sobota, 31 października 2009

Hey: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!


Płyta jest znakomita muzycznie; trochę słabiej wypadają teksty, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo do tej pory to teksty były najmocniejszą stroną muzyki Nosowskiej, a co za tym idzie, także Hey. Tutaj są... dobre. Poprawne. Ale nie są taką wspaniałą literacką grą, jak np. te z Unisexblues.

Tematycznie płyta jest przewidywalna, co może nieco męczyć; mi po pierwszych odsłuchach najbardziej przypadły dwa poniższe:

Hey - Umieraj stąd

Hey - Chiński urzędnik państwowy

Za to nie da się nie zauważyć, że KN stała się (może zawsze była? nie wiem, wrócę do starszych płyt solowych i z Hey i się przekonam; zawsze wydawała mi się wokalistką dobrą, ale nie byłem pod aż takim wrażeniem jak teraz) znakomitą wokalistką - śpiewa na poziomie mistrzowskim, deklasując wszystkie inne damskie głosy na polskiej scenie.

Na marginesie: płyta wyszła w świetnym, pomysłowym opakowaniu - customizable :D

piątek, 30 października 2009

Łąki Łan, Fisz+Emade, Palladium, 29.10.2009

Łąki Łan na żywo to jest ogromny, niepowtarzalny ładunek pozytywnej energii :) Banan na paszczy przez cały czas ich grania.

Tworzywa nie widziałem na żywo dwa lata chyba (a może tylko rok? nie pamiętam); nie zarejestrowałem tego wcześniej, a może wcześniej tego nie było, ale zaczęli się całkiem fajnie bawić swoim repertuarem - np. regująco-plumkająca wersja Dynamitu jest znakomita!

czwartek, 29 października 2009

ES55 - back in the game!


Po smutnej śmierci mojego drogiego przyjaciela, Pentaksa Optio S10, który zginął z ręki niewiasty w odległym kraju, zakupiłem sobie następną mini-małpkę, Samsunga ES55. Ma wszystko, czego mi potrzeba - robi zdjęcia, jest mały, jest mały, mieści się w kieszeni, jest mały, jest lekki, jest mały i robi zdjęcia. Innymi słowy - po ponad dwóch miesiącach przerwy znowu mogę zasypywać Picasę stosami idiotycznych fotek. Hura!

środa, 28 października 2009

Sławiński, Bohdan: Królowa Tiramisu

Bez cytatu, bo książka mnie niesamowicie zirytowała. Nieprzyjemnie napisana, językiem niby nieskomplikowanym, trochę stylizowanym na leśmianizację, ale trochę nieudolnie, a w sumie jakoś drażniącym. Historia dobra, ale też jakoś denerwująca - miałki bohater, irytująca scenografia; niby trochę budzi emocje, u mnie głównie chęć buntu, stanowczego, w imieniu Piotrusia, ale jakoś tak nie do końca - i denerwuje przy tym.
No nie wiem. Chyba mi się jednak nie podobała bardziej niż podobała.

I tylko mi jedna myśl po niej została - dobrze, że się nie urodziłem w Gostyninie albo innym miasteczku porównywalnej wielkości. Im większe miasto, tym lepiej się w nim czuję. Warszawa jest dla mnie już całkiem akceptowalnej wielkości.

wtorek, 27 października 2009

Karpowicz, Ignacy: Gesty

Przyszedłem kilka minut za wcześnie, nienawidzę spóźnień, lecz mój dawny kolega z klasy, mój obecny doktor Drenaż Konta juz czekał. Nie rozpoznałem go, ponieważ wystąpił w stroju cywilnym: dzinsy, koszula w kratę i rozpinana bluza z kapturem. Na powitanie klepnął mnie w ramię. Chciałem, w odpowiedzi, rąbnąć go w szczękę.
[s. 81]


Bardzo zgrabnie napisana książka, z pewną, nie przesadną, ale akceptowalną ilością zabaw słowem, ironiczna i lekko drażniąca na poziomie opowieści, przyjemna na poziomie opowiadania.

