środa, 30 marca 2011

Pablopavo i Ludziki: 10 piosenek

Empik sprzedający płytę na kilka dni przed oficjalną premierą to banda prosiaków, ale, sorry Pablo, nie wytrzymałem i wsparłem tę podłą szajkę moją kasą. I w ten sposób, z lekkimi wyrzutami sumienia, na dzień przed premierowym koncertem jestem już po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu.

Na początku przyszło zaskoczenie, bo płyta jest zauważalnie inna muzycznie od tego, z czego "wyrósł" Pablopavo i co było doskonale słyszalne jeszcze na Telehonie1- czyli z rytmów żywych, reggae'owych, dubowych. Oczywiście już Telehon to była np. w porównaniu z płytami Vavamuffin szalona eksploracja nowych nurtów i brzmień, kierunek funk, hip-hop, nawet z lekkim skrętem elektronicznym, ale ta płyta, to już prawie zupełne oderwanie. Muzycznie wydaje się znacznie spokojniejsza, a nawet tam, gdzie już-już zdaje się, że wróciliśmy do znanych rytmów, następuje nagłe przełamanie, zwód i ucieczka przed "reggae-policją".
To moje początkowe zaskoczenie, łatwe do wytłumaczenia tym, że i ja przecież z dokonaniami Pablo zaprzyjaźniałem się od Vavamuffin i Zjednoczenia, szybko jednak ustąpiło - Ludziki grają bez ściemy i tandety2, gitary i dęciaki brzmią żywo i soczyście, elektronika i przeróżne przeszkadzajki nie przeszkadzają, a te spokojne, czasem nawet refleksyjne kompozycje okazują się po kilku przesłuchaniach niesamowicie przemyślane i wkręcające (tu moim faworytem jest iście iście).


Muzyka muzyką, ale takie mam głupie przyzwyczajenie, że ważniejsze są słowa. Początek płyty bez rewelki - po dwóch pierwszych kawałkach (Rozpoczęcie i Wpuść mnie) byłem zaniepokojony zniżką tekściarskiej formy Pablopavo, ale już chwilę później, przy Oddajcie kino Moskwa uspokoiłem się a przy kolejnym kawałku, no cóż, z jednej strony odzyskałem spokój ducha w kwestii jakości słów, z drugiej strony ten spokój ducha całkiem zgubiłem, bo mi przy słowach "ona płakała stara jak nigdy dotąd" najzwyczajniej w świecie łzy stanęły w oczach. Ale ja zawsze byłem romantycznym chłopcem, to sam siebie tłumaczę trochę.

Przeczytałem niedawno jakiś wywiad z Pablo, który mówił, że nie chciał nagrać płyty o Warszawie dla warszawiaków. I faktycznie, ta miejska liryka jest podana znacznie mniej wprost niż na Telehonie, Warszawa tutaj to raczej tło niż pierwszy plan, raczej bicie serca i oddech niż wykrzyczane hasła. Jest ciągle obecna, ale nie trzeba o niej mówić bezpośrednio. To się, jak wczoraj słusznie zauważył w rozmowie Stefan, może przekładać niestety na mniejszą "słuchalność" 10 piosenek w miejskim ruchu, na słuchawkach, podczas podróży. Poprzednia płyta była do tego idealna, ta może być raczej wersją domową.

Już jutro okaże się, jak wypada w wersji koncertowej. Can't wait.

A tymczasem, jeśli ktoś się jeszcze nie zaopatrzył - do dzieła! Promomiks jest do odsłuchania na stronie http://www.pablopavo.pl/ a płyta u hultajów z Empiku albo na stronie wydawcy.



PS: Przez moment miałem nadzieję, że uwinę się z napisaniem tych kilku zdań przed Roodym, ale oczywiście dupa rydz, nie ma nic - w pracy nie miałem zgranych tych kawałków, więc odłożyłem całość na popołudnie, żeby nie walnąć jakiegoś błędu w cytowanym fragmencie tekstu, no a w międzyczasie, w samo południe, Roody dokonał dzieła. No i dobrze, przynajmniej teraz mogę mu wytknąć jedną literówkę w imieniu artysty ;P

---

[1] Spojrzałem teraz na te kilka marnych zdań, które skleciłem półtora roku temu o Telehonie i nie do końca rozumiem, jak to się mogło stać? Pisałem może bardzo na świeżo po pierwszych odsłuchach? Bo dziś, z perspektywy czasu, uważam tę płytę za jedno z najlepszych muzycznych wydarzeń 2009 i początku 2010 roku, a kilka koncertów, na których byłem w 2010, udowodniło mi, że co do nisko ocenionego potencjału energetycznego tego krążka też się myliłem całkowicie.

