piątek, 28 października 2016

Paweł Huelle: Śpiewaj ogrody

Znakomita książka. Znakomita. Misternie skonstruowana. Przypuszczam, że im się ktoś lepiej zna na niuansach muzycznych, tym większe ma szanse na docenienie tego tekstu. Mam wrażenie, że rozwija się on trochę jak utwór muzyczny - niektóre motywy są delikatnie sygnalizowane po to, żeby później wrócić wyraźniej, żeby dookoła nich zakręciło się coś ważniejszego, żeby wreszcie wybrzmieć w pełni, mocno. Muzyka jest w tej książce nie tylko elementem historii, wydaje mi się, że jest też w jej konstrukcji i szczerze zazdroszczę temu, kto umie to wyraźniej dostrzec.

Pan Bieszk spojrzał najpierw na ojca, potem na szypra. Był to rodzaj niemego pytania - czy można temu knopowi96 powiedzieć prawdę. Żaden z nich nie zareagował. I nagle potoczyła się opowieść. Najpierw o Stutthofie, gdzie pan Bieszk trafił jako młody chłopak. W obozie spędził niemal rok, wystarczająco długo, by - kiedy Niemcy ogłosili amnestię dla Kaszubów nieobciążonych najcięższymi przestępstwami przeciwko Rzeszy Niemieckiej - zgodzić się na wstąpienie do Wehrmachtu. Ojciec pana Bieszka był już rozstrzelany - w tym samym obozie - jeszcze wtedy nie było gotowego krematorium i zwłoki poddanych egzekucji palono na stosach, w lesie, tuż za drutami pod napięciem. Pan Bieszk był akurat w komandzie, które przez cały dzień zbierało drewno z lasu na ten stos. Pożegnał ojca cichą modlitwą, więcej nie mógł zrobić. A potem były Kartuzy. Zgrupowanie czterystu młodych mężczyzn na front wschodni. Wielu z nich nie umiało więcej niż dwa, trzy zdania po niemiecku. Już w mundurach, choć jeszcze bez broni - tę mieli otrzymać dopiero na froncie - stali na peronie. Pod czujnym okiem gestapowców i SS-manów. Za nimi matki, żony, siostry, narzeczone. Lejące łzy. Nadjechał pociąg. Lokomotywa wypuściła syczący kłąb pary, rozległ się gwizd - znak do wsiadania. Ale nie wsiedli od razu. Nie. Stanęli na baczność i odśpiewali - nie wiadomo przez kogo zaintonowaną pieśń - Boże, coś Polskę. Wszystkie zwrotki. W mundurach Wehrmachtu. Wraz z refrenem - ,,Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie''. Było to niesamowite. Za taką pieśń trafiało się właśnie na Gestapo i do obozu. A tu nic. No, nic.

[96] Młody chłopiec (od kaszubskiego: knop).

[s. 189]

Takich mocnych uderzeń jest przynajmniej kilka, ale warto docenić nie tylko je. Warto czytać powoli a uważnie, bo to, jak Huelle niespiesznie rozwija opowieść, jak powoli, dygresyjnie kreśli szeroki horyzont okołowojennego świata, jak rozwija poplątane linie zdarzeń rozciągające się wszak na trzy epoki - to maestria wręcz chwinowska.

czwartek, 27 października 2016

Ilona Wiśniewska: Hen. Na północy Norwegii

Dobry reportaż. Są i bohaterowie, z którymi można poczuć więź, i historie, w które można się wciągnąć, i dobre opisy imponującej przyrody (plus super zdjęcia), i szwarcharakter - tu akurat pod postacią państwa norweskiego. Słowem: wszystko na miejscu.

W książce. Bo w północnej Norwegii - niekoniecznie. Przede wszystkim brakuje ludzi, ale to trochę jak w polskich małych miasteczkach:

W tych zamieszkanych [domach - ww], odbudowanych po wojnie, żyją teraz głównie starcy. Spotykają się w Bakeriet - kawiarni zwanej piekarnią, w której nigdy nie piekło się chleba, około wpół do dwunastej, codziennie prócz niedziel. Jeśli szukać esencji Finnmarku, to właśnie tutaj, w mocnej kawie i absolutnej zgodzie, zarówno na upływ czasu, samotność, jak i ten skotłowany wicher. Nawet kiedy bezwiednie zajmie się nie swój stolik, to ci, do których należy, po prostu się przysiądą. Mieszkańcy Vardø znani są z otwartości, ale oni mówią, że to nic innego jak nadmierna ciekawskość. Goście kawiarni dzielą się na cztery grupy według ustalonej hierarchii: stare emerytki, starsi emeryci, młodsze emerytki, młodsi emeryci. Siedzą osobno, ale doskonale się znają, bo jedni to dawni nauczyciele albo sąsiedzi drugich, a nierzadko matki czy ojcowie. W miarę upływu lat młodsi dołączają do starszych i niewykluczone, że każdy mieszkaniec Vardø prędzej czy później znajdzie się przy którymś ze stolików. Żartują, że jedyne, co w mieście nigdy nie upadnie, to ta kawiarnia i monopolowy, oba w tym samym budynku, jedno pod drugim. Przy czym monopolowy otwarty jest zaledwie trzy dni w tygodniu.
[s. 198]

Północna Norwegia wyludnia się i chyba nie ma na to rady. Poczucie przynależności wydaje się tutaj zerojedynkowe: albo jest niezwykle silne, albo nie ma go w ogóle. Najwyraźniej w ekstremalnej okolicy nie można pozwolić sobie na letniość, trzeba być zimnym albo gorącym.

Z całej lektury chyba najbardziej podobała mi się końcówka, gdy historia staje się mniej logiczna, spójna, uporządkowana, jakby w miarę nadciągającego orkanu, który zatyka uszy, rozmywa widok przed oczami, zmusza do przygięcia się, schowania - również i opowieść odpływała w rejony pomiędzy jawą a snem, rzeczywistością a przywidzeniem. Ładna sztuczka na zakończenie.

środa, 26 października 2016

Krzysztof Varga: Masakra

Nie jest to książka na poziomie Nike, nie będzie to też raczej książka, za którą Varga zostanie najbardziej zapamiętany. Ale nie jest to również pozycja zła - to raczej przyzwoita rozrywka, dość mocno osadzona w warszawskich realiach towarzysko-imprezowych i głównie dlatego warta lektury.