"Mamo, a pamiętasz ciotkę, której wypadło szklane oko?", pytam. "O czym (nomen omen) ty mówisz?!", dziwi się matka. "O oku - odpowiadam. - I ciotce". "Ciotka Alina, ta warszawska, synek, pamiętasz? Ona miała korale z prawdziwego koralowca..."
Stosunek matki do cioci Aliny dobrze oddaje przymiotnik "ambiwalentny". Z jednej strony ciotka Alina prowadziła wielkopańskie, stołeczne życie, o którym matka marzyła: warszawska willa i zachodnie samochody, wakacje za granicą, tą prawdziwą, brak zobowiązań. Z drugiej - ciotce brakowało tego, co matka ceniła i co otrzymała w nadmiarze: dzieci.
Czasem wydaje mi się, że dostajemy własnie to, o co prosiliśmy, tylko w koncentracie; syndrom wody w proszku, której nie ma czym rozpuścić.
[s. 132-133]


Opowieść drażni, bo od poczatku miałbym ochotę na pewną niezwyczajność. Bohater zachęca do niezwyczajności. Chciałbym, żeby jego życie, które poznaję w momencie pewnego zwrotu, zakończyło się wyjątkowo - wyjątkowo dobrze, wyjątkowo źle, ale wyjątkowo. A kończy się zwyczajnie, zwyczajnie do wyrzygania. Cała jego historia okazuje się zwyczajna, on jest zwyczajny i zostanie zwyczajnie zapomniany. I nawet miłość jego życia o nim zapomni, nie później jak w ciągu tygodnia od pogrzebu. Może matka - matka ma szansę go pamietać.

W domu często słyszałem, że człowiek uczy się na błędach. Że musi sam się sparzyć, żeby zapamietać, jakby pamiętanie łączyło się z temperaturą. Misiek była stara suką, w moich oczach uchodziła za absolutną psią piękność. Tak ją zapamiętałem. Niedawno pomagałem matce w porządkach. W pudełku po butach znaleźliśmy kilkanaście starych fotografii. Na jednej stoi jakiś maluch, uśmiechnięty, a pies liże go po twarzy. Ten maluch to ja. Tak twierdzi moja matka. Ten pies, brzydki i chudy, powykręcany jak gałęzie starego orzecha, to Misiek. Tak twierdzi moja matka. Miśka zapamiętałem inaczej, siebie w ogóle. Wierzę matce.
Moja stara matka śpi krótko, porusza się z wyraźnym trudem, a jednak tyle pamięta, pamięta za mnie. Moja stara matka przypomina jakąś zapasową pamięć, pendrive'a. Wystarczy podłączyc ją do pożółkłej fotografii, a jej mózg zaczyna wyświetlać obrazy z przeszłości. Mówi krótkimi zdaniami, gubi wątki, wchodzi w dygresje i dygresje w dygresjach. Moja stara matka rzadko gotuje zupę pomidorową, rzadko wychodzi z domu, jesli już, to najchętniej do apteki. "W aptece jest bardzo miła obsługa", mówi. Ja jej wierzę. Wierzę mojej matce.
[s. 10]

poniedziałek, 26 października 2009

Chwin, Stefan: Złoty Pelikan

Usmiechnął się do siebie. Więc jednak rację miał ksiądz Józef? Więc przyszedł do kościoła św. Brygidy wcale nie po to, by zmazać swoją winę, tylko po to, by się utwierdzić w swojej pysze? Niepowtarzalny, rajski ptak wrażliwego sumienia! Więc ksiądz Tadeusz doskonale wyczuł tę jego paskudną, zamaskowana pychę egotyka, który wyjątkowością własnych win chce się wyodrębnić z szarego tłumu? I dlatego spowiedź skrócił do twardego żołnierskiego minimum, po czym zalecił Jakubowi najzupełniej standardową pokutę? Po prostu postawił go na bacznośc - jak pierwszego lepszego szeregowca grzechu! Kapłani znają się na ludziach, więc było to możliwe. Z pewnością każdy chetnie wmawia sobie, że jest zranionym Pelikanem czułego sumienia. Ale sumienie skrupulatne, wpatrzone w siebie jak Narcyz, krok tylko dzieli od zwykłej podłości.
[s. 86]


Mniej jest w tej książce tego pięknego, chwinowego pisania, więcej za to pięknej historii. Kiedy Chwin opowiadał o Gdańsku w "Krótkiej historii..." czy "Hanemannie", zauważał niezauważalne - tutaj opowiada o tym, jak się zaczyna zauważać.

