak przewodnik. Być może.



1. Telegraficzne podsumowanie tej części wakacji: http://witoldwoicki.blogspot.com/2016/08/starym-pezotem-mkniemy-przez-swiat.html
Foteczki: https://goo.gl/photos/KDvVGRmGPxr9WVcK6

2. O Gulaszu... wspomniałem (http://witoldwoicki.blogspot.com/2010/10/varga-krzysztof-gulasz-z-turula.html), o Czardaszu... tylko miałem (http://witoldwoicki.blogspot.com/2014/08/mangalica-tour-2014.html), ale zachwyt był! 

piątek, 28 października 2016

Paweł Huelle: Śpiewaj ogrody

Znakomita książka. Znakomita. Misternie skonstruowana. Przypuszczam, że im się ktoś lepiej zna na niuansach muzycznych, tym większe ma szanse na docenienie tego tekstu. Mam wrażenie, że rozwija się on trochę jak utwór muzyczny - niektóre motywy są delikatnie sygnalizowane po to, żeby później wrócić wyraźniej, żeby dookoła nich zakręciło się coś ważniejszego, żeby wreszcie wybrzmieć w pełni, mocno. Muzyka jest w tej książce nie tylko elementem historii, wydaje mi się, że jest też w jej konstrukcji i szczerze zazdroszczę temu, kto umie to wyraźniej dostrzec.

Pan Bieszk spojrzał najpierw na ojca, potem na szypra. Był to rodzaj niemego pytania - czy można temu knopowi96 powiedzieć prawdę. Żaden z nich nie zareagował. I nagle potoczyła się opowieść. Najpierw o Stutthofie, gdzie pan Bieszk trafił jako młody chłopak. W obozie spędził niemal rok, wystarczająco długo, by - kiedy Niemcy ogłosili amnestię dla Kaszubów nieobciążonych najcięższymi przestępstwami przeciwko Rzeszy Niemieckiej - zgodzić się na wstąpienie do Wehrmachtu. Ojciec pana Bieszka był już rozstrzelany - w tym samym obozie - jeszcze wtedy nie było gotowego krematorium i zwłoki poddanych egzekucji palono na stosach, w lesie, tuż za drutami pod napięciem. Pan Bieszk był akurat w komandzie, które przez cały dzień zbierało drewno z lasu na ten stos. Pożegnał ojca cichą modlitwą, więcej nie mógł zrobić. A potem były Kartuzy. Zgrupowanie czterystu młodych mężczyzn na front wschodni. Wielu z nich nie umiało więcej niż dwa, trzy zdania po niemiecku. Już w mundurach, choć jeszcze bez broni - tę mieli otrzymać dopiero na froncie - stali na peronie. Pod czujnym okiem gestapowców i SS-manów. Za nimi matki, żony, siostry, narzeczone. Lejące łzy. Nadjechał pociąg. Lokomotywa wypuściła syczący kłąb pary, rozległ się gwizd - znak do wsiadania. Ale nie wsiedli od razu. Nie. Stanęli na baczność i odśpiewali - nie wiadomo przez kogo zaintonowaną pieśń - Boże, coś Polskę. Wszystkie zwrotki. W mundurach Wehrmachtu. Wraz z refrenem - ,,Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie''. Było to niesamowite. Za taką pieśń trafiało się właśnie na Gestapo i do obozu. A tu nic. No, nic.

[96] Młody chłopiec (od kaszubskiego: knop).

[s. 189]

Takich mocnych uderzeń jest przynajmniej kilka, ale warto docenić nie tylko je. Warto czytać powoli a uważnie, bo to, jak Huelle niespiesznie rozwija opowieść, jak powoli, dygresyjnie kreśli szeroki horyzont okołowojennego świata, jak rozwija poplątane linie zdarzeń rozciągające się wszak na trzy epoki - to maestria wręcz chwinowska.

czwartek, 27 października 2016

Ilona Wiśniewska: Hen. Na północy Norwegii

Dobry reportaż. Są i bohaterowie, z którymi można poczuć więź, i historie, w które można się wciągnąć, i dobre opisy imponującej przyrody (plus super zdjęcia), i szwarcharakter - tu akurat pod postacią państwa norweskiego. Słowem: wszystko na miejscu.

W książce. Bo w północnej Norwegii - niekoniecznie. Przede wszystkim brakuje ludzi, ale to trochę jak w polskich małych miasteczkach:

W tych zamieszkanych [domach - ww], odbudowanych po wojnie, żyją teraz głównie starcy. Spotykają się w Bakeriet - kawiarni zwanej piekarnią, w której nigdy nie piekło się chleba, około wpół do dwunastej, codziennie prócz niedziel. Jeśli szukać esencji Finnmarku, to właśnie tutaj, w mocnej kawie i absolutnej zgodzie, zarówno na upływ czasu, samotność, jak i ten skotłowany wicher. Nawet kiedy bezwiednie zajmie się nie swój stolik, to ci, do których należy, po prostu się przysiądą. Mieszkańcy Vardø znani są z otwartości, ale oni mówią, że to nic innego jak nadmierna ciekawskość. Goście kawiarni dzielą się na cztery grupy według ustalonej hierarchii: stare emerytki, starsi emeryci, młodsze emerytki, młodsi emeryci. Siedzą osobno, ale doskonale się znają, bo jedni to dawni nauczyciele albo sąsiedzi drugich, a nierzadko matki czy ojcowie. W miarę upływu lat młodsi dołączają do starszych i niewykluczone, że każdy mieszkaniec Vardø prędzej czy później znajdzie się przy którymś ze stolików. Żartują, że jedyne, co w mieście nigdy nie upadnie, to ta kawiarnia i monopolowy, oba w tym samym budynku, jedno pod drugim. Przy czym monopolowy otwarty jest zaledwie trzy dni w tygodniu.
[s. 198]