[2] A tu dygresja o samych Ludzikach. Po bodaj pierwszym telehonowym koncercie, w październiku 2009 w Hybrydach, napisałem dosyć chłodny komentarz. I faktycznie, jak pamiętam tamten koncert, to był taki bez ekscytacji. A potem ekipa pojechała w trasę po Polsce i do Warszawy, też do Hybryd chyba, wróciła jakoś wiosną. I po tym drugim koncercie kompletnie opadła mi szczęka - jak oni się zgrali ze sobą przez tych kilka miesięcy. Pojawiły się nowe instrumenty, jakieś smyczki, więcej dęciaków, goście nabrali scenicznego entuzjazmu i nagle płyta zabrzmiała prze-energetycznie na żywo. Potem byłem jeszcze na jakichś ich koncertach, na pewno na jednym na Bielanach i, tak mi się wydaje, jeszcze gdzieś, i to się tylko potwierdzało. Ludziki rozwinęły (Ludzikowie rozwinęli ;) ) skrzydła!

Dąmbski, Stefan: Egzekutor

Kontrowersje, szok, zgroza: http://www.tvn24.pl/1,1677326,druk.html

A ja z pewnym zaniepokojeniem obserwuję, że nic mnie to nie obchodzi. Przeczytałem, bo nie mogłem zasnąć - łyknąłem w godzinę, gdzieś pomiędzy 2 a 3 w nocy z niedzieli na poniedziałek - a potem w końcu zasnąłem spokojnie i spałem do, jak zwykle zbyt wczesnego, budzika.

Od najmłodszych lat trauma wojenna przeżywana na języku polskim, historii, wiedzy o społeczeństwie, PO, w harcerstwie, trochę też na własną rękę, bo po stosy dramatycznych pamiętników z Getta czy z Powstania, po kolejne teksty z kręgu literatury obozowej nikt mi nie kazał sięgać, sam dla siebie to czytałem. No i teraz, kilka lat później, dostaję "wstrząsające, jedyne w swoim rodzaju świadectwo" - i nic. Mordowali się, co z tego, wyrzynali całe wioski i rodziny, ale ech, to przecież było wiadomo, nawet jeśli nikt tego nie spisał w jednym tomie, zresztą tyle lat minęło, naprawdę, po co jeszcze o tym rozmawiać?

Wychowanie patriotyczne na moim przykładzie kompletnie zawiodło. Punkt krytyczny przekroczony.
Zobaczymy, czy wykres na moje uczucia w tym temacie to sinusoida, i nastąpi odbicie w drugą stronę, czy odwrócona parabola, i będzie już tylko gorzej.

A książka napisana przeciętnie, widać, że Dąmbskiemu lepiej leżał w ręku pistolet niż długopis, i nawet wysiłek redaktorek nie zdołał tego zamaskować.

Michell, Roger: Morning Glory

Gdzieś tam w połowie tego filmu następuje dramat i katastrofa - notowania programu spadają, właściciele stacji planują zamknięcie go w ciągu 6 tygodni. I ten tylko fragment, w zestawieniu z zamknięciem z dnia na dzień TVN Warszawa, zasługuje na zapamiętanie - uśmiechnąłem się przy nim trochę.
Reszta to wata cukrowa, wypełniacz czasu. Pusty, przewidywalny, i - co chyba dla przedstawiciela gatunku komedia jest ostateczną dyskwalifikacją - nieśmieszny. Nawet w segmencie głupawych amerykańskich komedii.

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Dzie%C5%84+Dobry+TV-2010-487563

Lowry, Malcolm: Pod wulkanem

Co za bagno. Lektura jak tonięcię w jakichś odmętach... czegoś. Nie wiem czego. Jak upalny dzień w dżungli, wilgotność odbiera oddech, temperatura  przybija do ziemi, pot zalewa oczy, z każdej strony chłostają, szturchają, napierają jakieś rośliny, nic się nie chce, na nic nie ma siły, tylko położyć się i zasnąć, umrzeć pod tym cholernym wulkanem w tym piekielnym bagnie.