Przewracając się na drugi bok, Jakub przypomniał sobie sławne zdanie pewnego filozofa, że "poezja po Auschwitz jest niemożliwa", ale duch języka tylko się usmiechnął wyrozumiale. - Drogi Jakubie, ależ własnie po Auschwitz poezja rozkwitła. Czy Auschwitz był moralną katastrofa Europy? Był. A ileż to talentów wypłynęło na falach tej katastrofy. Ruch wydawniczy w domach. Kolorowe okładki. Kalkulacja kosztów. Staranny dobór czcionek przyjemnych dla oka. I żądania: - Holocaust? Ależ, oczywiście, proszę bardzo, wydamy. Tylko żeby było interesujące! I najlepiej o cudownych ocaleniach. Bo już się trochę przejadło. O umarli, spopieleni, zmiażdżeni, zamarznięci, czemuście nie pomysleli o tym, żeby umierać interesująco. A tu zwykłe błoto w ustach, skóra obdarta do kości, całe nogi w odchodach i mistrzowie stypendiów, projektów, fundacji, konferencji, śniadań, obiadów i kolacji, bufetów i bankietów.
I duch języka, przemawiający w mrokach nocy, roztaczał przed Jakubem tajemniczą panoramę metamorfoz słowa, które wytrwale szukało Prawdy. Oto "komora gazowa" przeobrażała się w "grant w wysokości trzech tysięcy euro", "góra popiołów" w "roczny stiftung", "doły śmierci" w "kredowy papier, przyjemny w dotyku, z dobrymi ilustracjami", "vertreibung" zaś w "nagrodę literacką". Nawet "śmierc tysięcy uchodźców" na pokładzie sławnego "Gustloffa" zmieniała się w "wysoki nakład" i "pierwsze miejsce na liście bestsellerów", a "śmierć tysięcy ludzi w płonących wieżach World Trade Center" w wydrukowany na dobrej stronie "New Yorkera" "wiersz, który utrzyma napięcie żałoby" oraz jako "międzynarodowy sukces autora" niewątpliwie poprawi nadwątlone samopoczucie narodu, z którego autor się wywodzi."
[s. 132]


Czasem długo nie mogła zasnąć. - Słuchaj - szarpała go za rękaw, gdy kładł się na swoim posłaniu - oni tam, na Klasztornej - pokazywała palcem niewidzialnych wrogów, kryjących się gdzieś w ciemności - oni tam mi mówią, że ja po śmierci trafię od razu do Nieba. Słyszysz? Od razu! A ja ich mam gdzieś, rozumiesz! Wiesz - ja jestem sto razy lepsza niż ten ich Bóg. Bo - niech to sobie wreszcie wbiją do głowy! - to nie ja stworzyłam coś tak strasznego jak ten pieprzony świat. Ja jestem nic, śmiecie, brud, gówno, ale - oczy błyszczały jej z wściekłej, nieprzytomnej dumy - to nie ja, do kurwy nędzy, stworzyłam to wszystko. Słyszysz? Ja kradnę, szprycuję się, piję, ale to nie ja mam to na sumieniu! Oni mi mówią, że ja będę zbawiona, że ja będę sobie po śmierci siedzieć w Niebie jak u cioci na imieninach. "Pani Hildo - przedrzeźniała czyjś głos - pani taka biedna, taka chora! Pani dosyć się wycierpiała na Ziemi! Tam, w górze, tylko szczęście wieczne na pania czeka!".
A ja ich pytam wtedy: - To żebym ja mogła sobie siedzieć u Pana Boga za piecem, dobry, niewinny Jezus musiał zostać zamęczony na śmierć? Tak? To ja - słyszycie? - pluję na takie zbawienie! Ja nie chcę iśc do żadnego Nieba za taką wredną cenę! Rozumiesz? Tak im mówię! Won! Niech spływają z tym swoim zbawieniem, co na cudzej śmierci niewinnej stoi! Ja nie chcę takiego zbawienia! A ty nie śpij! - potrząsała nim, gdy znowu odwracał się do ściany. - Co jest? Masz mnie słuchać, jak do ciebie mówię! Nie śpij! Boże, co z ciebie za dupek!
[s. 192-193]


A tak poza wszystkim, to w pierwszym odruchu można by napisać, że to jest książka o przeznaczeniu. Ale raczej, chyba, jednak, o ile ja dobrze - to ona jest cała podszyta przypadkowością; ogólnym chaosem w mikro i makroskali.

