Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 maja 2017

Majóweczki

W maju 2 wycieczki - lokalna i zagraniczna. Luksus.
Zaczęliśmy od Białogóry, ale z przystankiem w Ostródzie i nad Kanałem Elbląskim. Statki przetaczane po pochylniach - największa frajda. Pogoda nieciekawa, ale jakoś tam wytrzymaliśmy. Więcej foteczek po kliknięciu: https://goo.gl/photos/HgzWs2PsC5nyWUFBA



A w połowie maja przygarnęli nas na przedłużony weekend Agnieszka z Piotrem i Hanią. Foteczki: https://goo.gl/photos/kirqC98oHPV3Zz3LA




Londyn widziałem ostatnio 16 lat temu - byłem tam w wakacje w 2001 r.
Część rzeczy się nie zmieniła - oczywiście nie mówię o zabytkach, które stoją od wieków, ale np. z uśmiechem odnotowałem te same wagony metra: niskie, dość ciasne, gorące, z charakterystycznymi "poddupnikami" na końcach. Część jednak jest zupełnie inna. Sprzed 16 lat miałem wspomnienie, że to miasto niezwykle brudne. Śmieci leżą na ulicach, które aż lepią się od brudu. Pamiętam, że brzydziłem się chodzić w sandałach. Dziś, choć śmietników nadal nie ma (zamiast nich stoją potykacze przypominające o zakazie śmiecenia), jest zdecydowanie czyściej. Nie wiem jak dokładnie to osiągnęli, ale osiągnęli.

Imponujące są też inwestycje budowlane: nie mówię tylko o biurowcach w City, ale także o zmodernizowanych muzeach (British, Tate) czy nawet o apartamentowcach po południowej stronie Tamizy.

Ale co mi się chyba najbardziej podobało, to że można w 30 minut z zatłoczonego centrum przedostać się do dzielnicy takiej jak Crouch End, która nadal wygląda jakby była małym miasteczkiem, uroczym, spokojnym bardzo lokalnym, tyle że jest doskonale skomunikowana z resztą miasta. Taki model miasta klikam bardzo.

Nie zachwyciły mnie natomiast piweczka. Nawet krafty robią tak, żeby smakowały trochę jak bitter czy mild. Szału nie ma.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Starym peżotem mkniemy przez świat

12 dni, 3620 kilometrów. Warszawa -> Wrocław -> Srebrna Góra -> browar Miedzianka -> Kolorowe Jeziorka -> Czeski Krumlov -> Ljubljana -> Postojna -> Rovinj -> Jeziora Plitwickie -> Zagrzeb -> południowe Węgry -> Sopron -> Wiedeń -> Warszawa. Codziennie jakaś trasa, więc wypoczynku było niezbyt wiele, ale fajnych rzeczy po drodze - mnóstwo.

  1. Dolny Śląsk jest fajny!
  2. Czechy jak zwykle super; ciekawy zwyczaj: na kempingach prysznice dodatkowo płatne. Ciekawa lekcja na przyszłość - zawsze brać adapter zasilania CEE.
  3. Ljubljana ma piękną starówkę: ładną, gwarną, z super knajpami, a jednocześnie łatwo znaleźć zaciszne i urokliwe zaułki.
  4. Jaskinia Postojna robi wrażenie, ale w szczycie sezonu nie można się nacieszyć wycieczką, grupa za grupą, nie ma czasu na dokładne oglądanie.
  5. Toalety na słoweńskich kempingach to groza.
  6. Chorwacja w sierpniu, przynajmniej Istria, to kompletne nieporozumienie - cenowo + jeśli chodzi o ilość ludzi. Podobno już od ostatniego tygodnia sierpnia jest OK, my uciekliśmy. 
  7. Jeziora Plitwickie są przepiękne, plus jest koło nich luźniej, spokojniej i taniej niż na wybrzeżu. Ale jest też chłodniej, 11 sierpnia temperatura w nocy około 10 stopni + wilgoć. Kiepsko jak na namiot.
  8. Zagrzeb fenomenalny, a potańcówka w piątkowy wieczór w centralnym parku miasta była najlepszą niespodzianką.
  9. Węgry jak zwykle nie zawiodły: finansowa ulga, świetne wino, znośna ilość ludzi, smaczne jedzenie, dobra pogoda, ekstra kąpieliska. Najlepiej.
  10. Wiedeń. Wiedeń jest bardzo dobrym miastem do spędzania w nim lata. Wracałbym.
  11. Czeskie autostrady są remontowane.
  12. Polskie drogi, jak się ma auto, które daje radę 115km/h w porywach, to groza.