Północna Norwegia wyludnia się i chyba nie ma na to rady. Poczucie przynależności wydaje się tutaj zerojedynkowe: albo jest niezwykle silne, albo nie ma go w ogóle. Najwyraźniej w ekstremalnej okolicy nie można pozwolić sobie na letniość, trzeba być zimnym albo gorącym.

Z całej lektury chyba najbardziej podobała mi się końcówka, gdy historia staje się mniej logiczna, spójna, uporządkowana, jakby w miarę nadciągającego orkanu, który zatyka uszy, rozmywa widok przed oczami, zmusza do przygięcia się, schowania - również i opowieść odpływała w rejony pomiędzy jawą a snem, rzeczywistością a przywidzeniem. Ładna sztuczka na zakończenie.

środa, 26 października 2016

Krzysztof Varga: Masakra

Nie jest to książka na poziomie Nike, nie będzie to też raczej książka, za którą Varga zostanie najbardziej zapamiętany. Ale nie jest to również pozycja zła - to raczej przyzwoita rozrywka, dość mocno osadzona w warszawskich realiach towarzysko-imprezowych i głównie dlatego warta lektury.

Opcjonalnie, gdyby ktoś czuł, że zbyt rozpędzona hulajnoga rzeczywistości umyka mu spod nóg na nierównym bruku życia, to może ją przeczytać po trosze jako przestrogę.

Ale tylko po trosze, bo jednak to poziom rozrywkowy, wyżyny egzystencjalnych refleksji są tu nadal stosunkowo nisko:

Stefan najbardziej w sobie nienawidził chyba tego braku asertywności, tego bycia fajnym facetem, tego nieustannego marnowania czasu na rozmowy z idiotami, z ludźmi do niczego mu niepotrzebnymi. Wolał już, naprawdę wolał, samotne picie w domu niż picie z nieznajomymi, a nawet ze znajomymi, którzy go nic nie obchodzili. Kiedy pił sam ze sobą, to przecież jednak pił z kimś, kto go bardzo obchodził.
[s. 207]

Ze wszystkimi ograniczeniami, jednak poleca się.

wtorek, 25 października 2016

Kate Brown: Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Prezent od żony, która chyba chciała żebym się przez dłuższą chwilę nie odzywał. Plan się powiódł: książysko wielkie, temat trudny, przypisów milion. Ale czytało się zaskakująco dobrze, autorka nie spłycając zagadnienia nadała całej opowieści charakter gdzieś pomiędzy solidnym reportażem a wciągającym kryminałem.

Na samym początku wrażliwszym - na sobie testowałem - może się zrobić słabo. Szczegółowe opisy objawów choroby popromiennej obezwładniają. Potem jednak na plan pierwszy wychodzą rzeczy dla mnie ciekawsze - społeczny kontekst funkcjonowania kombinatów nuklearnych, cała urbanistyczno-socjologiczna inżynieria, jaka została wykonana przy tworzeniu atomowych miast, wreszcie konsekwencje ich powstania i modele dalszego rozwoju.

Pewna mieszkanka Oziorska, z która odbyłam krótką rozmowę na ulicy, powiedziała mi, że na początku lat pięćdziesiątych jej czteroletniego syna przejechała ciężarówka. Zapytałam, jak to sie stało.
- Bawił się na ulicy i kierowca go nie zauważył.
- Był sam poza domem? - Zdziwiłam się, przejawiając wrażliwość typową dla drugiej półkuli w XX wieku.
- No tak. Miał cztery lata. Wie pani, był już duży - uże bolszoj.
Oziorsk i inne zamknięte miasta nuklearne stały się pierwszymi sowieckimi miejscowościami, które postawiły na nuklearną1 rodzinę. Problem polegał na tym, że sowiecka dwupokoleniowa rodzina za wcześnie wyrwała się na scenę. Rodziny wielopokoleniowe umiały zadbać o siebie, natomiast rodziny dwupokoleniowe były nieznośnie roszczeniowe. W nowych miastach brakowało usług, urządzeń gospodarstwa domowego, zaplecza handlowego i innych świadczeń, które zastąpiłyby dziadków.
[s. 204]

Ale nad relacją z tego wielkiego projektu dominuje oczywiście temat najważniejszy: długotrwałego - czy w ogóle możliwego do zneutralizowania? - skażenia środowiska naturalnego na gigantycznych obszarach wokół atomowych stref.

Ciekawe, ile osób po lekturze będzie zaskoczonych bliźniaczym wręcz poziomem troski władz USA i ZSRR o zwykłego obywatela i o przyrodę. Ja przyjąłem to bardziej ze smutną rezygnacją.