niedziela, 25 października 2009

Chwin, Stefan: Esther

Popatrzyła na mnie dłużej: "Woli pan swój Heidelberg od Paryża?" "Nie byłem w Paryżu". Rzuciła kamyk w wodę. "Szkoda. Niechże się pan wybierze, jak pan będzie mógł. Warto". "Więc czemu pani tam nie została?" Patrzyła na taflę rzeki, na której marszczyły się ciemne wiry. "Czasami się wyjeżdża, czasami się zostaje. A miasta wszędzie podobne. I ludzie też. Za dnia weseli, szczęśliwi, mocni, a w nocy zasnąć nie mogą..."
Powoli odwróciła głowę. W jej oczach nie było blasku.
[s. 14]


Stefan Chwin zawsze mnie zachwycał słowem. Konstrukcją zdań. Porównaniami. Sposobem opisu rzeczy najprostszych, okiem do detalu. Jego książki to jest opowiedziana historia, ale w tej historii to milion drobiazgów, urywków, które trafiają do serca i do wyobraźni.

Gwiazdy tonęły w czarnym prostokącie okna, zegar wybijał godzinę, wiatr postukiwał okiennicą, a ja marzyłem, żeby coś się wreszcie stało, żeby ona zniknęła, żeby wyjechała na zawsze. Czekała na listy, chodziła na Wspólną, pytała Korbielowa, niech zniknie, niech się rozwieje bez śladu. Jej włosy związane czerwoną wstążką. Pierścionek zostawiony na szklanej półce, gdy wychodziła z łazienki. Tęczujące bańki na lawendowym mydle, którym przed chwilą myła ręce. Ciepła wilgoć ręcznika, którym wycierała włosy...
Nie widzieć. Nie słyszeć. Zasnąć.
[s. 45]

Wieczorem siedziałem z Andrzejem w salonie.
Jak co dzień zza drzwi dobiegały stłumione kroki matki, zegar mosiężnym dźwiękiem wybijał godzinę, szybkie uderzenia nożem na stolnicy zwiastowały niedaleką kolację, potem brzęk otwieranego okna, plusk wody, stuk zamykanych szaf. Ta zwyczajna melodia życia, napełniająca spokojem korytarze, plącząca się pod sufitem w nieruchomych szkiełkach żyrandola, leciutko kołysząca smużką pajęczyny na sufitowej sztukaterii, prześlizgiwała się wśród krzeseł, gasła i budziła się na nowo w osłoniętych portierami niszach, lecz myśmy w tej żywej, spokojnej melodii życia słyszeli tylko ciszę, jaka zostaje po oddalającym się na schodach stukocie korkowych obcasów.
Jeszcze nic się nie zmieniło. W pokoju na górze krzesła i stół stały tak, jak ona je ustawiła. Serweta okrywała blat, tak jak ona ją wygładziła dłonią. Dalie, które poprawiła wychodząc, nie zmieniły swego ułożenia w wazonie, tylko kilka płatków osypało się na kryształowy talerz. Nikt z nas nie wchodził do tego pustego pokoju, który zdawał się powoli stygnąć z żywego ciepła jej obecności, tylko czasem, gdy Janka uchylała drzwi, z korytarza widziałem na kredensie to puste miejsce po brązowych fotografiach dalekiego miasta, które panna Esther włożyła do skórzanej walizki. Czułem, jak ta wydłużająca się niesprawiedliwie cisza po jej krokach powoli rozszerza się na cały dom. Rzeczy, przyzwyczajone do jej dotknięć, zdawały się matowieć w oczach. Jeszcze nie wierzyliśmy, że to jest nieobecność prawdziwa, jeszcze się nam zdawało, że to jest tylko zwykłe "wyjście do panny Hirsz", "na spacer do Ogrodu Saskiego z panną Dałkowską", "na wieczór do Nałkowskich".
[s. 267-268]


Bo, tak generalnie, to jest opowieść o pustce, która pozostaje po. Po człowieku, po uczuciu, po miejscu, po zdarzeniu. I przy okazji - o Warszawie.