Lubię wakacje. Kilka(set) foteczek po kliknięciu: https://goo.gl/photos/KDvVGRmGPxr9WVcK6



piątek, 15 lipca 2016

Azory, Madryt

Byliśmy na wycieczce. Zrobiliśmy zdjęcia. O wycieczce coś wkrótce dopiszę, ale póki co się pożalę: jestem nieutuloną sierotą po Picasie. W porównaniu z Picasą Google Photos obsysa okrutnie:
  • nie mogę zrobić jednej publicznej galerii moich albumów, mogę tylko linkować do każdego albumu z osobna;
  • nie mogę zaznaczyć lokalizacji indywidualnej foteczki;
  • nie mogę w łatwy sposób wpisywać wielu podpisów do zdjęć;
  • same podpisy też są prawie niewidoczne.

Nie rozumiem tej zmiany. Googlu, robisz to źle.


poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rzym

W końcu udało nam się skreślić pozycję nr 1 z listy planowanych wycieczek - Rzym. Pojechaliśmy w 4 grudnia, w piątek, wróciliśmy w poniedziałek. Trochę było obaw czy zdążymy ze wszystkim, ale czasowo wypadło w sam raz.

Przede wszystkim - drugi raz byliśmy we Włoszech na początku grudnia i drugi raz pogoda była cudowną odskocznią od polskiej zimy. 14-15 stopni, przewaga słońca, bez deszczu. Luksus.

Poza tym - Rzym to jest jakieś drogowe szaleństwo. Mokry sen wszystkich kierowców-anarchistów. Jeżdżą jak chcą, parkują wszędzie. Nie ma takiego miejsca - pasy, chodnik, skrzyżowanie - które nie nadawałoby się na parking. Nie zwalniają aby przepuścić pieszych na pasach, Co najwyżej w ostatniej chwili hamują. Wieczne miasto jest też wiecznie zakorkowanym miastem. Groza.

Dodatkowo - przejechaliśmy przez przedmieścia: są na poziomie przedmieść Radomia. Urbanistyczny chaos, reklamowy bajzel, brzydko, brudno, nijako.

Wszystko to powiedziawszy, mogę dotrzeć do najważniejszej części wspominek z wycieczki: Rzym jest super. Jego centralna część jest bardzo ładna, idealna do spacerów. Budynki albo piękne, albo imponująco wiekowe, albo jedno i drugie; zieleń, parki, place - wszystko to, co turystom-łazikom zapewnia szczęście. Knajpy są przyjazne i karmią dobrze, rzemieślnicze piwa na wysokim poziomie są łatwe do znalezienia, ludzie się uśmiechają. Można zaginąć na długie tygodnie w przepastnych muzeach, ale można tez po prostu iść na spacer i np. wchodzić do kościołów, są na każdym rogu, a w każdym jest albo jakaś wyjątkowa rzeźba albo cała kaplica, albo przynajmniej kilka godnych uwagi obrazów.

Jeśli ktoś szuka miasta na przedłużony weekend, Rzym jest znakomitym celem.

Trochę foteczek po kliknięciu.

https://picasaweb.google.com/witold.woicki/Rzym47122015


PS: W ramach przygotowań do wycieczki przeczytałem Anioły i demony Dana Browna. Bardzo eleganckie czytadło.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Andaluzja, Madera, Porto

Miesiąc urlopu. Od matury tyle wolnego nie miałem. Ale była okazja. Ślub udał się świetnie, dziękuję, wesele - z tego co słyszałem od gości - także wypadło nieźle. A potem zaczęła się wycieczka.

W ciągu pierwszych 2 tygodni w Andaluzji samochodem zrobiliśmy 1250km, objeżdżając region od Malagi zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Mijas, Gibraltar, Kadyks, Jerez, Sevilla, Kordowa, Baeza, Granada, Nerja i znów Malaga. Plus kilka innych małych miasteczek po drodze.

Lipiec to w Andaluzji ciekawa pora - przewodniki turystyczne doradzają raczej podróż wiosną i wczesną jesienią. I faktycznie, jeśli ktoś nie lubi temperatur w okolicach 42'C w ciągu dnia, to nie będzie szczęśliwy. Ale po zorientowaniu się o co chodzi z tą sjestą, można żyć. Plusem lipca są mniejsze tłumy - turystów jest w sam raz tylu, że nie trzeba stać w zbyt dużych kolejkach w zasadzie nigdzie.

Czy w lipcu, czy kiedykolwiek indziej, odwiedzić warto. Jest pięknie - w sensie dosłownym, wizualnym. Zestawienia barw robią ogromne wrażenie: dużo białego + kolorowe rośliny. Ja się ekscytowałem.