Opcjonalnie, gdyby ktoś czuł, że zbyt rozpędzona hulajnoga rzeczywistości umyka mu spod nóg na nierównym bruku życia, to może ją przeczytać po trosze jako przestrogę.

Ale tylko po trosze, bo jednak to poziom rozrywkowy, wyżyny egzystencjalnych refleksji są tu nadal stosunkowo nisko:

Stefan najbardziej w sobie nienawidził chyba tego braku asertywności, tego bycia fajnym facetem, tego nieustannego marnowania czasu na rozmowy z idiotami, z ludźmi do niczego mu niepotrzebnymi. Wolał już, naprawdę wolał, samotne picie w domu niż picie z nieznajomymi, a nawet ze znajomymi, którzy go nic nie obchodzili. Kiedy pił sam ze sobą, to przecież jednak pił z kimś, kto go bardzo obchodził.
[s. 207]

Ze wszystkimi ograniczeniami, jednak poleca się.

wtorek, 25 października 2016

Kate Brown: Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Prezent od żony, która chyba chciała żebym się przez dłuższą chwilę nie odzywał. Plan się powiódł: książysko wielkie, temat trudny, przypisów milion. Ale czytało się zaskakująco dobrze, autorka nie spłycając zagadnienia nadała całej opowieści charakter gdzieś pomiędzy solidnym reportażem a wciągającym kryminałem.

Na samym początku wrażliwszym - na sobie testowałem - może się zrobić słabo. Szczegółowe opisy objawów choroby popromiennej obezwładniają. Potem jednak na plan pierwszy wychodzą rzeczy dla mnie ciekawsze - społeczny kontekst funkcjonowania kombinatów nuklearnych, cała urbanistyczno-socjologiczna inżynieria, jaka została wykonana przy tworzeniu atomowych miast, wreszcie konsekwencje ich powstania i modele dalszego rozwoju.

Pewna mieszkanka Oziorska, z która odbyłam krótką rozmowę na ulicy, powiedziała mi, że na początku lat pięćdziesiątych jej czteroletniego syna przejechała ciężarówka. Zapytałam, jak to sie stało.
- Bawił się na ulicy i kierowca go nie zauważył.
- Był sam poza domem? - Zdziwiłam się, przejawiając wrażliwość typową dla drugiej półkuli w XX wieku.
- No tak. Miał cztery lata. Wie pani, był już duży - uże bolszoj.
Oziorsk i inne zamknięte miasta nuklearne stały się pierwszymi sowieckimi miejscowościami, które postawiły na nuklearną1 rodzinę. Problem polegał na tym, że sowiecka dwupokoleniowa rodzina za wcześnie wyrwała się na scenę. Rodziny wielopokoleniowe umiały zadbać o siebie, natomiast rodziny dwupokoleniowe były nieznośnie roszczeniowe. W nowych miastach brakowało usług, urządzeń gospodarstwa domowego, zaplecza handlowego i innych świadczeń, które zastąpiłyby dziadków.
[s. 204]

Ale nad relacją z tego wielkiego projektu dominuje oczywiście temat najważniejszy: długotrwałego - czy w ogóle możliwego do zneutralizowania? - skażenia środowiska naturalnego na gigantycznych obszarach wokół atomowych stref.

Ciekawe, ile osób po lekturze będzie zaskoczonych bliźniaczym wręcz poziomem troski władz USA i ZSRR o zwykłego obywatela i o przyrodę. Ja przyjąłem to bardziej ze smutną rezygnacją.


[1] W tym znaczeniu - ww.

niedziela, 4 września 2016

Tomasz Wasilewski: Zjednoczone stany milosci

Najgorszy film, jaki oglądałem od długiego czasu. Od niepamietamkiedy. Trzy historie, od 1/3 pierwszej z nich męczyłem się i tylko czekałem, aż się to wszystko skończy. Najpierw bohaterka z typu "cipowata", a potem set 2 historii, z których trudno wybrać mniej wiarygodną.

I tylko przejścia między epizodami zrobiły na mnie wrażenie - już raz pokazana scena, ze zmianą perspektywy. Eleganckie.

Poza tym nic, pustka i dramat. No ale świat jest zachwycony, zawodowi krytycy również, więc wychodzi po raz kolejny na to, że ja się nie znam. Polecam się na przyszłość.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt5333110/

Zadie Smith: Białe zęby

Długo się broniłem przed tą książką, w sumie nie wiem czemu. Z jakiegoś powodu miałem wrażenie, że to będzie coś pomiędzy melodramatem a dramatem psychologicznym, że będzie o cierpieniach imigrantów, o społecznej krzywdzie i ogólnym poniżeniu. A ja się nie lubię męczyć przy lekturze, jestem leniwy i dość wygodny.

No ale ostatecznie - wziąłem się.

Święty Barnabo w rabarbarze, ale dobre! Fascynujący kłębek ludzkich losów. Każdy ma swoją, wyjątkową historię, ale też każdy jest osadzony głęboko w swojej rodzinie - czy akceptuje to, czy próbuje się z tego osadzenia wyrwać - a wreszcie każda rodzina, ale też każdy indywidualnie, osadzony jest w tym trójrodzinnym splocie i w szerszym, londyńskim kontekście. Z tego galimatiasu indywidualnych, rodzinnych i społecznych uwarunkowań i oczekiwań wychodzą historie niezwykłe: niewiarygodne, wydawałoby się: niemożliwe - tacy ludzie nie powinni się spotkać, nie powinni mieć o czym ze sobą rozmawiać! - a jednak. Opisane tak, że nie sposób w nie nie uwierzyć.

Oczywiście, bez dwóch zdań: jeśli czytać uważnie, to można wyczytać dość przygniatające tło bardzo powoli dojrzewającej do wielokulturowości Anglii lat 70. i 80. Można także zwrócić uwagę, że nierówności społeczne, które się w tych latach ukształtowały, nie zostały później zupełnie wyeliminowane, że jeśli ktoś z "klasy niższej" pochodzi, to w niej dojrzeje i umrze i przekaże ją w spadku swoim dzieciom. Ale choć na problemy te można i warto zwrócić uwagę, to nie przygniatają one, nie narzucają się. Można uczynić sobie z tej książki lekturę wręcz przygodową.