[1] W tym znaczeniu - ww.

niedziela, 4 września 2016

Zadie Smith: Białe zęby

Długo się broniłem przed tą książką, w sumie nie wiem czemu. Z jakiegoś powodu miałem wrażenie, że to będzie coś pomiędzy melodramatem a dramatem psychologicznym, że będzie o cierpieniach imigrantów, o społecznej krzywdzie i ogólnym poniżeniu. A ja się nie lubię męczyć przy lekturze, jestem leniwy i dość wygodny.

No ale ostatecznie - wziąłem się.

Święty Barnabo w rabarbarze, ale dobre! Fascynujący kłębek ludzkich losów. Każdy ma swoją, wyjątkową historię, ale też każdy jest osadzony głęboko w swojej rodzinie - czy akceptuje to, czy próbuje się z tego osadzenia wyrwać - a wreszcie każda rodzina, ale też każdy indywidualnie, osadzony jest w tym trójrodzinnym splocie i w szerszym, londyńskim kontekście. Z tego galimatiasu indywidualnych, rodzinnych i społecznych uwarunkowań i oczekiwań wychodzą historie niezwykłe: niewiarygodne, wydawałoby się: niemożliwe - tacy ludzie nie powinni się spotkać, nie powinni mieć o czym ze sobą rozmawiać! - a jednak. Opisane tak, że nie sposób w nie nie uwierzyć.

Oczywiście, bez dwóch zdań: jeśli czytać uważnie, to można wyczytać dość przygniatające tło bardzo powoli dojrzewającej do wielokulturowości Anglii lat 70. i 80. Można także zwrócić uwagę, że nierówności społeczne, które się w tych latach ukształtowały, nie zostały później zupełnie wyeliminowane, że jeśli ktoś z "klasy niższej" pochodzi, to w niej dojrzeje i umrze i przekaże ją w spadku swoim dzieciom. Ale choć na problemy te można i warto zwrócić uwagę, to nie przygniatają one, nie narzucają się. Można uczynić sobie z tej książki lekturę wręcz przygodową.

I nie ma się co oszukiwać: to zasługa fenomenalnego języka Smith. Ostrego, wyrazistego, zdolnego do oddania drobiazgu w tak plastyczny sposób, że natychmiast przed oczami staje całość:

Ryan był rudy jak wiewiórka, a Clara czarna jak smoła. Piegi Ryana mogły się przyśnić entuzjastom łamigłówek typu „połącz kropki”, Clara zaś potrafiła objąć siekaczami jabłko, nie dotykając go językiem. Nawet katolicy nie mogli im tego wybaczyć (a katolicy są równie skorzy do wybaczania jak politycy do składania obietnic, a dziwki do dawania dupy).
[s. 37]

Poleca się. Na wakacje, na po wakacjach, na zimę - poleca się. 


PS: Ksiązka to jeden z prezentów ślubnych, dzięki!


środa, 31 sierpnia 2016

Laurent Binet: HHhH. Zamach na kata Pragi

Doskonała książka. Doskonała. Ostatnio otrzymałem egzemplarz w prezencie od niezastąpionego Bako; na początku nie byłem pewien, ale w miarę czytania przypominałem sobie - znam to! Już kiedyś ją czytałem, ale przeszła bez żadnej notatki. Zamiast ze strony na stronę nudzić się znanym już tekstem coraz bardziej i wreszcie odłożyć lekturę, coraz bardziej się w nią wciągałem. Doskonała książka!

Podoba mi się żonglowanie planami akcji i pewna autotematyczność tego tekstu. Jest to jednocześnie książka o zamachu na Heydricha, o Heydrichu i o zamachowcach - Gabčíku i Kubišu - o całym tle historycznym i społecznym, ale jest to także bardzo ciekawa książka o pisaniu książki: o dokumentacji, szukaniu informacji, o rozterkach dotyczących autorskiego przywiązania do faktów i prawa do kreacji, o tropieniu i analizowaniu innych pozycji dotyczących tego tematu, wreszcie o przywiązaniu, szczególnym związku, w jaki wchodzi autor ze swoimi bohaterami.

To przechodzenie pomiędzy poziomem opowieści i metaopowieści bywa zabawne, jak przy rozważaniach o nagromadzeniu w historii nazwiska Moravec ("Autor fikcji już na początku zrobiłby z tym porządek, czyniąc z pułkownika Moravca na przykład pułkownika Novaka; rodzina Moravców stałaby się rodziną Švigarów, czemu nie, a zdrajca dostałby jakieś fantazyjne nazwisko - Nutella, Kodak, Prada, sam nie wiem." - s. 238); bywa też irytujące ("Sport jest jednak faszystowskim kurewstwem." - s. 237), przede wszystkim jednak do ciekawej historii zamachu dodaje nie mniej ciekawe pytanie o możliwość pełnego opisania takiego zdarzenia 60 lat później.