Opowieść o nieszczęśliwej miłości pana Stanisława do równie nieszczęśliwej, chłodnej i pięknej Izabeli, w głosie Andrzeja zmieniała się w czułą opowieść o mieście, w którym cierpienia dogasają jak płonący dom, z którego udało się uratować wszystko.
[s. 228]


Na marginesie - czy ja już kiedyś wspominałem, że kocham moje miasto?

piątek, 23 października 2009

Paul Scarron Junior: Piąty Jeździec Apokalipsy

Fascynujące w tej książce jest to, że tak zgrabnie autorowi (Andrzej Bart) udawało się ukrywać pod pseudonimem. Mój egzemplarz z BUW początkowo był nawet sklasyfikowany pod PQ (literatura romańska); późniejsze dopiski bibliotekarzy zmieniły klasyfikację na PG (literatura polska) i skreśliły wydrukowany na wewnętrznej stronie okładki tytuł orginału, zapisany po francusku, dopisując obok: "mistyfikacja".

Poza tą mistyfikacją jest to bardzo udana sensacja; zgrabnie napisana, ale na pewno nie na tyle, żeby zasługiwala na jakikolwiek cytat.

Wolę jednak Andrzeja Barta jako Andrzeja Barta.

poniedziałek, 19 października 2009

Bart, Andrzej: Pociąg do podróży


Bardzo dobra książka. Sama fabuła jest płytka jak kanał służewiecki, ale jak to się czyta! Dawno nie czytałem opowieści tak ładnie splecionej z refleksją nad samym aktem opowiadania.

Marcusowi M. Morganowi przyśniło się, że jest pterodaktylem, który owszem, zmieścił się w windzie i nawet przycupnął na pluszowej ławce, ale o wyjściu nie było już mowy, a liny, na których wisiała szamerowana złotem klatka, trzeszczały coraz bardziej. Wiedział, że to tylko sen, a jednak w żaden sposób nie poprawiło to sytuacji. Liny zerwały się wreszcie i uwolniona z kagańca winda poleciała w dół. Towarzyszący mu windziarz wysiadł natychmiast, korzystając ze sposobu znanego wszystkim windziarzom. Winda nabierała szybkości, a mimo to Marcus mógł dostrzec ludzi oczekujących na poszczególnych piętrach, a nawet rozmawiać z nimi. Staruszka w białej etoli poprosiła go o przejażdżkę z białym pudlem, którego dotąd przytulała do piersi. Kiki tak lubi spadanie... Pterodaktyl z psem, pomyślał Marcus, ale nawet ta śmieszna mysl nie zdołała go obudzić. Winda stała się teraz kolejką górską, pędzącą po tunelach piwnic. Ta zmiana prawa siły bezwładności do tego stopnia przestraszyła psa, że nie tylko zaczął dygotać, ale wył jeszcze. Marcusowi także chciało się wyć, lecz nie miał pojęcia, jak wyją pterodaktyle.
- Davidzie! - potrząsnęła jego ramieniem matka. Obudził się, ale przykryty kołdrą na głowę, nic nie zobaczył. Kiedy ją odchylił z zachowaniem wszelkiej ostrożności, nie było przy nim matki i nie miał na imię David.
[s. 43-44]

Kto z piszących nie chciał kiedyś opisać tego niezwykłego momentu, kiedy o szarej godzinie staje naprzeciw siebie dwóch mężczyzn, i tylko jeden z nich wraca potem do domu. Nawet pewien piewca uniwersyteckich campusów, którego bohaterowie najczęściej zawiązują romanse podczas sympozjów na niezrozumiale tematy, zwierzył mi się przed laty, że marzy mu się pojedynek do pierwszej krwi pomiędzy profesorami slawistyki. Poradzilem mu wtedy, aby nie walczyli o kobietę, lecz o zastosowanie strony biernej w języku bułgarskim.
[s. 189]

niedziela, 18 października 2009

Taras warszawski

W opisywanej przeze mnie jakiś czas temu "Anarchy in the UKR" jest rozdział poświęcony charkowskiemu pomnikowi Tarasa Szewczenki, Szewy, jak się go nazywa w książce. I są tam opisane pomniki Szewy z różnych miast Ukrainy. No, dobrze, że nie ma wzmianki o Szewie warszawskim, bo jest tak słaby, że aż boli. Zapominam o nim regularnie, wczoraj zabłądziłem przypadkiem. Ze zdenerwowania aż znowu zacząłem palić. Swoją drogą miękka dupa ze mnie, tygodnia nawet nie wytrzymałem. Ale.