I nie ma się co oszukiwać: to zasługa fenomenalnego języka Smith. Ostrego, wyrazistego, zdolnego do oddania drobiazgu w tak plastyczny sposób, że natychmiast przed oczami staje całość:

Ryan był rudy jak wiewiórka, a Clara czarna jak smoła. Piegi Ryana mogły się przyśnić entuzjastom łamigłówek typu „połącz kropki”, Clara zaś potrafiła objąć siekaczami jabłko, nie dotykając go językiem. Nawet katolicy nie mogli im tego wybaczyć (a katolicy są równie skorzy do wybaczania jak politycy do składania obietnic, a dziwki do dawania dupy).
[s. 37]

Poleca się. Na wakacje, na po wakacjach, na zimę - poleca się. 


PS: Ksiązka to jeden z prezentów ślubnych, dzięki!


środa, 31 sierpnia 2016

Laurent Binet: HHhH. Zamach na kata Pragi

Doskonała książka. Doskonała. Ostatnio otrzymałem egzemplarz w prezencie od niezastąpionego Bako; na początku nie byłem pewien, ale w miarę czytania przypominałem sobie - znam to! Już kiedyś ją czytałem, ale przeszła bez żadnej notatki. Zamiast ze strony na stronę nudzić się znanym już tekstem coraz bardziej i wreszcie odłożyć lekturę, coraz bardziej się w nią wciągałem. Doskonała książka!

Podoba mi się żonglowanie planami akcji i pewna autotematyczność tego tekstu. Jest to jednocześnie książka o zamachu na Heydricha, o Heydrichu i o zamachowcach - Gabčíku i Kubišu - o całym tle historycznym i społecznym, ale jest to także bardzo ciekawa książka o pisaniu książki: o dokumentacji, szukaniu informacji, o rozterkach dotyczących autorskiego przywiązania do faktów i prawa do kreacji, o tropieniu i analizowaniu innych pozycji dotyczących tego tematu, wreszcie o przywiązaniu, szczególnym związku, w jaki wchodzi autor ze swoimi bohaterami.

To przechodzenie pomiędzy poziomem opowieści i metaopowieści bywa zabawne, jak przy rozważaniach o nagromadzeniu w historii nazwiska Moravec ("Autor fikcji już na początku zrobiłby z tym porządek, czyniąc z pułkownika Moravca na przykład pułkownika Novaka; rodzina Moravców stałaby się rodziną Švigarów, czemu nie, a zdrajca dostałby jakieś fantazyjne nazwisko - Nutella, Kodak, Prada, sam nie wiem." - s. 238); bywa też irytujące ("Sport jest jednak faszystowskim kurewstwem." - s. 237), przede wszystkim jednak do ciekawej historii zamachu dodaje nie mniej ciekawe pytanie o możliwość pełnego opisania takiego zdarzenia 60 lat później.

Nade wszystko jednak stanowi niezłą, podstępną sztuczkę - zmienia powieść historyczną w gawędę o historii. Może trochę na zasadzie telemarketera, któremu nie sposób przerwać: Binet mówi, mówi, mówi, a gdy tylko u słuchacza mogłoby nastąpić znużenie - zręcznie zmienia temat na nieco poboczny, wrzuca jakąś refleksję, dopowiada coś o sobie samym, ale nie przestaje mówić. Nie da się oderwać.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Starym peżotem mkniemy przez świat

12 dni, 3620 kilometrów. Warszawa -> Wrocław -> Srebrna Góra -> browar Miedzianka -> Kolorowe Jeziorka -> Czeski Krumlov -> Ljubljana -> Postojna -> Rovinj -> Jeziora Plitwickie -> Zagrzeb -> południowe Węgry -> Sopron -> Wiedeń -> Warszawa. Codziennie jakaś trasa, więc wypoczynku było niezbyt wiele, ale fajnych rzeczy po drodze - mnóstwo.

  1. Dolny Śląsk jest fajny!
  2. Czechy jak zwykle super; ciekawy zwyczaj: na kempingach prysznice dodatkowo płatne. Ciekawa lekcja na przyszłość - zawsze brać adapter zasilania CEE.
  3. Ljubljana ma piękną starówkę: ładną, gwarną, z super knajpami, a jednocześnie łatwo znaleźć zaciszne i urokliwe zaułki.
  4. Jaskinia Postojna robi wrażenie, ale w szczycie sezonu nie można się nacieszyć wycieczką, grupa za grupą, nie ma czasu na dokładne oglądanie.
  5. Toalety na słoweńskich kempingach to groza.
  6. Chorwacja w sierpniu, przynajmniej Istria, to kompletne nieporozumienie - cenowo + jeśli chodzi o ilość ludzi. Podobno już od ostatniego tygodnia sierpnia jest OK, my uciekliśmy. 
  7. Jeziora Plitwickie są przepiękne, plus jest koło nich luźniej, spokojniej i taniej niż na wybrzeżu. Ale jest też chłodniej, 11 sierpnia temperatura w nocy około 10 stopni + wilgoć. Kiepsko jak na namiot.
  8. Zagrzeb fenomenalny, a potańcówka w piątkowy wieczór w centralnym parku miasta była najlepszą niespodzianką.
  9. Węgry jak zwykle nie zawiodły: finansowa ulga, świetne wino, znośna ilość ludzi, smaczne jedzenie, dobra pogoda, ekstra kąpieliska. Najlepiej.
  10. Wiedeń. Wiedeń jest bardzo dobrym miastem do spędzania w nim lata. Wracałbym.
  11. Czeskie autostrady są remontowane.
  12. Polskie drogi, jak się ma auto, które daje radę 115km/h w porywach, to groza.

Lubię wakacje. Kilka(set) foteczek po kliknięciu: https://goo.gl/photos/KDvVGRmGPxr9WVcK6



piątek, 15 lipca 2016

Azory, Madryt

Byliśmy na wycieczce. Zrobiliśmy zdjęcia. O wycieczce coś wkrótce dopiszę, ale póki co się pożalę: jestem nieutuloną sierotą po Picasie. W porównaniu z Picasą Google Photos obsysa okrutnie:
  • nie mogę zrobić jednej publicznej galerii moich albumów, mogę tylko linkować do każdego albumu z osobna;
  • nie mogę zaznaczyć lokalizacji indywidualnej foteczki;
  • nie mogę w łatwy sposób wpisywać wielu podpisów do zdjęć;
  • same podpisy też są prawie niewidoczne.