Nade wszystko jednak stanowi niezłą, podstępną sztuczkę - zmienia powieść historyczną w gawędę o historii. Może trochę na zasadzie telemarketera, któremu nie sposób przerwać: Binet mówi, mówi, mówi, a gdy tylko u słuchacza mogłoby nastąpić znużenie - zręcznie zmienia temat na nieco poboczny, wrzuca jakąś refleksję, dopowiada coś o sobie samym, ale nie przestaje mówić. Nie da się oderwać.

czwartek, 23 czerwca 2016

Iza Klementowska: Szkielet białego słonia

Czytałem Samotnośc Portugalczyka i nie byłem urzeczony, ale tym razem jest lepiej. Autorka porzuca Portugalię, wybiera się do (zasygnalizowanej w Samotności...) dawnej portugalskiej kolonii - Mozambiku, i mam wrażenie, że reportersko poczyna tam sobie śmielej aniżeli na kontynencie. Odważniej dobiera miejsca, bohaterów; dokłada do tekstu sporo informacji historycznych, politycznych i geograficznych, ale też odrobinę własnego doświadczenia, co nadaje reportażowi także rys podróżniczy.

Miałem już okazję książkowo zetknąć się z Mozambikiem - trzykrotnie. Ale jeśli ktoś dopiero zaczyna, prawdopodobnie od takiego reportażu warto wystartować.


Technikalia: https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/szkielet-bialego-slonia

wtorek, 21 czerwca 2016

Virginie Despentes: Vernon Subutex (1)

Nie do końca rozumiem. Może mi coś umknęło. Ale bezbronność Vernona wobec sekwencji zdarzeń, jaka wysyła go ostatecznie na ulicę, wydaje mi się wręcz nieprawdopodobna. Ja bym chyba jednak... coś zrobił. Zadziałał wcześniej, aktywniej, inaczej. Nie poddałbym się tej zerojedynkowości: wygrywasz wszystko lub wszystko tracisz. Ale możliwe, że jego bezradność i obojętność wynikają z głębokiego zrozumienia, że inny z bohaterów, Kiko, ma rację, gdy rozmyśla:

Ludzie z dołów boją się wzrostu notowań skrajnej prawicy. Na giełdach to niczego nie zmieni. Ci czy tamci, nie czuć żadnej różnicy. Już się nie cofniemy. Tkwią jeszcze w latach trzydziestych. Kiko jest podpięty do jedynego nurtu, ma bezpośrednie połączenie z władzą, pieniądze się szamoczą, wierzgają, stają dęba, ale Kiko jest w siodle. Czy ktoś każe pilotowi bombowca przeżywać wewnętrzne rozterki? A ci jeszcze bronią szkoły czy ubezpieczeń społecznych. Zapóźnieni w rozwoju. Czy bezrobotny czuje potrzebę czytania w czasie wolnym? Mają dostawać pieniądze, skoro nie produkują? To koniec starego świata. Po co kształcić ludzi, których nie potrzebujemy już na rynku pracy? Kiedy następnym razem wystosuje się apel do ludów Europy, to z powodu wojny. Wojna. Ale piśmienni bezrobotni - doprawdy, co za głupota. Ludzie myślą, że tam na górze przejmują się ruchami kontestującymi istniejący porządek, naprawdę wierzą, że komuś ściska się serce, gdy widzi paru oberwańców, którzy nie mają za co sobie kupić mąki. Zawsze tak było. To twarda rzeczywistość. To wojna.
[s. 211]


To przygnębiająca wizja, choć płyną zewsząd sygnały, że chyba niezbyt odbiegająca od prawdy. Ja jeszcze optymistycznie nie tracę nadziei, że czas ruchów kontestujących istniejący porządek, zwłaszcza lewicowych, wciąż przed nami - ale im dłużej się zastanawiam tym uczciwiej przyznaję przed sobą, że jeśli tak, to chyba daleko przed nami. Może Vernon równie uczciwie przyznał, że nie dożyje.

Ale może jego przypadek jest po prostu symptomatyczny dla tych, którzy dzisiaj żyją na przecięciu dwóch płaszczyzn: intensywnego kreowania swojego wizerunku w sieci oraz codziennego życia w wielkim mieście; a wielkie miasta zwykle rozmieszczają ludzi na dwóch biegunach - są ci, którzy odnoszą sukcesy i korzystają z jego uroków, i są ci, którzy przegrywają i rozpaczliwie próbują utrzymać się na powierzchni. W takim świecie lepiej do końca blefować i utonąć niż wyciągnąć rękę po pomoc, przetrwać, ale przyznać się do porażki.

Jak by na to nie patrzeć, książka jest bardzo dobra - czekam na kolejne części.


niedziela, 12 czerwca 2016

Olga Tokarczuk: Ksiegi Jakubowe

Bardzo cenię kompleksowo zbudowane światy. Czy są one mocno osadzone w historii czy w całości zmyślone, to mniejsza. Chylę czoła przed całościowością , przed drobiazgowym autorskim namysłem nad wszystkimi możliwymi aspektami funkcjonowania tworzonego świata.

Księgi... to fascynująca historia. Doczekała się wielu recenzji, nic odkrywczego nie napiszę, ale odnotuję sobie na marginesie, że niezwykle kompleksowo można się w nią zanurzyć. Można ja przeczytać jak wciagającą powieść - no, nieomal przygodową. Można skupić się na zawiłościach religijno-społeczno-politycznych. Można docenić drobiazgowość researchu historycznego i przeczytać ją jako uzupełnienie do podręcznika od historii. Można spróbować przeczytać ją jak powieść psychologiczną - otoczyć się bohaterami tak dobrze przemyślanymi, że prawie żywymi, gotowymi do rozmowy.