Na Maderze jest równie pięknie, a temperaturowo znośniej: do 26-28 stopni w ciągu dnia. Objazd całej wyspy samochodem zamknęliśmy w 300km, ale za to jakimi drogami! Chyba jeżdżenie było z tej części wycieczki najbardziej ekscytujące: zakręty, podjazdy, mijanki na centymetry, tunele. Sama frajda. No i widoki. No i jedzenie. No i... w sumie mógłbym wymienić jeszcze kilka rzeczy, dla których warto. Ogólnie warto.


Na deser zostawiliśmy sobie Porto - ukochane Porto, najlepsze Porto. Ale tym razem moja najlepsza siostra (która, BTW, ma własną stronę internetową, jeszcze w budowie, ale już coś można poczytać: http://theportoguide.com/what-to-see/) zorganizowała nam także wycieczkę w dolinę Douro.


Jest co oglądać, jest czym się zachwycać - a przede wszystkim, jeśli ktoś ceni sobie miły wieczór z kieliszkiem dobrego tawny, warto obejrzeć, skąd ono dokładnie pochodzi.

Było luksusowo. Pytałem żonę - bo ja teraz już o wszystko pytam żonę - potwierdza. Było luksusowo.

piątek, 29 maja 2015

Fiordy nam nie jadły z ręki

2 dni w gościnie u kolegi-tymczasowego emigranta. Oslo co prawda leży nad Oslofjorden, ale jest to nieco oszustwo, gdyż z fiordem w pocztówkowym rozumieniu nie ma on wiele wspólnego. Jest gigantyczny. Za duży, aby dało się go nakarmić z ręki. Ale nadal bardzo ładny.

Samo miasto nie powala. Jest raczej spokojne, żeby nie powiedzieć monotonne w zabudowie. Powstają co prawda ciekawe projekty, jak Opera i wyrastająca dookoła niej dość imponująca dzielnica biurowców, ale są to pojedyncze strzały w szarym otoczeniu.



O wiele ciekawiej jest na przedmieściach, które są nisko i luźno zabudowane, zielone, niezwykle urokliwe, a nadal znakomicie skomunikowane z miastem - metro dojeżdża niczym górska kolejka nawet dość daleko od centrum.


Ogólnie spoko. Sympatyczny kawałek skandynawskiego dobrobytu.

niedziela, 22 lutego 2015

Paryżewo

Paryż, ach, Paryż! Miasto miłości, artystów oraz bagietek. Wybraliśmy się w styczniu, gdyż jakoś tak wyszło.

Na pewno styczeń to doskonały moment na wyprawę do muzeów - do Luwru weszliśmy bez kolejki, do d'Orsay tak samo. Przy czym trzeba odrobić wcześniej pracę domową i sprawdzić, czy wszystko co nas interesuje jest otwarte - w Centre Pompidou zamknięta była główna kolekcja, podobnie jak w muzeum Rodina. Inne zabytki także można zwiedzić luksusowo - w Sacré-Cœur i Notre Dame było luźno, nie czekaliśmy na wejście, nie musieliśmy się przepychać między ludźmi.

Poza tzw. atrakcjami turystycznymi, to miasto nie zachwyca - gdybym miał ocenić samą przyjemność ze spacerowania ulicami, oglądania kamienic, obserwowania ludzi, to raczej było bez szału. Poza może fragmentami Montmartre'u, ale też tylko fragmentami, nie czuję się uwiedziony. Nie jest brzydko - po prostu nic szczególnego. Może wiosną i latem jest przyjemniej, ale z tego co słyszałem, jest także znacznie bardziej tłoczno.

Odnotować na pewno trzeba imponujące metro. Pociągi co 2-3 minuty - to robi wrażenie. Automatyczne składy. Zapowiedzi głosowe w kilku językach, w tym azjatyckich: no! Ale sama siatka metra dość zabawna, długie i kręte przejścia między liniami sprawiają takie wrażenie, jakby każdą linię budowano osobno, bez analizowania gdzie są inne, a potem w tych miejscach, w których przypadkiem wychodziło, że dwie linie są blisko siebie, wykopywano tunel i robiono stację przesiadkową. Niemniej jednak sprawność przemieszczania się metrem jest na 5+

Warto też zwrócić uwagę na ceny - jechaliśmy przygotowani na ceny belgijskie lub holenderskie, tymczasem standardowe życie (kawa, piwo, kanapka, obiad etc.) kosztuje +50% lub nieco więcej1. Także warto w budżecie wycieczkowym założyć mały zapas. A na pewno będzie gdzie ten zapas wydać - knajp jest mnóstwo, większość wygląda sympatycznie. Zwyczaj jadania późnych i obfitych kolacji popijanych winem każdemu grubasowi szybko przypadnie do gustu. Cukiernie wszystkie wyglądają tak, że nic tylko tam wejść i się tymi pysznościami wysmarować. Także ogólnie, jak ktoś lubi ziemskie rozkosze, to można sobie w Paryżu skleić bardzo udany pobyt.