Nie rozumiem tej zmiany. Googlu, robisz to źle.


czwartek, 23 czerwca 2016

Iza Klementowska: Szkielet białego słonia

Czytałem Samotnośc Portugalczyka i nie byłem urzeczony, ale tym razem jest lepiej. Autorka porzuca Portugalię, wybiera się do (zasygnalizowanej w Samotności...) dawnej portugalskiej kolonii - Mozambiku, i mam wrażenie, że reportersko poczyna tam sobie śmielej aniżeli na kontynencie. Odważniej dobiera miejsca, bohaterów; dokłada do tekstu sporo informacji historycznych, politycznych i geograficznych, ale też odrobinę własnego doświadczenia, co nadaje reportażowi także rys podróżniczy.

Miałem już okazję książkowo zetknąć się z Mozambikiem - trzykrotnie. Ale jeśli ktoś dopiero zaczyna, prawdopodobnie od takiego reportażu warto wystartować.


Technikalia: https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/szkielet-bialego-slonia

wtorek, 21 czerwca 2016

Virginie Despentes: Vernon Subutex (1)

Nie do końca rozumiem. Może mi coś umknęło. Ale bezbronność Vernona wobec sekwencji zdarzeń, jaka wysyła go ostatecznie na ulicę, wydaje mi się wręcz nieprawdopodobna. Ja bym chyba jednak... coś zrobił. Zadziałał wcześniej, aktywniej, inaczej. Nie poddałbym się tej zerojedynkowości: wygrywasz wszystko lub wszystko tracisz. Ale możliwe, że jego bezradność i obojętność wynikają z głębokiego zrozumienia, że inny z bohaterów, Kiko, ma rację, gdy rozmyśla:

Ludzie z dołów boją się wzrostu notowań skrajnej prawicy. Na giełdach to niczego nie zmieni. Ci czy tamci, nie czuć żadnej różnicy. Już się nie cofniemy. Tkwią jeszcze w latach trzydziestych. Kiko jest podpięty do jedynego nurtu, ma bezpośrednie połączenie z władzą, pieniądze się szamoczą, wierzgają, stają dęba, ale Kiko jest w siodle. Czy ktoś każe pilotowi bombowca przeżywać wewnętrzne rozterki? A ci jeszcze bronią szkoły czy ubezpieczeń społecznych. Zapóźnieni w rozwoju. Czy bezrobotny czuje potrzebę czytania w czasie wolnym? Mają dostawać pieniądze, skoro nie produkują? To koniec starego świata. Po co kształcić ludzi, których nie potrzebujemy już na rynku pracy? Kiedy następnym razem wystosuje się apel do ludów Europy, to z powodu wojny. Wojna. Ale piśmienni bezrobotni - doprawdy, co za głupota. Ludzie myślą, że tam na górze przejmują się ruchami kontestującymi istniejący porządek, naprawdę wierzą, że komuś ściska się serce, gdy widzi paru oberwańców, którzy nie mają za co sobie kupić mąki. Zawsze tak było. To twarda rzeczywistość. To wojna.
[s. 211]


To przygnębiająca wizja, choć płyną zewsząd sygnały, że chyba niezbyt odbiegająca od prawdy. Ja jeszcze optymistycznie nie tracę nadziei, że czas ruchów kontestujących istniejący porządek, zwłaszcza lewicowych, wciąż przed nami - ale im dłużej się zastanawiam tym uczciwiej przyznaję przed sobą, że jeśli tak, to chyba daleko przed nami. Może Vernon równie uczciwie przyznał, że nie dożyje.

Ale może jego przypadek jest po prostu symptomatyczny dla tych, którzy dzisiaj żyją na przecięciu dwóch płaszczyzn: intensywnego kreowania swojego wizerunku w sieci oraz codziennego życia w wielkim mieście; a wielkie miasta zwykle rozmieszczają ludzi na dwóch biegunach - są ci, którzy odnoszą sukcesy i korzystają z jego uroków, i są ci, którzy przegrywają i rozpaczliwie próbują utrzymać się na powierzchni. W takim świecie lepiej do końca blefować i utonąć niż wyciągnąć rękę po pomoc, przetrwać, ale przyznać się do porażki.

Jak by na to nie patrzeć, książka jest bardzo dobra - czekam na kolejne części.


Słucham

Nie umiem pisać o muzyce. Serio, w ogóle coraz trudniej mi się zebrać do napisania paru zdań o czymkolwiek. Jeszcze o książkach to jak cię mogę, ale o muzyce? Im jestem starszy tym mniej się czuję kompetentny. Odnotowuję więc tylko - dla porządku - płyty kupione (lub otrzymane) w ostatnich miesiącach:

Earl Jacob: Czuły Rambo. Pyszna. Całościowo.


Pustki: Wydawało się. Jedna z nowych piosenek bardzo dobra, ale wybór całościowo nie przekonuje - dało się to zestawić ciekawiej.



David Bowie: Blackstar. Taki sztos na chwilę przed śmiercią. Konkret.



Łona i Webber: Nawiasem mówiąc. Nieodmiennie najlepsze, co jest w polskim hip-hopie.



Pablopavo/Iwanek/Praczas: Wir. Ta płyta nie składa się z samych hitów, ale ich stężenie jest poruszające. Jeśli ktoś miał wątpliwości, że Ania Iwanek i kropka, proponuję dowód ostateczny:



A poza tym nakupiłem sobie jeszcze Trojanów, ale wciąż nie mam kompletu, więc nie ma się czym chwalić.

niedziela, 12 czerwca 2016

Olga Tokarczuk: Ksiegi Jakubowe

Bardzo cenię kompleksowo zbudowane światy. Czy są one mocno osadzone w historii czy w całości zmyślone, to mniejsza. Chylę czoła przed całościowością , przed drobiazgowym autorskim namysłem nad wszystkimi możliwymi aspektami funkcjonowania tworzonego świata.