Ponieważ mój aparat nie wrócił z Francji, pewnej młodej damie udało się go wykończyć, toteż zapodam z Wiki: http://pl.wikipedia.org/wiki/Pomnik_Tarasa_Szewczenki_w_Warszawie

Almodóvar, Pedro: Przerwane objęcia

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt0913425/

Znowu punktem wyjścia będzie recenzja Mossakowskiego w GW:

Można mu raczej zarzucić, że opowiadając o miłości (także o miłości do kina), jest cokolwiek chłodny i zdystansowany. Przypomina nieco układankę - precyzyjną i mistrzowsko skonstruowaną - ale bardziej przemawiającą do rozumu niż do uczuć. Gdyby go oceniać "gatunkowo" - przegrałby. Jako thriller jest za mało emocjonujący. Jako melodramat - za mało wzruszający. Ale to nie jest ani thriller, ani melodramat: to jest almodowar - coś znacznie większego i piękniejszego.


No dobra. Ja nie znam twórczości Almodóvara, więc może nie widzę wszystkiego, ale może z pewnej strony to i lepiej dla oceny pojedynczego filmu. No więc: jak zachwyca, skoro nie zachwyca? Bo to dobry film jest, ładny, historia wciąga tak, że się ją po prostu chce obejrzeć, bohaterowie nie są płascy, ale... żeby to było coś szczególnie wielkiego, pięknego i głębokiego? No niekoniecznie.

I tylko muzyka mi się, a szczególnie jeden kawałek, który zresztą podesłała mi Monika na kilka dni przed tym, zanim zobaczyłem film:

piątek, 16 października 2009

Jesienne porządki

Na 4 piętrze jacyś studenci wzieli się za sprzątanie:

Blomkamp, Neill: District 9

Technikalia tu: http://www.imdb.com/title/tt1136608/

Bardzo dobrą recenzję tego filmu popełnił w GW Paweł Mossakowski. W dwu punktach jednak się nie zgadzam. Inna jest dla mnie wymowa tego 'newsowego' sposobu filmowania: w zderzeniu z narzucającymi się skojarzeniami z obozami koncentracyjnymi i masową zagładą jest znakiem czasów - dzisiaj każdy, nawet największy dramat na skalę światową oglądalibyśmy właśnie w taki sposób, z czerwonym paskiem 'breaking news' na dole ekranu. I inaczej odbieram zakończenie: ten film jest dobry także dlatego, że nie kończy się w sposób oczywisty. Nie domyka się happy endem, który musiałby być dramatycznie tandetny. Ja nie czekam na 'Dystrykt 10', bo po sequelu spodziewam się tylko spieprzenia tego udanego efektu.

czwartek, 15 października 2009

Nie socjalizuję się

Skasowałem profil na grono.net; i tak tam od roku nie zajrzałem. Z góry przepraszam wszystkich znajomych, o których urodzinach będę teraz zapominał.
Jestem na facebooku, gdyby ktoś miał potrzebę. Tam też nie zaglądam, ale pozory raczej utrzymam.

niedziela, 11 października 2009

PabloPavo + Ludziki, Hybrydy, 09.10.2009

1. Potwierdza się, że to jest całkiem dobra płyta.
2. Która, jednakowoż, nie jest szczególnie koncertowa.
3. Strasznie mało ludzi; w zestawieniu z planem Vavamuffinów, żeby zapełnić w listopadzie Stodołę 2 razy, wyglądało to wręcz dowcipnie. Zawiodła promocja?
4. Na płycie tego nie słyszałem, ale na koncercie było to bardzo wyraźne: Earl Jacob nie jest jeszcze może legendą na miarę Pablopavo, ale wkrótce ma szansę bez najmniejszego kłopotu tego ostatniego zdeklasować. Na scenie rządzi, tekstami wymiata.
5. A po koncercie połaziliśmy tu i tam i Roody złapał fajną fotkę.

środa, 7 października 2009

Toruń, 03.10.2009

Nadeszła w końcu chwila, kiedy trzeba było pokazać Bozi siedzibę "katolickiego głosu w Twoim domu". No to pojechaliśmy...