[1] Porównuję paryską XVII dzielnicę z Brukselą czy Amsterdamem, nie z Warszawą rzecz jasna; nie biorę także pod uwagę w porównaniu cen np. z eleganckiej restauracji z widokiem na Wieżę Eiffla - nawet nie próbuję zgadywać, ile moze tam kosztować kolacja.



środa, 1 października 2014

Praga, 27-28.09.2014

Relacja z wycieczki w telegraficznym skrócie:

1. PKP, PKP... jak dobrze poszukać, można w tej cenie samolot znaleźć; 145 PLN za osobę w 1 stronę za kuszetkę i to w promocji. No, ale za to 10 godzin uczciwego snu w przyzwoitych warunkach.

2. Praga jest super.

3. Most Karola jest super, ale tylko rano; od przedpołudnia do późnego wieczora nawet w ostatni weekend września są tam dzikie tłumy.

4. Trafiliśmy na bardzo fajne piwo śliwkowe w U Medvidku.



5. Ogólnie było sporo festynów - dzień Św. Wacława; jak ktoś lubi dużo jedzenia i specjalne edycje piw z lokalnych browarów, to jest dobry termin na wycieczkę.

6. Knajpa U sadu jest nadal najlepsza, ale U Malého Glena też daje radę.

7. Pierwszy raz grałem w minigolfa; wygrałem!

8. Foteczki na Picasie:


wtorek, 26 sierpnia 2014

Mangalica Tour 2014

2 tygodnie na Węgrzech. Pojechaliśmy spragnieni relaksu - leniwych wakacji, nic nierobienia, powoli płynącego czasu. Dostaliśmy dokładnie to + lekką górkę.

Zrobiliśmy łącznie 1000 km wycieczek samochodowych po samych Węgrzech, ale przyszło to zupełnie od niechcenia - bez planowania, bez pospiesznego zwiedzania, ot tak: pobudka, śniadanie, około południa pomysł, że może by wyskoczyć tu czy tam, i już.

Zaliczyliśmy 4 kąpieliska i o ile dobrze pamiętam to 10 różnych piwniczek z winami, poza tym rozegraliśmy 2 partie skrabli (1:1), 4 partie super farmera (jedną wygrałem, ale niezbyt uczciwie), 3 partie kości (jedną wygrałem) i rozwiązaliśmy po kilkanaście sudoku. Karolina raczej trudne, ja raczej średnio trudne - i nawet tak od połowy wyjazdu dawałem radę bez podpowiedzi.
Aha, i spróbowałem zupy gulaszowej w prawie wszystkich knajpkach w Szépasszonyvölgy. Gdyby ktoś się zastanawiał, która jest najlepsza, służę pomocą. 

Przeczytałem książkę, ale krótką. Transe - traumy - transgresje. Niedobre dziecię - rozmowę Kazimiery Szczuki z Marią Janion. Odnotowuję na wszelki wypadek, gdybym nie dał rady napisać nic więcej. Warto.


Bohaterką wyjazdu stała się mangalica, węgierska włochata świnia. Jakoś w maju skończyłem lekturę Czardasza z mangalicą Vargi (cały czas nic nie napisałem, ale może jeszcze nadrobię), a Karlo czytała tę książkę w trakcie wycieczki. Raz, że świnia jest fascynująca konsumpcyjnie; polowałem na słoninę paprykowaną z mangalicy 2 tygodnie, ale nie znalazłem! Salami z mangalicy - owszem. Kiełbasę - jak najbardziej. Słoninę nawet także, ale nie paprykowaną! Paprykowana nigdzie nie była opisana jako ta z mangalicy, tylko po prostu jako Csécsi szalonna, a zauważyłem, że wszystko z mangalicy jest skrupulatnie opisywane jako właśnie z tej świni zrobione - może Varga ma większe szczęście do sklepów a może sam sobie paprykuje słoninę z mangalicy. Dwa, że kiedy w końcu wybraliśmy się do czegoś w rodzaju mini-zoo z typowymi zwierzętami puszty (Hortobágy Pusztai Állatpark) okazało się, że te kudłate prosiaki są po prostu urocze. Spędziłem przy nich chyba z pół godziny. Czuję duchowe pokrewieństwo.