Księgi... to fascynująca historia. Doczekała się wielu recenzji, nic odkrywczego nie napiszę, ale odnotuję sobie na marginesie, że niezwykle kompleksowo można się w nią zanurzyć. Można ja przeczytać jak wciagającą powieść - no, nieomal przygodową. Można skupić się na zawiłościach religijno-społeczno-politycznych. Można docenić drobiazgowość researchu historycznego i przeczytać ją jako uzupełnienie do podręcznika od historii. Można spróbować przeczytać ją jak powieść psychologiczną - otoczyć się bohaterami tak dobrze przemyślanymi, że prawie żywymi, gotowymi do rozmowy.

Żeby żadnego z tych poziomów nie zgubić, trzeba zachować czujność, trzeba się jednak skoncentrować, przysiąść nad tekstem w ciszy - to raczej nie jest (nie tylko z uwagi na gabaryty) ksiązka do autobusu czy pociągu. Ale z pewnością skupienie to się opłaci.

Przy okazji lektury warto zachwycić się także składem; brakuje mi wiedzy fachowej - czy numeracja ksiąg i stron z boku kart to jeszcze pagina czy ornamentacja czy jeszcze coś innego? Co by to nie było, jest piękne. Do tego numeracja stron od końca czy też - zwyczajem skopiowanym z dawnych ksiąg - przenoszenie ostatnich i pierwszych wyrazów na stronach na strony kolejne; wszystko to może dostarczyć - prócz niewątpliwej przyjemności wizualnej - także ważnej wskazówki interpretacyjnej. Przy tak drobiazgowej dbałości o skład trudno uniknąć myśli, że jest to hołd dla Benedykta Chmielowskiego; czyżby w ten sposób wyróżnionego bohatera opowieści? A jeśli wyróżnionego, jeśli przyjąć na chwilę, że głównym bohaterem jest ten, kto spisuje całą wiedzę o świecie, to kim staje się Jakub Frank? Być może poszukiwaczem, eksperymentatorem, który nieustannie sprawdzając konfiguracje religijne, duchowe, polityczne, społeczne, rodzinne, międzyludzkie etc. etc. chce dostarczyć jak najwięcej materiału do zapisania na kartach wielkiej encyklopedii? Jakub Frank jako beta-tester rzeczywistości. #mniebawi


--
Książka to jeden z prezentów ślubnych - dzięki!



poniedziałek, 9 maja 2016

Elisabeth Åsbrink: W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa

Trzy wątki:

1. Losy Żydów w przedwojennym i wojennym Wiedniu. Opisane głównie przez listy, robią piorunujące wrażenie. Sytuacji Żydów w okresie wojennym nikomu nie trzeba przypominać, ale to... to powolne odbieranie współobywatelom praw, nawet zupełnie drobnych, a jednak naturalnych - prawa do przebywania w miejskim parku! - krok po kroku pozbawianie pracy, dorobku życia, odsuwanie ich od "zdrowej części społeczeństwa", wreszcie wywózki, śmierć w obozach... Narastanie tej mrocznej opresji robi ogromne wrażenie.

2. Faszystowskie nastroje w ówczesnej Szwecji: bardzo interesujące są zarówno opisy społecznych napięć pomiędzy chrześcijańskim miłosierdziem a nazistowskimi sympatiami, jak i relacje z dyplomatycznych gier szwedzkiej administracji różnych szczebli - czy to z opozycją wewnątrz kraju, czy z silnymi parterami zagranicznymi. Nawet pobieżna lektura popularnych szwedzkich kryminałów ujawnia, że naród ten w czasie wojny nie był moralnie nieskazitelny - zresztą jak chyba żaden. U Åsbrink jest nieco więcej polityczno-historycznego detalu, który warto poznać.

3. Historia jednego, konkretnego żydowskiego chłopca, przyjętego w Szwecji przez misję katolicką i ocalonego tym samym przed śmiercią, która spotkała całą jego wiedeńską rodzinę. Jego dorastanie pokazane również poprzez listy - lub ich brak - to opowieść o tym, że młodość, okres dojrzewania, ma swoje uniwersalne prawa, niezależnie od warunków zewnętrznych. O tym, że rany, drzazgi w sercu, mogą pozostać na całe życie, ale jest taki czas, kiedy się ich nie czuje. Ten wątek dramatycznych przecież losów młodego Ottona jest moim zdaniem najważniejszy - i z nim łączą się najważniejsze dla historii postacie przyjaciół z młodości.

Nie rozumiem do końca, czemu książka, w której w rewelacyjny sposób zostały splecione 3 tak fascynujące wątki, jest reklamowana jako opowieść o jednym, konkretnym odprysku jednego z tych wątków. Czemu jako punkt zasadniczy historii są wskazywane faszystowskie sympatie Ingvara Kamprada, czemu w załączonych wywiadach eksplorowana jest sprzeczność między tymi sympatiami a głęboką, wieloletnią przyjaźnią z młodym żydowskim uchodźcą.

To znaczy - rozumiem. Marketing. Ale Kamprada, twórcę IKEA, można było wypytywać osobno i zrobić o nim osobną książkę, na pewno byłaby znakomita, interesująca, no i sprzedawałaby się świetnie.

Choć W Lesie Wiedeńskim... jest książką znakomitą, robienie z tego wątku osi całej opowieści jest niesprawiedliwe wobec Ottona i jego rodziny.

--

Książka to jeden z prezentów ślubnych - dzięki!

niedziela, 8 maja 2016

Kurt-Heinz Stolze, Domenico Scarlatti / John Cranko: Poskromienie złośnicy

Chadzalet. Szukam ładniejszej nazwy na taki balet, w którym jest więcej chodzenia niż tańczenia, ale jakoś nie znajduję. Oczywiście przesadzam, bo w Poskromieniu... można zobaczyć sporo eleganckich popisów tanecznych, ale chyba urok adaptowanego tekstu jest taki, że wychodzi ponadstandardowo dużo chodzenia i pantomimy. A skoro już przy uroku tekstu -- rany, jak on się boleśnie zestarzał.

Anyways, poza uwierającą treścią i mniejszą niż zwykle zawartością tańca w tańcu - wszystko super. Scenografia taka, jak lubią mego pokroju baletowi dyletanci - dużo kolorów, dużo gadżetów, wszystko błyszczy i się kręci. Choreografia i kostiumy efektowne. Muzyka do zapamiętania i nie do zaśnięcia. Owszem, chodzenie chodzeniem, ale jak już zatańczyli to naprawdę z przytupem. Innym dyletantom poleca się. Nie-dyletantom też, ale nieśmiało, bo ja się w końcu nie znam.