Żeby żadnego z tych poziomów nie zgubić, trzeba zachować czujność, trzeba się jednak skoncentrować, przysiąść nad tekstem w ciszy - to raczej nie jest (nie tylko z uwagi na gabaryty) ksiązka do autobusu czy pociągu. Ale z pewnością skupienie to się opłaci.

Przy okazji lektury warto zachwycić się także składem; brakuje mi wiedzy fachowej - czy numeracja ksiąg i stron z boku kart to jeszcze pagina czy ornamentacja czy jeszcze coś innego? Co by to nie było, jest piękne. Do tego numeracja stron od końca czy też - zwyczajem skopiowanym z dawnych ksiąg - przenoszenie ostatnich i pierwszych wyrazów na stronach na strony kolejne; wszystko to może dostarczyć - prócz niewątpliwej przyjemności wizualnej - także ważnej wskazówki interpretacyjnej. Przy tak drobiazgowej dbałości o skład trudno uniknąć myśli, że jest to hołd dla Benedykta Chmielowskiego; czyżby w ten sposób wyróżnionego bohatera opowieści? A jeśli wyróżnionego, jeśli przyjąć na chwilę, że głównym bohaterem jest ten, kto spisuje całą wiedzę o świecie, to kim staje się Jakub Frank? Być może poszukiwaczem, eksperymentatorem, który nieustannie sprawdzając konfiguracje religijne, duchowe, polityczne, społeczne, rodzinne, międzyludzkie etc. etc. chce dostarczyć jak najwięcej materiału do zapisania na kartach wielkiej encyklopedii? Jakub Frank jako beta-tester rzeczywistości. #mniebawi


--
Książka to jeden z prezentów ślubnych - dzięki!



poniedziałek, 9 maja 2016

Elisabeth Åsbrink: W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa

Trzy wątki:

1. Losy Żydów w przedwojennym i wojennym Wiedniu. Opisane głównie przez listy, robią piorunujące wrażenie. Sytuacji Żydów w okresie wojennym nikomu nie trzeba przypominać, ale to... to powolne odbieranie współobywatelom praw, nawet zupełnie drobnych, a jednak naturalnych - prawa do przebywania w miejskim parku! - krok po kroku pozbawianie pracy, dorobku życia, odsuwanie ich od "zdrowej części społeczeństwa", wreszcie wywózki, śmierć w obozach... Narastanie tej mrocznej opresji robi ogromne wrażenie.

2. Faszystowskie nastroje w ówczesnej Szwecji: bardzo interesujące są zarówno opisy społecznych napięć pomiędzy chrześcijańskim miłosierdziem a nazistowskimi sympatiami, jak i relacje z dyplomatycznych gier szwedzkiej administracji różnych szczebli - czy to z opozycją wewnątrz kraju, czy z silnymi parterami zagranicznymi. Nawet pobieżna lektura popularnych szwedzkich kryminałów ujawnia, że naród ten w czasie wojny nie był moralnie nieskazitelny - zresztą jak chyba żaden. U Åsbrink jest nieco więcej polityczno-historycznego detalu, który warto poznać.

3. Historia jednego, konkretnego żydowskiego chłopca, przyjętego w Szwecji przez misję katolicką i ocalonego tym samym przed śmiercią, która spotkała całą jego wiedeńską rodzinę. Jego dorastanie pokazane również poprzez listy - lub ich brak - to opowieść o tym, że młodość, okres dojrzewania, ma swoje uniwersalne prawa, niezależnie od warunków zewnętrznych. O tym, że rany, drzazgi w sercu, mogą pozostać na całe życie, ale jest taki czas, kiedy się ich nie czuje. Ten wątek dramatycznych przecież losów młodego Ottona jest moim zdaniem najważniejszy - i z nim łączą się najważniejsze dla historii postacie przyjaciół z młodości.

Nie rozumiem do końca, czemu książka, w której w rewelacyjny sposób zostały splecione 3 tak fascynujące wątki, jest reklamowana jako opowieść o jednym, konkretnym odprysku jednego z tych wątków. Czemu jako punkt zasadniczy historii są wskazywane faszystowskie sympatie Ingvara Kamprada, czemu w załączonych wywiadach eksplorowana jest sprzeczność między tymi sympatiami a głęboką, wieloletnią przyjaźnią z młodym żydowskim uchodźcą.

To znaczy - rozumiem. Marketing. Ale Kamprada, twórcę IKEA, można było wypytywać osobno i zrobić o nim osobną książkę, na pewno byłaby znakomita, interesująca, no i sprzedawałaby się świetnie.

Choć W Lesie Wiedeńskim... jest książką znakomitą, robienie z tego wątku osi całej opowieści jest niesprawiedliwe wobec Ottona i jego rodziny.

--

Książka to jeden z prezentów ślubnych - dzięki!

niedziela, 20 marca 2016

Reportaże ze smutnych miejsc

Przeczytałem ostatnio Zabójcę z miasta moreli. Reportaże z Turcji Witolda Szabłowskiego. Smutna to opowieść - interesująca, ale smutna. Czasem tak wychodzi, że z rzetelnego, reporterskiego opisu innej kultury wyłania się bardziej obraz jej kompletnej nieprzystawalności do tego, co ja zwykłem uważać za normalne, aniżeli jakiekolwiek poczucie ponadnarodowej czy ponadkulturowej więzi.