Kilka fotek mangalic, ale nie tylko:



W ramach podsumowania: pasta paprykowa Eros Pista (o ile się nie mylę: ostry Stefan) jest najlepsza; węgierscy kierowcy to wariaci, ustępują tylko szaleńcom z podkarpacia; Eger to świetna baza wypadowa do leniwych wakacji z niezobowiązującym zwiedzaniem; rodacy na kempingu to zgroza; Węgry na leniwe wakacje są znakomite.


środa, 23 lipca 2014

Kraków, 4-6.07.2014

Znowu w telegraficznym skrócie, tym bardziej, że już i tak zaległe:

1. Małopolski Ogród Sztuki na ul. Rajskiej jest prawdopodobnie najładniejszym budynkiem w PL, jaki widziałem ostatnio.

2. Wystawa Kubrick w Narodowym - imponująca rozmachem, ale dla mnie z tych, których nie sposób obejrzeć w całości. Jak przeczytać np. segregator listów? Niemniej ogólnie na plus, a dla fanów twórczości jazda obowiązkowa.

3. Wystawa Gierymski w Narodowym bardzo spoko, choć najlepsze obrazy nie Gierymskiego.

4. Wystawa Władcy Snów  w MCK *NAJLEPSZA*:
http://www.mck.krakow.pl/exhibitionPage/o-wystawie-21

5. MOCAK jak zwykle spoko, mała wystawa Papieże bardzo fajna, duża Zbrodnia w sztuce mniej, ale Karolinie się podobało, więc może to tylko ja taki jakiś jestem.


6. PKP niespodziewanie na plus! Bilety tanie, pociągi szybkie, wygodne i nieomal (+10 minut) punktualne.

7. Knajpa TEA Time Brewpub - bardzo dobre piwa.

8. Foteczki:


środa, 16 lipca 2014

Austria, 10-13 lipca 2014

W telegraficznym skrócie:

1. 3h50 zgodnie z przepisami od granicy Warszawy do granicy Polski z Czechami. #winatuska

2. Wiedeń spoko, ale bez miłości. Imponująco zorganizowana komunikacja: u-bahn + tramwaje (bo busów nie testowałem) sprawne, punktualne, kursują do późnych godzin bardzo często, rewelacyjnie zorganizowane węzły przesiadkowe.

3. Tort Sachera to lipa.

4. Parkingi p+r w Wiedniu powinny być lekcją obowiązkową dla warszawskich
decydentów.

5. Graz miła mieścina, może jak tam wpadnę za 3 tygodnie na chwilę to zobaczę więcej i się zachwycę.

6. Trafiłem do najgorszej knajpy w Czechach i już wiem - w tym kraju zdarzają się także lokale obskurne, bez jedzenia, ze złym piwem i śmierdzące.

7. Foteczki (klik):




środa, 11 czerwca 2014

Szkocland, 30.05-2.06.2014

Dzień w Dublinie, dzień w Glasgow, półtora dnia w Edynburgu. Edynburg cudowny, Dublin bez emocji, Glasgow jak dla mnie nieco zbyt ciasne w centrum, ale np. uniwersytet tamtejszy - najlepszy!

Szkocka whisky jest lepsza od irlandzkiej whiskey. Ale już na przykład szkockie piwa bledną w porównaniu z rozmachem "piwnej rewolucji", jaka się dokonuje w Polsce od kilku lat. Choć i tam np. Brew Dog robi dobrą robotę.

Kilka foteczek na Picasie
A, BTW, Madama Butterfly w wykonaniu Scottish Opera - bardzo fajnie. Miałem okazję pierwszy raz posłuchać audiodeskrypcji do opery (świetna sprawa). Na tej stronie jest zestawienie wszystkiego, co w Szkocji robi się dla niewidomych - i to jest dopiero imponujące!

środa, 28 maja 2014

Porto, 11-17 maja 2014 r.

No cóż, po trzeciej wizycie w tym mieście stoję na stanowisku, że każdy powinien przynajmniej raz w życiu odbyć pielgrzymkę do Porto. Serio. Nie ma na świecie miejsca z przyjaźniejszymi ludźmi, smaczniejszym jedzeniem, lepszym winem, piękniejszą pogodą, ładniejszymi widokami.



Po drodze spędziliśmy też chwilę w Zurychu, ale tyle tylko, aby wystarczyło na spacer dookoła dworca.