Technikalia: http://teatrwielki.pl/repertuar/kalendarium/2015-2016/poskromienie-zlosnicy/

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Deniz Gamze Ergüven: Mustang

To nie jest wybitny film - ani reżysersko, ani aktorsko, ani wizualnie. Ale porusza sprawy niebagatelne i jest dobrym uzupełnieniem niedawnej lektury Zabójcy z miasta moreli...

Zwróciłem podczas czytania uwagę na barbarzyńskie podejście do kobiet. Ten film robi takie wrażenie, jakby mi ktoś książką z reportażami dał w pysk.

Wszystko jest w tym świecie złe - absolutnie wszystko! Sąsiedzi, rodzina, rówieśnicy - nikt nie daje młodym dziewczynom żadnych szans na odrobinę wolności, na normalność. Znajduje się jeden sprawiedliwy, który jest gotów nieco pomóc, ale na każdego jednego sprawiedliwego przypada tuzin charakterów odrażających.

A jak słusznie zauważyła Żona,najciekawsze w całej historii byłoby to, czego nie widać - na czym film się kończy: co dalej? Co dalej z dwiema nieletnimi dziewczynami w wielkim mieście? Wracam pamięcią do lektury reportaży i jestem raczej pesymistą.

I to się dzieje teraz. Dzisiaj.

Przerażające.



Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt3966404/?ref_=ttmd_md_nm

poniedziałek, 21 marca 2016

Grímur Hákonarson: Barany. Islandzka opowieść.

Jest to dobry film.

Raz, że ładny. Krajobrazy ładne, uspokajające. Dużo miejsca, mało rzeczy.

Dwa, że pokazuje świat w nieco lepszej wersji. Świat, w którym nie zamyka się drzwi do domu na klucz. W którym jak obywatel coś mówi, to urzędnik mu wierzy. W którym ludzie troszczą się o siebie nawzajem.

Trzy, że przy okazji mówi o rzeczach ważnych. Nie wiem, o co poszło braciom 40 lat wcześniej. Ale każdy z nich wie, co jest w życiu ważne. I wie, że dla drugiego w gruncie rzeczy to samo jest ważne.

A przy okazji - to na czwartą nóżkę - miejscami jest bardzo zabawny. Nie przesadnie, to w gruncie rzeczy raczej przejmująca i raczej smutna opowieść. Ale tym łatwiej można zauważyć i docenić wrzucone tu i ówdzie rodzynki niewymuszonego dowcipu.

Warto.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt3296658/?ref_=ttrel_rel_tt

PS: Oryginalny tytuł to Hrútar. Międzynarodowy, angielski: Rams. Ciekawe, że zdaniem polskiego dystrybutora wymagał on opatrzenia komentarzem.

niedziela, 20 marca 2016

Reportaże ze smutnych miejsc

Przeczytałem ostatnio Zabójcę z miasta moreli. Reportaże z Turcji Witolda Szabłowskiego. Smutna to opowieść - interesująca, ale smutna. Czasem tak wychodzi, że z rzetelnego, reporterskiego opisu innej kultury wyłania się bardziej obraz jej kompletnej nieprzystawalności do tego, co ja zwykłem uważać za normalne, aniżeli jakiekolwiek poczucie ponadnarodowej czy ponadkulturowej więzi.

Owszem, teksty o Stambule mieszczą się jeszcze w ramach inne, ale ciekawe, natomiast historie o sprzedawaniu sióstr i żon do burdeli, o honorowych zabójstwach dziewczyn choćby podejrzanych o pozamałżeński seks - bez, oczywiście, wysłuchania ich samych - budzą we mnie tylko przerażenie.

A kiedy czytam np. o prześladowaniach mniejszości seksualnych, myślę sobie: dzicz.

I tu wypadałoby wspomnieć o drugiej lekturze - przeczołgałem się bowiem przez Białystok. Biała siła, czarna pamięć Marcina Kąckiego.

Przeczołgałem, mówię, nie dlatego że to książka źle napisana. Przeciwnie. Ale nie ma w niej nic dobrego. Bagno. Może nieliczne perełki w bagnie, ale zasadniczo - smutna i zła historia goni kolejną smutną i złą historię.

Historyczne uwarunkowania czynią Białystok miastem wyjątkowym, ale tak naprawdę najbardziej boję się myśli, że jeśli chodzi o stan dzisiejszy, to może być raczej reguła aniżeli wyjątek. Reguła, której ja może z perspektywy warszawskiej bańki względnej tolerancji, względnego równouprawnienia i względnej dbałości o pamięć o wszystkich wydarzeniach historycznych - mniej i bardziej chlubnych - nie dostrzegam na codzień.

Po przeczytaniu Zabójcy... podzieliłem się z kilkoma osobami myślą, że nie ma miejsca dla Turcji w UE. Zbyt duży dystans kulturowy. Po przeczytaniu Białegostoku... myślę, że może lepiej nic nie będę mówił.


--
PS: Ale z Zabójcy... rozdział o tureckich serialach polecam szczególnie. Jest wyjątkowo lekki w porównaniu z innymi, wciągający, a miałem okazję zestawić spostrzeżenia w nim zawarte z kilkoma odcinkami takich seriali, które Żona ogłąda służbowo a ja jej czasami zerkam przez ramię. 100% faktów.

sobota, 12 marca 2016

Recap


Wycieczka do Pragi: 11/10. Nawet przy trzeciej wizycie nie można się w tym mieście nudzić.

Karol Modzelewski, Zajeździmy kobyłę historii: trzeba; bardzo wiele spraw ustawia we właściwym świetle.

Zygmunt Miłoszewski, Gniew: Wciągające. Najpierw Bonda, potem ten, chyba zostanę fanem polskich kryminałów.

Trubalkan, Bubliczki. Znakomite, energetyczne granie. Czekam na jakiś koncert.

Komety grają Partię, koncert 5.03.2016: powrót do młodości. Oczywiście jak zwykle przy imprezach w Kulturalnej organizator wpuścił jakieś 30% ludzi za dużo, no ale hajs się musi zgadzać. Poza tym ekstra.