Owszem, teksty o Stambule mieszczą się jeszcze w ramach inne, ale ciekawe, natomiast historie o sprzedawaniu sióstr i żon do burdeli, o honorowych zabójstwach dziewczyn choćby podejrzanych o pozamałżeński seks - bez, oczywiście, wysłuchania ich samych - budzą we mnie tylko przerażenie.

A kiedy czytam np. o prześladowaniach mniejszości seksualnych, myślę sobie: dzicz.

I tu wypadałoby wspomnieć o drugiej lekturze - przeczołgałem się bowiem przez Białystok. Biała siła, czarna pamięć Marcina Kąckiego.

Przeczołgałem, mówię, nie dlatego że to książka źle napisana. Przeciwnie. Ale nie ma w niej nic dobrego. Bagno. Może nieliczne perełki w bagnie, ale zasadniczo - smutna i zła historia goni kolejną smutną i złą historię.

Historyczne uwarunkowania czynią Białystok miastem wyjątkowym, ale tak naprawdę najbardziej boję się myśli, że jeśli chodzi o stan dzisiejszy, to może być raczej reguła aniżeli wyjątek. Reguła, której ja może z perspektywy warszawskiej bańki względnej tolerancji, względnego równouprawnienia i względnej dbałości o pamięć o wszystkich wydarzeniach historycznych - mniej i bardziej chlubnych - nie dostrzegam na codzień.

Po przeczytaniu Zabójcy... podzieliłem się z kilkoma osobami myślą, że nie ma miejsca dla Turcji w UE. Zbyt duży dystans kulturowy. Po przeczytaniu Białegostoku... myślę, że może lepiej nic nie będę mówił.


--
PS: Ale z Zabójcy... rozdział o tureckich serialach polecam szczególnie. Jest wyjątkowo lekki w porównaniu z innymi, wciągający, a miałem okazję zestawić spostrzeżenia w nim zawarte z kilkoma odcinkami takich seriali, które Żona ogłąda służbowo a ja jej czasami zerkam przez ramię. 100% faktów.

sobota, 12 marca 2016

Recap


Wycieczka do Pragi: 11/10. Nawet przy trzeciej wizycie nie można się w tym mieście nudzić.

Karol Modzelewski, Zajeździmy kobyłę historii: trzeba; bardzo wiele spraw ustawia we właściwym świetle.

Zygmunt Miłoszewski, Gniew: Wciągające. Najpierw Bonda, potem ten, chyba zostanę fanem polskich kryminałów.

Trubalkan, Bubliczki. Znakomite, energetyczne granie. Czekam na jakiś koncert.

Komety grają Partię, koncert 5.03.2016: powrót do młodości. Oczywiście jak zwykle przy imprezach w Kulturalnej organizator wpuścił jakieś 30% ludzi za dużo, no ale hajs się musi zgadzać. Poza tym ekstra.


The Spierig Brothers, Predestination (2014): trochę za bardzo zakręcone, w pewnym momencie przestałem ogarniać co z czego wynika, ale dobrze się oglądało. 

Mirosława Marody: Jednostka po nowoczesności. Perspektywa socjologiczna. Spektakularna porażka czytelnicza - okazuje się, że nie jestem w stanie zmusić się do przebrnięcia przez napisaną trudnym, naukowym językiem publikację z dziedziny, która mnie średnio interesuje. Nie liczyłem, że się wciągnę, no ale jednak chciałem się zapoznać. Przeczytałem ze 2 rozdziały w miesiąc, minął termin zwrotu do BUWu i kiedy po raz kolejny zasnąłem nad lekturą, poddałem front. Użalam się nad sobą.

Ameryka też się sypie, to osobny rozdział

Przeczytałem Detroit. Sekcja zwłok Ameryki Cherliego LeDuffa i jestem podwójnie przygnębiony. Po pierwsze tym, jak spektakularnie posypało się przemysłowe miasto (nie tylko to jedno). Jak od góry do dołu nic w nim nie działa, a wysiłki pojedynczych osób, którym "jeszcze się chce" toną w morzu korupcji i tumiwisizmu na każdym szczeblu.

Po drugie jednak przygnębiła mnie ta lektura na poziomie meta - jako historia reportera, który powraca do rodzinnego miasta, umówmy się - zdobywszy już solidną sławę dziennikarską, a więc w mojej wyobraźni od pierwszych stron urasta do rangi herosa, który dociekliwością i piórem zaprowadzi przynajmniej po części porządek w zastanym burdelu. Szuka. Pisze. Walczy. Nie osiąga nic - no może jakieś drobne symboliczne zwycięstwo, po którym wszystko szybko wraca na stare tory.

LeDuff kończy opowieść w sumie optymistycznym akcentem - nie będzie nas, będzie las - ale ja zostaję z gorzkim uczuciem porażki.