Uniwersytet w Porto jest najlepszym (po ILS UW, rzecz jasna) miejscem do studiowania. Porto jest najlepszym miejscem do życia. <3 Portugalia.

[wcześniej]
[jeszcze wcześniej]

niedziela, 20 października 2013

Niech żyją wakacje

A, bo ja byłem na wakacjach. Tylko jakoś zapomniałem zanotować.
Byłem w Porto, które jest najcudowniejsze na świecie. I w okolicach. I w Lizbonie. Lizbona jest mniej cudowna, ale też daje radę.


Aha, i tylko lizbońska służba zdrowia jest taka bez szału. Zwłaszcza okuliści :/

sobota, 29 grudnia 2012

Florencja, grudzień 2012

W Modlinie piździawa i odwołane loty, dwie godziny samolotem na południowy zachód złota jesień tudzież wiosna w pełni.


Generalnie wszystko pięknie, ale jednak nie zakochuję się w Italii. Jeśli mam gdzieś wracać, to do Portugalii, do Hiszpanii, natomiast Włochy... no, fajnie było zerknąć i dzięki, wystarczy. Oczywiście, jeśli znowu ktoś mi zaproponuje kilkudniową ucieczkę od pracy i miłe towarzystwo to przyjmuję bez mrugnięcia okiem, ale na listę moich turystycznych hitów te okolice nie trafiają.

piątek, 3 sierpnia 2012

Węgry - Czechy 2012

Eger - wbrew złośliwościom Krzysztofa Vargi w Gulaszu z Turula, wina z Szépasszonyvölgy nie tylko nie są złe, ale zdarzają się wśród nich prawdziwe smakołyki. Letnie popołudnie spędzone na kilku degustacjach i wreszcie kilku kieliszkach w wybranej piwniczce to jak dla mnie wzór letniego popołudnia. Nie jestem też przeciwnikiem zamawiania specjałów na wynos.

Samo miasteczko natomiast... przerażające. Trafiliśmy do niego w niedzielne popołudnie, na ulicach nie było żywej duszy, ruch kołowy niemal zerowy, knajpy pozamykane na głucho, czynna jedynie lodziarnia, złote łuki i jakaś restauracja z kuchnią w stylu kebab. Szczęśliwie w poniedziałek się lekko zaludniło. Ale, uczciwie mówiąc, zwiedzania jest na pół dnia. Pozostały czas można bez wyrzutów sumienia spędzić nad kieliszkiem.


Budapeszt - nie jest to, jak Praga, miłość od pierwszego wejrzenia, choć doceniam: infrastrukturę komunikacyjną a zwłaszcza rowerową; przyjazność mieszkańcom takiego na przykład Deák Ferenc tér, który w ciągu dnia wraz z pobliskim parkiem jest otwartym i zachęcającym miejscem do posiedzenia i relaksu, a wieczorami zmienia się w tętniące życiem centrum zabawy; urokliwą 1. linię metra; mnogość kąpielisk. Zakochałem się też, jak pewnie niejeden turysta, w ogródku Szimpla. Kiedyś myślałem, że twórcy Snu Pszczoły inspirację czerpali z Berlina, ale to nieprawda. Musieli wcześniej być w Szimpla Kert.

Krążąc nie tylko po winiarniach, ale po przeróżnych knajpach, spróbowałem też węgierskich piw. Cóż... nie rekomenduję. Borsodi to kompletna porażka, słodkie, ciężkie, nie do picia. Soproni nieco lepsze, choć też bez potrzebnej w piwie goryczki. Dziwne, bo to brand Heinekena. Wreszcie Dreher, może dlatego, że także w łapach światowej korporacji, najbardziej uniwersalny. Smak typowego, znanego na całym świecie piwa z wielkiego koncernu. Bez szału, ale da się pić. Zdecydowanie jest to kraj wina.




Z Węgier śmigneliśmy na południowe Morawy - do Mikulova. I znowu: wina, wina, wina. I zwiedzanie zameczków. W zasadzie, jak się na te Morawy pojedzie bez roweru, to nie ma zbyt wiele innych rzeczy do zrobienia: można oglądać zameczki i pić wino. Którego różnorodność jest taka, że ja nie jestem w stanie zapamiętać i ocenić nawet ułamka z tego, czegośmy próbowali. Jedno tylko:


http://eshop.vinarstvivolarik.cz/e-shop/bila-vina/ryzlink-vlassky-pozdni-sber-2011-detail


Z całej wycieczki zdecydowanie na największą uwagę zasługiwało Znojmo. Niezwykle urokliwe miejsce, z własnym Hobbitonem, z kościołem, w którym przechowują złotą głowę C3PO, wreszcie z wieżą Sarumana nieopodal rynku. Tyle radości w jednym miejscu dawno nie zaznałem.