The Spierig Brothers, Predestination (2014): trochę za bardzo zakręcone, w pewnym momencie przestałem ogarniać co z czego wynika, ale dobrze się oglądało. 

Mirosława Marody: Jednostka po nowoczesności. Perspektywa socjologiczna. Spektakularna porażka czytelnicza - okazuje się, że nie jestem w stanie zmusić się do przebrnięcia przez napisaną trudnym, naukowym językiem publikację z dziedziny, która mnie średnio interesuje. Nie liczyłem, że się wciągnę, no ale jednak chciałem się zapoznać. Przeczytałem ze 2 rozdziały w miesiąc, minął termin zwrotu do BUWu i kiedy po raz kolejny zasnąłem nad lekturą, poddałem front. Użalam się nad sobą.

Ameryka też się sypie, to osobny rozdział

Przeczytałem Detroit. Sekcja zwłok Ameryki Cherliego LeDuffa i jestem podwójnie przygnębiony. Po pierwsze tym, jak spektakularnie posypało się przemysłowe miasto (nie tylko to jedno). Jak od góry do dołu nic w nim nie działa, a wysiłki pojedynczych osób, którym "jeszcze się chce" toną w morzu korupcji i tumiwisizmu na każdym szczeblu.

Po drugie jednak przygnębiła mnie ta lektura na poziomie meta - jako historia reportera, który powraca do rodzinnego miasta, umówmy się - zdobywszy już solidną sławę dziennikarską, a więc w mojej wyobraźni od pierwszych stron urasta do rangi herosa, który dociekliwością i piórem zaprowadzi przynajmniej po części porządek w zastanym burdelu. Szuka. Pisze. Walczy. Nie osiąga nic - no może jakieś drobne symboliczne zwycięstwo, po którym wszystko szybko wraca na stare tory.

LeDuff kończy opowieść w sumie optymistycznym akcentem - nie będzie nas, będzie las - ale ja zostaję z gorzkim uczuciem porażki.

Amerykańską przygodę kontynuowałem z Katarzyną Surmiak-Domańską. Bohaterowie jej Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość mieliby, mam wrażenie, jasną diagnozę przyczyny wszystkich nieszczęść, jakie spotkały Detroit i północ Stanów w ogóle. Ale ja widzę raczej opis innych objawów tej samej choroby: gorzkiego rozczarowania rzeczywistością. Co robisz, gdy nie masz pracy i perspektyw na nią? Gdy na ulicy nie czujesz się bezpiecznie. Gdy obawiasz się wysłać swoje dziecko do szkoły? Naturalnymi reakcjami są ucieczka, obrona, szukanie wsparcia. A wsparcia ochoczo udzielają zręczni manipulatorzy, podsuwając kozła ofiarnego - non-whites i sugerując rozwiązanie: obronę białej rasy. Przy okazji inkasując po kilka dolarów składki na działalność Klanu.

Z książki wyłania się oczywiście bardziej złożony, zwłaszcza w ujęciu historycznym, obraz problemu, który ja tu na potrzeby notatki sprowadzam do dwuzdaniowej konkluzji. Warto przeczytać całość - można lepiej zrozumieć i usytuować w szerszym kontekście te czasami przebijające się aż do Polski doniesienia o różnych wewnątrzamerykańskich konfliktach na tle rasowym.

PS: Detroit to jeden z prezentów ślubnych - dzięki!

niedziela, 21 lutego 2016

Muminki i ich mama

Od najlepszej żony świata dostałem na urodziny całą serię muminków z ilustracjami autorki. Czekały kilka miesięcy, ale w końcu sieknąłem wszystkie - nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. Wciąż jestem zachwycony. W tych książkach jest wszystko i dla wszystkich.

A potem wziąłem się za Mamę muminków - sążnistą biografię Tove Jannson autorstwa Boel Westin. Bardzo ciekawa pozycja - w tle sporo z historii Finlandii, a na pierwszym planie naprawdę nietuzinkowa autorka. Bardzo aktywna, bardzo wszechstronna, w świadomy sposób czuwająca nad rozwojem swojej kariery. Ciekawie wyglądała też jej praca nad muminkami - przerwy, powroty, z jednej strony dopieszczanie wszystkich drobnych projektów okołomuminkowych, z drugiej - od pewnego momentu - próba oderwania się od wizerunku "autorki jednej opowieści".

W ogóle, dla kogoś, kto Tove Jansson kojarzył tylko z muminków, ta biografia to otwarcie całej gamy nowych wątków do rozpoznania - ja już się zasadzam na jej późniejsze, pomuminkowe książki.

Oprócz opowieści o życiu i pracy Jansson, Mama muminków to także solidny kawałek fachowej analizy literaturoznawczej:

Z Tatusiem Muminka i morzem Tove Jansson wpisuje się w tradycję latarnianych opowiadań do wtóru z Edgarem Allanem Poem, Juliuszem Verne'em, Arvidem Mörne, Jacobem Paludanem Møllerem oraz, rzecz jasna - Virginią Woolf. Przyciąganie latarni (Do latarni morskiej to przecież tytuł słynnej powieści Woolf) miało magnetyczną siłę zarówno dla Tatusia, jak i ojca w rodzinie Ramsayów, i jakkolwiek nie istnieje bezpośredni związek między tekstami - przenika je ta sama pasja dla symboliki wieży nawigacyjnej.
Latarnia wyznacza granicę między lądem a morzem, ostrzega przed mielizną, wskazuje bezpieczny kurs, ogłasza alarm, kiedy zdarzy się wypadek, oraz rzuca świetlne kierunkowskazy. Pokazuje drogę do domu, jednak może również stanowić znak rozstania, wiąże się z samotnością, narażaniem się, tęsknotą, nawigacją, kontrolą, władzą i poczuciem bezpieczeństwa. Z psychoanalitycznego punktu widzenia latarnia w "tatowej książce" reprezentuje utraconą męskość Tatusia. Fakt, że nie potrafi jej zapalić, czyni ten obraz nader wyrazistym. On dosłownie nie umie naładować baterii. Jednak przede wszystkim latarnia reprezentuje ruch (podążanie) w kierunku tego, co nowe. Ma dać bohaterowi zadanie na miarę ojca.
[s. 357]

No, także tak. Dorosłym polecam, dzieciom polecam nie czytać.

wtorek, 19 stycznia 2016

Msza za miasto Arras

Fantastyczny, wciągający monodram Janusza Gajosa (http://www.narodowy.pl/repertuar,spektakle,118,msza_za_miasto_arras.html) skłonił mnie do sięgnięcia po książkę Andrzeja Szczypiorskiego. Igor Sawin, autor adaptacji scenicznej, z konieczności okroił nieco tekst, ale zostawił co najważniejsze: próbę refleksji nad źródłami fanatyzmu, chyba wszelkiego rodzaju.