Od Toruń, 03.10.2009


Na zdjęciu powyżej jest oczywiście coś innego niż katolicki głos, ale to był ten moment naszej wyprawy, kiedy naprawdę, naprawdę stałem na ulicy i umierałem ze śmiechu. My wszyscy z Mrożka :D

Więcej zdjęć u Maleństwa: http://picasaweb.google.pl/karolina.hoszman/Torun031009#

Łąki Łan: Łąki łanda

Wielki powrót prze-mistrzowskiego zespołu! Radość i uciecha pod znakiem zielonego, ekhem, łąki łanu. Płyta nie jest równa, jest kilka kawałków lekko nużących, ale zasadniczo to energia urywa dupę. Nie mam niestety szczęścia do koncertów - zawsze jakoś ich przegapiam - a odkąd zobaczyłem ich raz kilka lat temu cały czas marzę o powtórzeniu tego doświadczenia. Bo sam pomysł na tę grupę jest tak rozkosznie absurdalny, że z automatu poprawia mi humor.

Tu teledysk do Big Batona:
http://www.youtube.com/watch?v=Baf9BPcJhog

A jeszcze 3 inne piosenki na majspejsie grupy: http://www.myspace.com/lakilan

PabloPavo i Ludziki: Telehon

Po znakomitym tytułowym singlu spodziewałem się, że ta płyta będzie nieco bardziej podrywała dupsko do skakania, ale i tak nie jest źle, a nawet jest dobrze. Póki co moim faworytem na płycie jest, obok Telehonu, Nomada: miejski hymn wieczorny. Pozostałe piosenki zresztą też są mocno z Warszawy. Dobrze się będzie z nimi na słuchawkach łazić po mieście.

Wideo do Telehonu można obejrzeć tu: http://www.youtube.com/watch?v=0GWjLswkofY
Kilka piosenek można przesłuchać na majspejsie Pablopavo - choć brakuje między nimi tych najlepszych, to i tak warto: http://www.myspace.com/pablopavo

A kilka dni temu Bartek ogarnął dla TVN Warszawa bardzo dobry wywiad z Pablopavo, warto przeczytać: http://beznaswy.blox.pl/2009/09/W-Poznaniu-tez-spiewaja-Vava-to-reggae-town.html

Brajdak, Alexander: Paradoks Leibniza, czyli do zobaczenia w piekle

Słabo napisana książeczka, która jednak miejscami bywa dosyć zabawna. Humorem takim... kasiowym :]

Wszystko zaczęło się od tego, że Peter van der Weert zabłądził w ciemnościach. Były to tak zwane ciemności egipskie. Oznacza to, że Peter nie widział nic.

Po kolei:
Pewnego razu żydzi przybyli do Egiptu. Było to około 1650 roku przed Chrystusem. Do Egiptu Żydzi trafili za sprawą Józefa, który zresztą tez był Żydem.
Józef był synem niejakiego Jakuba i miał jedenastu braci. Wszyscy byli Żydami, i w dodatku byli to jedyni Żydzi, jacy żyli na świecie.
Nie wszyscy bracia Józefa byli jego prawdziwymi braćmi. Dlaczego?
Dlatego, że ich ojciec, Jakub, miał dwie żony.

Po kolei:
Wszystko przez to, że teść Jakuba, który był także jego stryjem, zwany nie wiadomo dlaczego Labanem, trochę go oszukał, kiedy oddawał mu swoją córkę za żonę. Najpierw dał mu za żonę swoją starszą córkę Leę, chociaż umawiali się na młodszą - Rachelę - i Jakub wcale nie chciał tej starszej. Jak się okazało, młodsza córka nie mogła wyjść za mąż przed starszą, która nie miała żadnego chłopaka. Takie było prawo.
Jakub nie mógł nawet tego wyprostować, bo w całej historii połapał się dopiero dzień po ślubie. Było już za późno. Rozumiecie - defloracja. Jakub nie rozpoznał kobiety, z którą spędził noc w miłosnych uściskach.
(Nie oszukujmy się! Nie rozpoznał... Co to za tłumaczenie... Prawda jest taka, że albo Jakub nie był zakochany w młodszej córce swojego stryja, tak jak opowiadał, albo nie mógł już dłużej czekać. Wiadomo - biologia, chemia i te parszywe hormony).
Jakby tego było mało, że miał dwie żony, Jakub używał wszetecznie również niewolnic swoich żon. Robił to zresztą na ich, czyli żon, wyraźne prośby. Lea i Rachela licytowały się bowiem, która da więcej synów swojemu mężowi. W tym współzawodnictwie niewolnice liczyły się tak, jak ich właścicielki. Dlatego zostały wkręcone w tę, sami przyznacie, niezbyt mądrą rywalizację. Wygrała Lea i jej niewolnica Zilpa w stosunku 8:4.
Po tym wszystkim Jakub ciągle podobał się Bogu, który w dodatku naobiecywał mu różnych rzeczy. Mimo że Jakub miał dwie żony, miał tez ich niewolnice, oszukał swojego starszego brata Ezawa, pozbawiając go ojcowskiego błogosławieństwa, i zrobił kilka przekrętów kiedy był menadżerem w firmie swojego teścia i pasł jego stada. Zdarza się.