A powrót: jechałem i oczom mym ukazał się upadek państwa polskiego w pełni. Najpierw porażka Tuska A1, trzypasmowa obwodnica nieomal całej aglomeracji śląskiej, a następnie porażka Tuska A2, którą ze Strykowa do Warszawy dotarłem chyba jakoś w godzinę. Skandal!













poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Kraków 2012

Byliśmy na weekend i było bardzo dobrze.

Mieszka mi się zdecydowanie lepiej w Warszawie, ale od mojej ostatniej wizyty w Krakowie znacznie się to miasto zrobiło fajniejsze.


No może nie aż tak fajne jak ten oto garbus z wielkimi kostkami przy lusterku, ale nieomal. Przede wszystkim robi wrażenie dworzec kolejowy - prawie gotowy - do spółki z dworcem autobusowym. To, że ten cały system jest połączony, sensownie oznakowany i do tego połączony z podziemnym tramwajem, to już jest panie jakaś hameryka. Wyświetlacze z czasem odjazdu kolejnych tramwajów na przystankach (nie zwróciłem uwagi, czy tylko tej zmodernizowanej linii czy wszystkich, w związku z tym nie wiem czy Warszawa ma mieć kompleksy czy tylko nie powinna się puszyć), do tego w miarę sensownie działający priorytet na skrzyżowaniach (choć nie na wszystkich), no i przede wszystkim coś, co mi się wydaje rozwiązaniem absolutnie genialnym, a jakoś w Warszawie ciągle nie wdrażanym na szeroką skalę - środkowe pasy ruchu łączone dla tramwajów i autobusów, ze wspólnymi przystankami.

Generalnie jewropa i to ładniejsza niż w wydaniu warszawskim.

Co do atrakcji turystycznych, to jestem pod ogromnym wrażeniem podziemi rynku. Idealny przykład tego, jak zrobić coś z niczego i trzepać na tym fenomenalną kasę. Otóż odkryto podziemia. Kamienie znaczy. I starą zaprawę murarską. No arcyciekawe. Normalnie by ten kamień można było wydłubać, postawić w gablocie w muzeum historycznym, gdzie by go nikt nigdy nie obejrzał prócz prowadzanych tam obowiązkowo wycieczek z podstawówki. A tymczasem z tego kamienia udało się wyciągnąć opowieść o historii miasta i państwa, gospodarce (także w kontekście całej Europy) od XIII wieku, o obronności, ale także bardziej przyziemnie - o codziennym życiu, rozrywkach, strojach itp. Do tego wszystkiego nakręcili z rewelacyjnymi efektami komputerowymi ciekawe filmiki, dali prezentacje a nawet gry dla dzieci na ekranach dotykowych, no i proszę, można nad głupim kamieniem i paroma ogryzkami noży spędzić w podziemnych korytarzach półtorej godziny i się nie nudzić.

Do kompletu - MOCAK, którego koncepcja powstała w 2004 roku (warszawskiego MSN, o ile mnie szybki risercz nie zmylił, w 2005) i już od 2010 ma nową, bardzo atrakcyjną siedzibę. Akurat na wystawy trafiliśmy takie średnie, ale nawet gdyby były absolutnie słabe, to dla samego obejrzenia budynku warto się tam wybrać.

Sukiennice po remoncie też dają radę, oczywiście nie mówię o pasażu oferującym możliwość zakupu pluszowego smoka tudzież niedźwiedziej skóry przed kominek, ale o galerii. Ładna, stylowo zrobiona, bardzo elegancka. Obrazy jak obrazy, ale ta galeria... ;>

Dobra, a ze spraw bardziej przyziemnych:
- noce.pl - spoko system rezerwacji noclegów, zwłaszcza jak się porówna ceny z cenami pokoi w krakowskich hostelach;
- ambasada śledzia -  twórczo rozwinięty koncept 4/8; owszem, są napoje za 4 PLN (BTW, w Krakowie wódka za 4 PLN to ciągle 40 a nie warszawska licha 20) i przekąski za 8, ale oprócz tego jest bardziej rozbudowane menu drinków i żarcia, także nawet posiedzieć chwilę da się;
- moaburger - odkąd obejrzałem pulp fiction, miałem ochotę na takiego porządnego burgera, ale nie z maczka czy burger kinga; szukałem i nie znajdowałem. W knajpach sportowych - suche gówno; w love krowe - jakaś fanaberia w ciabacie, której się do ust nie da włożyć. I wtem! Na takie miejsce w Warszawie czekam, od takich burgerów chcę tyć.