Mam jednak wrażenie, że dopiero po lekturze pełnego tekstu - w tym licznych, pominiętych w adaptacji rozważań Jana i Alberta - widać uderzającą aktualność opowieści Szczypiorskiego. Można przyłożyć ten tekst do dzisiejszej sytuacji politycznej i społecznej w Polsce i bawić się w rozpoznawanie bohaterów.

czwartek, 14 stycznia 2016

Alex Garland: Ex Machina

Bardzo dobry film, w zasadzie bezbłędny, ale dopisałbym inne zakończenie. Znacznie bardziej interesująca byłaby taka wizja, w której AI po prostu wciela się w rolę żyjącego w odosobnieniu właściciela największej wyszukiwarki świata i stopniowo przejmuje władzę nad światem. A my nic o tym nie wiemy, he he he.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt0470752/

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Powrót do przeszłości

21.10.2015 dotarł do nas Marty McFly, ekscytowali się wszyscy fani, ja też się uśmiechnąłem. Filmy lubiłem, może nawet i bym sobie je jeszcze kiedyś przypomniał, ale nie na tyle, żeby się przesadnie emocjonować.

Ekscytację natomiast zapewnili mi miesiąc i dwa miesiące później producenci 2 innych filmów z serii, które kocham miłością szczerą, czystą, sięgającą dzieciństwa a przez to, podejrzewam, wieczną.

Zaczął Sam Mendes, reżyser Spectre, czyli najnowszego filmu o Jamesie Bondzie (technikalia: http://www.imdb.com/title/tt2379713/). Słyszałem narzekania z lewej i prawej i sam mam kilka wątpliwości. Na przykład, w wątku z Monica Bellucci mogłoby chodzić o coś więcej niż tylko o to, aby pokazać sapiącą Monicę Bellucci. Arcyłotr jest umiarkowanie łotrowski, zaś możliwości aktorskie Christopha Waltza nie zostały, mam wrażenie, wykorzystane w pełni.

Ale co równoważy dla mnie wszystkie minusy, to sięgnięcie do bondowskiej historii. Nie do historii bohatera (choć i tego nie brakuje - jedni to krytykują, mi nie przeszkadza), ale do historii serii filmowej. Kultowe samochody. Akcja w kolejce linowej. Romans i niebezpieczeństwo w (nieomal, chodzi o wizualne skojarzenia) orient-ekspressie. "Niezniszczalny" osiłek (brakowało mu tylko żelaznej szczęki). Wszystko to sygnalizowało mi powrót do początków serii; powrót, którego głównym elementem jest przecież wskrzeszenie dawno niewidzianej, tytułowej superorganizacji przestępczej! Bawiłem się doskonale i czekam na więcej. Mam wrażenie, że powrót SPECTRE do gry umożliwia reżyserom złapanie na nowo oddechu przy planowaniu kolejnych filmów.

O wiele większe emocje towarzyszyły drugiemu powrotowi - 7. części Gwiezdnych Wojen rzecz jasna. Przebudzenie mocy (technikalia: http://www.imdb.com/title/tt2488496/). J. J. Abrams miał zadanie trudniejsze niż Mendes. Raz, że legenda zupełnie innego kalibru. Dwa, że organizacja fanów znacznie większa a ich oczekiwania ogromne. Miał zadanie trudniejsze, lecz podołał. Zagrał chyba w jedyny możliwy sposób - przypominając wątki z poprzednich 6 części, robiąc w zasadzie riplej, powtórkę wszystkiego, ale też w miarę zręcznie wprowadzając haczyki, możliwości nowych otwarć.

Uśmiechów w stronę zagorzałych fanów serii jest co niemiara, w zasadzie co scena to żart, mrugnięcie okiem, wspomnienie. Bardzo raduje mnie prawie zupełne pominięcie w tych nawiązaniach "nowej" trylogii, jest jej tylko tyle ile musi być, aby całość nie straciła sensu. Poza tym minimum - został wykonany przeskok od "starej" trylogii do obecnej, jakby "nowa" była trochę wstydliwym epizodem. Może i słusznie.

Słyszałem głosy rozczarowania - że ta powtórka jakby za bardzo powtórzona, że nic nowego. Ale twierdzę, że to jedyne możliwe rozwiązanie: jednocześnie dać nowym widzom bardzo elegancko rozegraną świeżą historię, nie wymagającą znajomości poprzednich filmów; zrobić to w sposób umożliwiający wyprowadzenie ze świeżych wątków 2 kolejnych filmów; a przy okazji nie zgubić obecnych fanów - zaproponować im to, co już znają i kochają.

Dlatego stoję na stanowisku, że powtórzenia i przerysowania się tłumaczą i że nie można było zrobić tego lepiej. A nowe motywy, nowi bohaterowie są naprawdę obiecujący. Dają nadzieję na dobre rozegranie kolejnych 2 części. O ile oczywiście ktoś przy ich reżyserowaniu nie postanowi pójść już na kompletną łatwiznę w stylu "klaskali jak wybuchała Gwiazda Śmierci, klaskali jak wybuchała Starkiller Base, to poklaszczą przy trzeciej, faftylion razy większej wybuchającej piłce!".

Jedyną poważną wątpliwość mam co do superłotra. Ja rozumiem czemu on jest taki mimozowaty, ale jeśli ta postać nie przejdzie jakiegoś dynamicznego rozwoju, to jej figurki będą stały na półkach dzieci obok Jar-Jar Binksa.


Anyways, jestem zadowolony z efektu, bawiłem się doskonale już 2 razy i chyba sobie jeszcze powtórzę, ze wstępną aprobatą czekam na ciąg dalszy.

---
Edit: tymczasem Paweł podesłał taką recenzję i wyszło, że dałem się upupić (ale i tak mi się podobało): http://www.hollywoodreporter.com/news/critics-notebook-how-star-wars-851209