Do rzeczy:
Braćmi Józefa byli: Ruben, Symeon, Lewi, Juda, Issachar, Zabulon, Beniamin, Dan, Neftali, Gad i Aser. Ruben, Symeon, Lewi, Juda, Issachar, Zabulon, Beniamin, Dan, Neftali, Gad i Aser przy pierwszej nadarzającej się okazji sprzedali Józefa, którego w skrytości ducha nienawidzili, w niewolę. Józef i tak miał sporo szczęścia, bo bracia najpierw chcieli go zabić i naprawdę niewiele brakowało, a zrobiliby to. Przypadkiem trafili się kupcy medianiccy. Bracia zarobili trochę niegodziwej mamony, a Józef ocalił życie. Dwadzieścia sztuk srebra - tyle kosztował.
W taki oto sposób Józef trafił do Egiptu - jako niewolnik, sprzedany najpierw przez braci, a później przez kupców. Józef był spryciarzem i mimo tego, że zaczynał od zera jako niewolnik, po jakimś czasie został ważną figurą w Egipcie. Stało się tak dlatego, że postawił na właściwego konia, a właściwie na czternaście krów, z których siedem było tłustych a siedem chudych.
Jakiś czas później Józef ściągnął swoich braci, do których zresztą nie chował wcale a wcale urazy, do Egiptu. Józef, bracia i ich progenitura pożyli i poumierali trochę w kraju faraona, aż postanowili wracać do siebie. Było to około 1250-1230 roku przed naszą erą.
Faraon, który był takim jakby królem w Egipcie, niespecjalnie chciał wypuścić Zydów, bo w międzyczasie zostali niewolnikami i nikogo, nawet psa z kulawa nogą, nie interesowało, co mają do powiedzenia. Wkrótce jednak zrozumiał, że decyzja, żeby trzymać Żydów w kraju, nie była decyzją najlepszą. Wszystko przez jeszcze jednego Żyda. Był to Mojżesz.
Mojżesz nalegał, żeby faraon jednak wypuścił Żydów z Egiptu, bo inaczej on, czyli Mojżesz, nie będzie miał innego wyjścia i da wszystkim Egipcjanom popalić. Mojżesz doskonale wiedział, co robi, i wcale się nie bał, bo miał mocne plecy.
Bóg zrobił Egipcjanom niezły kawał, bo faraon, za Jego sprawą, długo nie pękał i nie wypuszczał Żydów, mimo, że co jakiś czas przychodził do niego Mojżesz i robił mu różne nieprzyjemności. W końcu jednak faraon nie wytrzymał, machnął na wszystko ręką i Żydzi poszli sobie do tej swojej Ziemi Obiecanej. Zanim jednak to się stało, Egipcjanie dostali niezły wycisk. Były to plagi.
Jedną z plag były egipskie ciemności. Było tak ciemno, że jeden drugiego nie widział i nikt nie mógł wstać z miejsca swego przez trzy dni. No i Peter van der Weert miał podobnie.

[s. 7-9]

Alice in Wonderland

Byle do marca... ;>

http://www.youtube.com/watch?v=LjMkNrX60mA

poniedziałek, 5 października 2009

Binder, Steve: The Star Wars Holiday Special

Kuczę, kupa. To jest cios w serce dla każdego fana SW. Film, którego nie da się, no po prostu nie da się obejrzeć. Bez sensu, bez rozsądnej fabuły, bez akcji, bez scenografii, a nawet bez dialogów, bo większośc filmu to porykiwania Wookiech.

Tutaj info: http://en.wikipedia.org/wiki/The_Star_Wars_Holiday_Special

A dla odwaznych wersja jutubowa:
http://video.google.com/videoplay?docid=323909610753051544#