Generalnie spoko było.






piątek, 26 sierpnia 2011

Szczygieł, Mariusz: Zrób sobie raj

Sobota, 12.30
Jestem na ulicy Újezd na Malej Stranie, gdzie Benedykt XVI wprost z lotniska przyjeżdża do kościoła Matki Boskiej Zwycięskiej, żeby wręczyć złotą koronę słynnemu praskiemu Dzieciątku Jezus. Dzieciątko (mówi się na nie "Jezulátko") to czterdziestosiedmiocentymetrowa rzeźba małego (może trzyletniego z wyglądu) Jezusa, która uratowała Pragę przed Szwedami w 1639 roku i potrafi uzdrawiać. Wczorajsza gazeta "Mladá fronta DNES" podkreśla, że klasztor jest miejscem, które inspirowało Antoine'a de Saint-Exupéry'ego do napisania Małego Księcia. (Według mnie Jezulátko wygląda jak jego wcielenie). W tym miejscu pewien Brazylijczyk wymodlił sobie nawet sławę pisarza. Nazywa się Paulo Coelho i do dziś to wspomina.
Sprzedawca jezulátek z naprzeciwka wyznaje gazecie, że do sklepu karmelitów przychodzą głównie Włosi, Hiszpanie i Brazylijczycy. Czechów może z dziesięć procent i najczęściej pytają: - To jakaś lalka, nie?
Pod kościołem jest z tysiąc osób, najbardziej słychać polskie głosy. Piszczą Polki. Jacyś Czesi usiłują krzyczeć: "At' žije papež!", ale po trzech krzykach są zagłuszeni przez polskie kobiety.  Im bardziej Czesi chcą krzyczeć, tym Polacy są głośniejsi.  Papież podaje rękę najbliżej stojącym. Burmistrz Pragi Pavel Bém wita go w najbardziej ateistycznym kraju świata, ale podkreśla, że przecież Benedykt XVI przywozi wartości, które mogą być wspólne dla wszystkich, np. miłość bliźniego.  Pani Irena z Wambierzyc krzyczy: "Niech żyje papież!". Miała nawet krzyczeć po czesku, ale mówi: "Pomyślałam, że Czechom już nic nie pomoże, a Ojciec Święty zorientuje się, że ma tu też swoje towarzystwo".
[s. 161-162]


Tak, trochę lalka - w sklepiku naprzeciwko kościoła da się kupić figurki w różnych wersjach ubraniowych i w różnych rozmiarach, ale w sklepiku przykościelnym można już zakupić sobie samą figurkę w białej komeżce i osobno zdobne szatki w różnych kolorach aby ją samodzielnie w domu przebierać. Taka Barbie tylko dla wierzących.
Jak to jest z tą religijnością Czechów - nie wiem. Niby w niedzielę w kościele na praskim Žižkovie był tłumek; mniejszy niż w warszawskich kościołach, ale czy to było 3%, 10% czy 30% populacji tej parafii to nie potrafię ocenić.

Wiem za to jak to jest z tym pisaniem Szczygła - w "okołoreligijnej" części książki tak jakby spróbował wymknąć się swoim stałym reportażowym zagraniom, ale nie wyszło mu to dobrze. Miałem wrażenie sieczki i niespójności, pomimo przecież jednego motywu tematycznego łączącego kilka tekstów. I chociaż nie czytało się źle, to jednak najlepsze jest pierwszych 100 stron: o konkretnych ludziach bardziej niż o społeczeństwie w ogóle. Zwłaszcza tekst o fotografie czeskim Janie Saudku daje radę.

--

A tekst o Benedykcie jest do przeczytania online: http://wyborcza.pl/1,76842,7117261,Dobrej_zabawy_z_papiezem.html

czwartek, 18 sierpnia 2011

Mołdawia - Ukraina




I znowu wschód. Miała być Mołdawia, ale dzięki poznanym w Orhei Filipowi i Krzyśkowi, którzy podróżowali samochodem, wyszła także Ukraina. Straciłem w tej podróży aparat fotograficzny, więc część zdjęć robionych jednorazówką jeszcze muszę wywołać.

Tymczasem fotki, a może później i jakiś komentarz od Stefana, można znaleźć o tutaj: http://beznaswy.blox.pl/2011/08/Ludzie-bez-facebooka.html i w kolejnych jego postach.

Tegoroczna podróż ina Stefan stajli zaliczona!