400 stron delirycznych wynurzeń, bez rozgraniczania pijackiego snu i jawy, ale nawet jeśli jawy, to jakiej na miłość boską, w 1938 roku, z partyzantką na każdym rogu, z widmami wojen i rewolucji wiszącymi nad głową, ze światem, który jest, bo go czuć, bo męczy, bo napiera, wymaga, oczekuje, ale jednocześnie go nie ma, bo nie daje perspektyw, bo nie ma gdzie uciec, czym, jak, nie ma dokąd pojechać i nie ma innego miejsca niż tu, pod tym cholernym wulkanem.

Jeden dzień, a historia całego życia, i to jakiego życia, z kim, z samym sobą, smutnym pijakiem, z żoną, ale bez żony, bo odeszła - odeszła od kogoś, czyli ode mnie, bo już nie można było wytrzymać życia w rytmie kolejnych butelek mescalu i tequili, czy odeszła do kogoś, do mojego młodszego brata konkretnie, co za sytuacja, nie da się ich kochać, nie da się ich nienawidzić, a może właśnie trzeba i kochać i nienawidzić, czy w ogóle da się cokolwiek zrobić poza kochaniem, nienawidzeniem i piciem tequili w tym nieznośnym upale pod tym cholernym wulkanem?

I proszę, przeczytałem tę książkę, i już mogę pisać o jej bohaterze w pierwszej osobie, każdy początkujący pijak powinien ją przeczytać. Bagno, co za kompletne bagno, jak się wpada w takie bagno bez wyjścia, to się samo dzieje? można w którymś momencie powiedzieć 'dosyć'? czy nie widać nic, nigdy, aż do samego końca, do momentu, kiedy się leci w dół w ostatnich sekundach życia, gdzieś na końcu świata, w kompletnym bagnie, pod jakimś cholernym wulkanem, w nieznośnym upale; i pomyśleć tylko, ale jak to? - bez nawet najmniejszego łyczka zimnego piwa dla rozjaśnienia myśli?

czwartek, 24 marca 2011

Majewski, Lech: The Mill and the Cross

Karlo nie pisze recenzji, ale o ile dobrze zrozumiałem jej linię krytyki, gdyby pisała, to wypowiedziałaby się mniej-więcej tak: http://www.filmweb.pl/reviews/Kopia+mistrza-10999

Po części się zgadzam, bo film jest o tyle pusty, że nie ma tam bohaterów, których losy można śledzić. Historii, w którą można się zaangażować. Emocji, które można przeżyć. To jest trochę lekcja muzealna w formie kinowej. Ale przepyszna lekcja muzealna. O ile ja byłbym mądrzejszy, gdyby ktoś mi do każdego arcydzieła światowego malarstwa nakręcił taki film.

I może można by tych bohaterów bardziej ożywić, te emocje dobudować, może można by dodać tej fabule więcej fabuły, ale moim zdaniem - po co? Jest bardzo udana kontemplacja, uczta dla oka, dopracowanie detali, jest czym się zająć przez półtorej godziny, a jednocześnie te półtorej godziny to w sam raz tyle, żeby się nie znudzić. Jest ukazany kontekst historyczny, praca artysty, wreszcie w sam raz tyle szczegółów interpretacyjnych z obrazu, żeby mi głowa ni spuchła. Jak dla mnie - jest dobrze. Warto i korzyść.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt1324055/

Allen, Woody: Poznasz przystojnego bruneta

O mój słodki jezu, jak mi się ten ostatni Allen nie podoba. "Ostatni" w sensie - z ostatnich lat. Do Vicky Cristina Barcelona robiłem 2 podejścia i odpadałem w połowie. Whatever works obejrzałem bez uniesienia. I tutaj znowu - irytujący typ narracji (no, ale to już moja wina, że z roku na rok zapominam w jaki sposób robi filmy czcigodny starzec), historia jak z Paulo Coelho, tyle że bez puenty, a w środku sieczka umysłowa i kilka językowych gagów.

Stefan docenia warsztat - że mimo znacznego dorobku Allen co roku wypuszcza kolejny poprawny, może nie zachwycający, ale poprawny film. Ja mówię: ok, poprawny, ale nic więcej. Przepływający przeze mnie bez pozostawienia najdrobniejszej emocji. Bez śladu. No może poza drobną irytacją z powodu tej cholernej narracji. Co mi dał ten film? Nic.



Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Poznasz+przystojnego+bruneta-2010-501868

Jarmusch, Jim: Permanent Vacation

Afabularność afabularnością, jarmuschowatość zauważalna, ale wynudził mnie ten film okrutnie. Może jeśli ktoś jest bardziej cierpliwy, to dla widoków miejskich ruin, zdewastowanych ulic, zapuszczonych zaułków mógłby sobie to zobaczyć. Ale poza tym aspektem urbanistyczno-wizualnym, to nie ma po co. Późniejsze dokonania znacznie lepsze.