Amerykańską przygodę kontynuowałem z Katarzyną Surmiak-Domańską. Bohaterowie jej Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość mieliby, mam wrażenie, jasną diagnozę przyczyny wszystkich nieszczęść, jakie spotkały Detroit i północ Stanów w ogóle. Ale ja widzę raczej opis innych objawów tej samej choroby: gorzkiego rozczarowania rzeczywistością. Co robisz, gdy nie masz pracy i perspektyw na nią? Gdy na ulicy nie czujesz się bezpiecznie. Gdy obawiasz się wysłać swoje dziecko do szkoły? Naturalnymi reakcjami są ucieczka, obrona, szukanie wsparcia. A wsparcia ochoczo udzielają zręczni manipulatorzy, podsuwając kozła ofiarnego - non-whites i sugerując rozwiązanie: obronę białej rasy. Przy okazji inkasując po kilka dolarów składki na działalność Klanu.

Z książki wyłania się oczywiście bardziej złożony, zwłaszcza w ujęciu historycznym, obraz problemu, który ja tu na potrzeby notatki sprowadzam do dwuzdaniowej konkluzji. Warto przeczytać całość - można lepiej zrozumieć i usytuować w szerszym kontekście te czasami przebijające się aż do Polski doniesienia o różnych wewnątrzamerykańskich konfliktach na tle rasowym.

PS: Detroit to jeden z prezentów ślubnych - dzięki!

niedziela, 21 lutego 2016

Muminki i ich mama

Od najlepszej żony świata dostałem na urodziny całą serię muminków z ilustracjami autorki. Czekały kilka miesięcy, ale w końcu sieknąłem wszystkie - nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. Wciąż jestem zachwycony. W tych książkach jest wszystko i dla wszystkich.

A potem wziąłem się za Mamę muminków - sążnistą biografię Tove Jannson autorstwa Boel Westin. Bardzo ciekawa pozycja - w tle sporo z historii Finlandii, a na pierwszym planie naprawdę nietuzinkowa autorka. Bardzo aktywna, bardzo wszechstronna, w świadomy sposób czuwająca nad rozwojem swojej kariery. Ciekawie wyglądała też jej praca nad muminkami - przerwy, powroty, z jednej strony dopieszczanie wszystkich drobnych projektów okołomuminkowych, z drugiej - od pewnego momentu - próba oderwania się od wizerunku "autorki jednej opowieści".

W ogóle, dla kogoś, kto Tove Jansson kojarzył tylko z muminków, ta biografia to otwarcie całej gamy nowych wątków do rozpoznania - ja już się zasadzam na jej późniejsze, pomuminkowe książki.

Oprócz opowieści o życiu i pracy Jansson, Mama muminków to także solidny kawałek fachowej analizy literaturoznawczej:

Z Tatusiem Muminka i morzem Tove Jansson wpisuje się w tradycję latarnianych opowiadań do wtóru z Edgarem Allanem Poem, Juliuszem Verne'em, Arvidem Mörne, Jacobem Paludanem Møllerem oraz, rzecz jasna - Virginią Woolf. Przyciąganie latarni (Do latarni morskiej to przecież tytuł słynnej powieści Woolf) miało magnetyczną siłę zarówno dla Tatusia, jak i ojca w rodzinie Ramsayów, i jakkolwiek nie istnieje bezpośredni związek między tekstami - przenika je ta sama pasja dla symboliki wieży nawigacyjnej.
Latarnia wyznacza granicę między lądem a morzem, ostrzega przed mielizną, wskazuje bezpieczny kurs, ogłasza alarm, kiedy zdarzy się wypadek, oraz rzuca świetlne kierunkowskazy. Pokazuje drogę do domu, jednak może również stanowić znak rozstania, wiąże się z samotnością, narażaniem się, tęsknotą, nawigacją, kontrolą, władzą i poczuciem bezpieczeństwa. Z psychoanalitycznego punktu widzenia latarnia w "tatowej książce" reprezentuje utraconą męskość Tatusia. Fakt, że nie potrafi jej zapalić, czyni ten obraz nader wyrazistym. On dosłownie nie umie naładować baterii. Jednak przede wszystkim latarnia reprezentuje ruch (podążanie) w kierunku tego, co nowe. Ma dać bohaterowi zadanie na miarę ojca.
[s. 357]

No, także tak. Dorosłym polecam, dzieciom polecam nie czytać.

wtorek, 19 stycznia 2016

Msza za miasto Arras

Fantastyczny, wciągający monodram Janusza Gajosa (http://www.narodowy.pl/repertuar,spektakle,118,msza_za_miasto_arras.html) skłonił mnie do sięgnięcia po książkę Andrzeja Szczypiorskiego. Igor Sawin, autor adaptacji scenicznej, z konieczności okroił nieco tekst, ale zostawił co najważniejsze: próbę refleksji nad źródłami fanatyzmu, chyba wszelkiego rodzaju.