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Nieustaj%C4%85ce+wakacje-1980-8117

niedziela, 13 marca 2011

Wyprawa!

Otóż. Korzystając z wolnego weekendu, z pięknego, słonecznego dnia, pojechali my za miasto. Wyprawa poszła gładko, pomijając podstępny objazd w Konstancinie, który musieliśmy ominąć jakimiś koszmarnymi opłotkami prosto przez salon Jana Kulczyka (no dobra, przez ulicę obok jego rezydencji, ale cokolwiek), i mogliśmy zaliczyć tego dnia:

kirkut w Górze Kalwarii, ale też:
ruiny zamku w Czersku, i last but not least, moją posiadłość w Adamowie k. Rososzy (samo znalezienie tego na mapie jest wyzwaniem a co dopiero na żywo). Z której nie ma fotek bo jednak nieco wstyd.

Ładny weekend, jednakowoż. A kilka fotek więcej jest tu:
https://picasaweb.google.com/witold.woicki/GoraKalwariaCzersk12032011#

poniedziałek, 7 marca 2011

Konwicki, Tadeusz: Ostatni dzień lata

Niesamowicie konwicki jest ten film. Kiedyś wygłosiłem taką tezę1, że Konwicki to jest autor jednej książki, w takim sensie, że każdy kolejny tekst to tak naprawdę przepracowywanie tych samych traum, motywów, zdarzeń, ludzi.
I ten film dotyka tradycyjnej konwickiej tematyki. I oczywiście jest to tematyka ważka, zwłaszcza z perspektywy roku 1958. Tyle tylko, że z perspektywy roku 2010, sposób opowiedzenia tego problemu został dobrany niesamowicie infantylnie. Bo co, serio niespełna 30-letni młodzieńcy tak przeżywali traumę wojenną, że szli się topić w morzu na oczach ukochanej (jak się nad tym zastanowić, to z pełną świadomością, że ona się rzuci na ratunek)? Serio?!
No i to aktorstwo, jezu, jakie drewniane.

Ale za to zdjęcia doskonałe.

Jednakowoż - przy całej mojej miłości do Konwickiego i przy całym zrozumieniu dla tej tematyki, z bólem oglądałem ten film. W normalnych warunkach bym się jakoś zmitygował i nie pisał tego tak wprost, ale Karolina oglądała ze mną i potwierdziła te refleksje. A ona się zna. Czyli potwierdzone mocą filmowego autorytetu. Nie podobało mi się i mówię to głośno.


Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Ostatni+dzie%C5%84+lata-1958-8423



[1] Nie żebym się miał chwalić, bo jeśli jest poprawna, to na pewno wygłosiło ją już przede mną wielu literaturoznawców. Ale jeśli jest do natychmiastowego obalenia to odpowiedzialność za wygadywane głupoty biorę osobiście.

Stefan operator

Stefan operator skręcił kolejny klip -



- i chociaż sound operator zawiódł nieco, to wideo niczego sobie.

Coen, Joel & Ethan: True Grit

Prawdziwego męstwa wymagało nieokazanie rozczarowania po tym filmie.
W zestawieniu z poprzednimi dokonaniami Coenów jest to produkcja zaskakująca brakiem sensu - ta produkcja jest, ale jednocześnie jest o niczym. Interpretacja w kontekście tytułu jest tak oczywista, że gdyby miało chodzić tylko o nią, możnaby sobie darować oglądanie. Interpretacja w kierunku hołdu dla gatunku westernowego jest kompletnie niemożliwa - bohaterowie tej opowieści nie kończą ani na pomnikach ani we wdzięcznej pamięci ludzi, Rooster umiera jako zapijaczony dziadek w objazdowym cyrku, Mattie do końca życia jest samotną, zdziwaczałą starą panną. Nasunęła mi się więc interpretacja odwrotna - jako dekonstrukcji westernowego mitu. Postanowiłem ją więc eksplorować i obejrzałem sobie oryginalny True Grit, z 1969 roku. I już byłem cały szczęśliwy, bo to był prawdziwy western z happy endem, i już-już moje rozpoznania interpretacyjne się potwierdzały w kontekście, ale niestety poszperałem głębiej i okazało się, że oba filmy bazowały na książce - True Grit Charlesa Portisa z 1968 roku. Książce, która - przeczytałem tylko angielskie streszczenie, więc nie znam detali - była w wymowie zbieżna z filmem Coenów. Ich ekranizacja jest dokładna, wersja z 1969 roku była bardzo optymistyczą interpretacją dokonaną na potrzeby gatunku.


I teraz to już kompletnie nie wiem co myśleć. Wychodzi bowiem na to, że w filmie jest dokładnie tyle znaczenia, ile niesie tytuł - czyli niestety żałośnie mało.
I kogo winić za znajdowaną pustkę? Twórcę książki czy twórców filmu?
Ech. Smuteczek z tych ostatnich Coenów, smuteczek.

Smuteczek oczywiście tylko na poziomie interpretacji, bo na poziomie bieżącego odbioru to było mnóstwo uciech, film wyszedł bardzo dowcipny. Chociaż miałem zabawną obserwację, że chyba publiczność oczekiwała jeszcze bardziej dowcipnego. Tak jakby hasło "bracia Coen" uruchamiało w widzach mechanizm rechotania się co 3 minuty bez względu na to, co w danej chwili dzieje się na ekranie. Przynajmniej tak reagowali w Kinotece w niedzielny wieczór kilka tygodni temu.

To jeszcze sobie tylko zanotuję skojarzenie sceny nocnej, szaleńczej jazdy konno z chorym dzieckiem na rękach z Królem Olch Goethego i już zakończę o tym filmie. Bo nie ma o czym mówić, niestety.






Technikalia -
wersja Coenów:
http://www.filmweb.pl/film/Prawdziwe+m%C4%99stwo-2010-506212
wersja z 1969 roku:
http://www.filmweb.pl/film/Prawdziwe+m%C4%99stwo-1969-8852

Stasiuk, Andrzej: Taksim

[...] stres ich, zwłaszcza matkę, zabijał. Ojciec wychodził do pracy i wracał przesiąknięty zapachem ropy. Wszyscy faceci w mieście tak wtedy pachnieli. Emiraty oraz Teksas. On miał lepiej. Wiesz, jak facet ma pracę, to reszta go nie obchodzi, ponieważ reszta to jest tylko czas wolny. Matka miała zrobić nam dom, ale nie wiedziała jak, ponieważ znała tylko rodzinny z makatką, Matką Boską, gorejącym sercem Pana Jezusa, muchami, smrodem obory i kogutem pierdolącym nieustannie swoje dziesięć kur. A tutaj wokół gdzie nie spojrzeć elegancja-francja, buty z wężowej skórki i mycie się trzy razy dziennie. Kurwa, rozumiesz, nikt do nas nie przychodził, zero obcych. Tylko ta spod szybów czasem. Teraz to widzę, te matczyne godziny przed lustrem, tę jej bezradność, to przypinanie sobie, przykładanie, przymierzanie przed wyjściem do sklepu, bo przecież nigdzie dalej ani na krok, chyba że w niedzielę autobusem na wiochę. Wiesz, nigdzie nie wychodziła ot tak, jak się wychodzi na chwilę, w kapciach, pożyczyć cukru, po ogień, jak jesteś u siebie i nie musisz sprawdzać w lustrze, jak wyglądasz, bo za progiem nie jest żaden Armagedon, tylko też twoje. Ale to nie był ten przypadek. To nie jest w ogóle ten przypadek, bo tutaj nikt nie jest u siebie, wszyscy mają poczucie, że coś komuś podpierdolili, oraz następne, że ktoś im zaraz coś podpierdoli. Wszystko jedno, towar, dobre imię, miejsce w kolejce, powietrze do oddychania, podpierdoli im szacunek, którego i tak do siebie nie czują, no, wszystko, bo to jest, człowieku, kraj szabru oraz awansu, kraj awansu szabernego, że się tak wyrażę. I moja matka, świeć panie nad jej udręczoną duszą, przeczuwała to, ponieważ była wrażliwa, ale była też kobietą prostą, więc nie potrafiła tego zrozumieć, a jedynie poczuć, że kogoś udaje, że jej życie pękło, rozdwoiło się i że musi cierpieć, chociaż nie potrafi znaleźć w sobie żadnej winy... Robiła tylko to, co wszyscy, nie? Wszyscy. Próbują uciec od swojego losu do miasta, do Reichu, na Jackowo, na Księżyc albo w pizdu. To jest, bracie, kraj wiecznych tułaczy, żadni Żydzi, tylko my. Nie musimy nigdzie wychodzić, kurwa, siedzisz w czterech ścianach i jesteś wygnańcem. Jak moja matka. Jak ja albo ty. A może nie?
[s. 252-253]

Fragment uderzający z dwóch powodów.