Mam jednak wrażenie, że dopiero po lekturze pełnego tekstu - w tym licznych, pominiętych w adaptacji rozważań Jana i Alberta - widać uderzającą aktualność opowieści Szczypiorskiego. Można przyłożyć ten tekst do dzisiejszej sytuacji politycznej i społecznej w Polsce i bawić się w rozpoznawanie bohaterów.

wtorek, 29 grudnia 2015

Filip Springer: 13 pięter

Mnie w zasadzie nie trzeba było przekonywać, że stwierdzenie "każdy dorosły człowiek musi mieć własne mieszkanie, a wzięcie kredytu na pół życia jest naturalną i najlepszą drogą do realizacji tego celu" to jedno z największych oszustwa jakie daliśmy sobie (my: zarówno jako społeczeństwo jak i jako indywidualni ludzie) wmówić. Sam spłacam kredyt, co prawda tylko 15-letni, ale kolejne 15 lat zostało mi oszczędzone tylko dzięki pomocy rodziców. I zastanawiam się, mimo głębokiej wdzięczności do nich i mimo poczucia, że mam luksusową sytuację, czy na pewno nie mogłoby być lepiej. Rozsądniej. Pewniej.

Filip Springer rozprawia się z tym oszustwem kompleksowo. Zahacza przy okazji o tematy pozornie niezwiązane (rynek wynajmu, kontenery dla bezdomnych), ale dzięki temu uzyskuje pełen obraz tej grozy, która się dookoła sytuacji mieszkaniowej w Polsce rozgrywa. Zaczyna od wątku historycznego, za co jestem mu osobiście wdzięczny, bo jego akurat nie znałem. "Paryż północy", owszem, też taką miałem wizję przedwojennej Warszawy. Pocztówkową, filmową.

Najbardziej frustrujące dla mnie są rozdziały o TBSach, zwłaszcza w zestawieniu z wątkiem historycznym. One pokazują, że od 100 lat nikt tutaj nie jest w stanie sięgnąć po działające i sprawdzone rozwiązania! A jeśli ktoś nawet spróbuje je wdrożyć, zaraz okazuje się, że dookoła biznesu mieszkaniowego kręci się zbyt grube lody, aby można było tak sobie po prostu myśleć o potrzebach ludzi.

Są tacy, którzy by chcieli, ale póki co oscylują w okolicach 3% społecznego poparcia. Może za 4 lata. A przez ten czas dobudujemy sobie jeszcze kilka pięter do tego ogólnonarodowego Czarnego Kota.


PS: Jakoś tak w miarę w tym samym czasie kiedy czytałem książkę, byłem na wystawie Spór o odbudowę, w ramach festiwalu Warszawa w budowie 7. Część wątków się powtarzała, dochodziły też nowe. Ogólnie wystawa znakomita, ale oczywiście zanim się zebrałem do pisania to się już dawno skończyła. Bhawo ja.

niedziela, 27 grudnia 2015

Michał Olszewski: Najlepsze buty na świecie

Nie czytałem chyba żadnego z reportaży Olszewskiego zebranych w tej książce. A przynajmniej nie pamiętam. Możliwe, że drukowane pojedynczo w gazetach miały mniejszą siłę rażenia, ale zebrane w tomie - są druzgocące.

Olszewski nie podejmuje tematów lekkich ani przyjemnych. Zwykle pisze o rzeczach trudnych - o niesprawiedliwości, o krzywdzie, o biedzie, o błędach systemu. Nawet jeśli jest w tekście bohater pozytywny, to zwykle jest on w tarapatach. Ponad 250 stron takiego przekazu skutecznie leczy z jakiegokolwiek optymizmu na dłuższy czas.

Nie oznacza to, że nie warto sięgnąć po ten zbiór - teksty są doskonale napisane. Co najwyżej, warto sobie rozłożyć lekturę na raty. Przeplatać np. z Muminkami. Nie czytać ponurą jesienią.

Ale czytać.

Niektóre z tekstów zapewne przynajmniej w części się już zdezaktualizowały, najwcześniejsze są z 2003. Do innych jest dopisane postscriptum. Ale nie mam żadnych wątpliwości, że niektóre sygnalizowane dekadę temu problemy do dziś są żywe. O czym warto, mieszkając w sytej Warszawie, pamiętać.



PS: To kolejny z prezentów ślubnych, dzięki!

sobota, 26 grudnia 2015

Szczepan Twardoch: Morfina

Ojezu, ale się zmęczyłem.

Pojechaliśmy z kolegami w 2010 i 2012 roku do Amsterdamu na kilka dni. No wiadomo, hulaj dusza, piekła nie ma. Było ekstra, łażenie, zwiedzanie, przygody; ale za każdym razem po 3 dniach czułem się fizycznie zmęczony. Że ja już nie mogę, że nawet jak po prostu spacerujemy, to ja i tak jestem taki jakiś lekko przytłoczony oparami zabawy. Że to zmęczenie nie chce przejść.

Podobnie było przy tej książce - nie chodzi o opisy narkotycznych sesji, tylko o to, że nawet pomiędzy nimi Konstanty nie odzyskuje przytomności umysłu. Że jego motywacje, ścieżki rozumowania, a w efekcie - decyzje, że wszystko to jest nieustannie, czy jest trzeźwy czy nie, spowite w narkotyczno-alkoholowej mgle.

Historia dziejąca się w tle jest fascynująca i wciagająca i nie pozwala odpuścić w trakcie - chociaż naprawdę chciałem, chciałem już odłożyć książkę i przetrzeźwieć nieco, i wreszcie odpocząć.

Znaczy to chyba, że należałoby pogratulować autorowi znakomitej powieści.


PS: To kolejny z prezentów ślubnych, dzięki!