Po pierwsze, miałem kiedyś taką rozmowę z Przemkiem na temat wszechobecnego w ludziach tutaj, u nas, w naszym cudnym kraju, poczucia nieustannego zagrożenia. Zagrożenia tym, że gdzieś czyha podstęp. Że zawsze ktoś chce ich na czymś oszukać, zrobić w wała, odważyć mniej cebuli w sklepie, oszukać na promocji abonamentu za telewizję, podpieprzyć lepsze miejsce w przedziale kolejowym, nie dolać piwa do kreseczki 0,5l na kuflu czy wcisnąć się im z podporządkowanej przed maskę. I że w tym stanie permanentnego zagrożenia jedyną obroną jest atak - objechanie korka zatoczką autobusową i wciśnięcie się samemu, wykłócenie się o piwo z pianką, bo na pewno nie opadnie do poziomu kreseczki tylko niżej, wyśmianie sprzedawcy w salonie cyfry+ że co on za gówno wciska, jak en czy inny polsat mają o 4,90 na miesiąc taniej. Bo jeśli my tego nie zrobimy, to nam za chwilę zrobią, a wtedy zostaniemy bezradni i napiętnowani, no bo przecież dać się wyruchać w kraju cwaniaków to niezmywalna plama na honorze.

Po drugie, z powodu przetaczającej się - najpierw przez media lokalne a potem już przez cały internet - dyskusji o przyjezdnych w Warszawie. Moje stanowisko dotyczące przyjezdnych jest dosyć proste - zapraszam ich serdecznie, niech pomagają rozwijać aglomerację, miasto samo nie urośnie, a jak nie będzie rosło to będzie się cofało. Zapraszam ich serdecznie do mieszkania tutaj i do wszystkiego, co się z tym wiąże: do płacenia podatków, do interesowania się przyszłością i przeszłością tego miejsca, do uczestniczenia w kulturze i w życiu knajpianym, do zakładania własnych firm i do rozmnażania się, generalnie: do życia. I do konstruktywnej krytyki też ich zapraszam, jeśli mają jakiś dobry pomysł na usprawnienie miejskiej komunikacji, poprawę stanu dróg, służby zdrowia, to wręcz cudownie. Miastu mogłyby się przydać nowe osoby ze świeżymi pomysłami. I tylko do niekonstruktywnego jechania po Warszawie ich nieszczególnie zapraszam, bo jeśli dla kogoś to miejsce jest największą chujnią galaktyki, nie do naprawienia, wszystko źle i nawet nie ma co zgłaszać koncepcji poprawy, bo nie ma tu nic do uratowania, to myślę sobie, że powinien bez namysłu porzucić tę czarną dziurę i poszukać sobie jakiegoś lepszego miejsca na ziemi. Czyli generalnie jakby dosyć otwarty jestem. A tymczasem miałem takie wrażenie, jakby lokalsi zbyt mało pewnie jeszcze czuli się u siebie, żeby przyjmować gości.
Nie wiem do końca z czego to wynika. Mam takie wspomnienie z lat młodych, że Polska nie lubiła Warszawy, że krążyła niepisana zasada, że na wyjazdach nie przyznajemy się do bycia z Warszawy, bo można za sam ten fakt po ryju zebrać. Dopiero kilka lat temu, tak mi się wydaje, to odpuściło. I zewnętrznie - spadło poczucie zagrożenia z zewnątrz (pewnie powolne cywilizowanie się piłki nożnej ma tu jakieś znaczenie), i wewnętrznie - pojawiło się przywiązanie do miejsca a nawet poczucie dumy. "Nie mówię szeptem gdy mówię skąd jestem" to się w kontekście Warszawy parę lat temu dopiero pojawiło. Może jakoś w okolicach uruchomienia Muzeum PW? Bo zapewne Muzeum tu odegrało sporą rolę. Z ostatnich spraw na przykład Projekt Warszawiak pokazał mi, jak ogromna jest w ludziach stąd potrzeba zamanifestowania dumy ze swojego pochodzenia - tandeta straszna, a chwyciło tak, jakby nigdy rodzimy szołbiz nie wyprodukował nic lepszego.
W każdym razie myślę sobie, że te ostatnie lata to wciąż jeszcze za mało czasu, aby gospodarze poczuli się wystarczająco u siebie, aby przestać traktować wizyty gości jak inwazję barbarzyńców.