czwartek, 24 czerwca 2010

Meirelles, Fernando: Blindness

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt0861689/

Oglądałem niecały miesiąc po lekturze Miasta Ślepców Saramago i się rozczarowałem. Ładnie ten film jest zrobiony, ładnie nakręcony, scenografia robi wrażenie, tak jak tylko się da jest wierny książce (wycięte są całe epizody, np. z samotną staruszką w mieszkaniu, ale to nie wpływa na całokształt), ale jest boleśnie dosłowny. Książka też jest trochę zbyt męcząca w swoim moralizatorstwie, ale to, co zostało zrobione w filmie, np. powierzenie roli narratora postaci człowieka z czarną przepaską na oku (Danny Glover), który na początek i na koniec filmu wygłasza dęte przemowy wprost podsumowujące "co macie drogie dzieci zrozumieć z tego filmu", to zupełna przesada. Szkoda.

Lipska, Ewa: Sefer

A. w telefonie: "Może wpadniesz na wódkę z Lourdes? Dostałem od pacjenta. Podobno czterdzieści procent objawień".
[s. 122]


"Wybitna poetka w nowej dla siebie roli. Pierwsza powieść Ewy Lipskiej" - mówi okładka. Jak się szybko okazało, rola nie była taka nowa - Ewa Lipska postanowiła napisać powieść metodą pisania poezji. Rysuje metafory, kojarzy je ze sobą, zestawia w ciągi i kontrasty, po czym obudowuje taką ilością niezbędnego tekstu, żeby wyszedł nie wiersz, a powieść właśnie. W efekcie powstała książka, która wymaga sporego skupienia podczas lektury - mi wielokrotnie coś umykało, czułem, że nie zrozumiałem chyba wszystkiego, musiałem wracać, czytać jeszcze raz kawałek. Ale generalnie, pomijając tę niemożność prześlizgania się po powierzchni tekstu, czytało się dobrze (choć bez rewelacji):

Kiedy zakomunikowałem ciotce, że się żenię, powiedziała: "Spiesz się przy kupowaniu ziemi, żonę wybieraj powoli... Jest w ciąży?". "Nie" - odpowiedziałem. "No więc?..."
Rozwód wzięliśmy dokładnie po roku. Byliśmy jak dwa rywalizujące ze sobą psychicznie podzespoły. Iluzja minęła równie szybko jak działanie psychodelicznego narkotyku. Mnie zaczynał już boleć świat. Miewałem coraz częściej polityczne bóle głowy. Ida żyła w świecie entuzjazmu i otaczała się niczym nie uzasadnionym aplauzem. Czasem wydawało mi się, że pracuje tylko na jednej, prawej półkuli mózgu, skłonnej do mglistych i nagłych koncepcji. "Masz za mało serotoniny - mówiła do mnie. - Serotonina, serotonina..." - powtarzała. Dziwiło mnie to, że równie sprawnie jak ja zdawała wszystkie egzaminy. Pracuje teraz w Grazu, jest szczęśliwą żoną szczęśliwego męża i ma dwoje udanych dzieci. Widujemy się czasem i wypijamy okolicznościową kawę. "Serotonina, serotonina..." - powtarza za każdym razem. Śmiejemy się z niczego. Potem wsiadam do samochodu, włączam Wariacje Goldbergerowskie i oddycham z ulgą.
[s. 17]
A najlepsze jest to, że trochę jak przy interpretacji wiersza, w interpretacji tej książki jest spora dowolność i w zasadzie nie ma złych odpowiedzi. Owszem, jest ona, jak głosi okładka, o poszukiwaniu sladów przeszłości, ale jest tez o poszukiwaniu przyszłości i o szukaniu siebie teraz. I o związkach i o byciu samemu. I o miastach i o podróżach. O wadze czasu spędzanego publicznie i wadze czasu spędzanego z bliskimi przyjaciółmi. Nawet trochę jest o kondycji ekonomicznej współczesnej Europy. Książka na egzamin z poetyki - mów co chcesz, nikt Ci nie powie, że źle interpretujesz.

Mankell, Henning: Comédia infantil

Henninga Mankella znałem jako autora szwedzkich kryminałów - przeczytałem póki co dwa: Fałszywy trop i Mężczyznę, który się śmiechał.
Przypadkiem natomiast trafiłem na jego książkę mozambicką - a że jestem też świeżo po lekturze kilku książek Mii Cuoto (Naszyjnik..., Ostatni lot..., Lunatyczna...), to postanowilem sobie porównać.
Po pierwsze, ładnie ten człowiek pisze, nie tylko kryminały. Ma dobry warsztat, jego język jest świeży, giętki, trochę podobny do tego powykręcanego języka Cuoto - to komplement, bo u autora wychowanego w europejskiej kulturze udane przyjęcie bardzo specyficznego, bardzo metaforycznego i peryfrastycznego języka odmiennej, często niezrozumiałej kultury afrykańskiej wymaga sporych umiejętności.
Po drugie, widać jednak w tej lekturze perspektywę europejską. Tam, gdzie bohaterowie Cuoto skomentowaliby zdeformowaną wojenną rzeczywistość jakimś ludowym porzekadłem, którego powiązanie z sytuacją byłoby mocno niejasne i wymagało sporego wysiłku interpretacyjnego, tam Mankell każe swoim bohaterom po prostu walnąć patetyczną przemowę, w której ocena sytuacji na skali dobra i zła jest oczywista do bólu.
Po trzecie, spoiler okładkowy mówi o historii "dziesięciolatka uznawanego za proroka i uzdrowiciela". Jak dla mnie po lekturze jest całkiem oczywiste, że Nelio żadnym cudownym dzieckiem nie był, jedynie umiał przykładać kryteria zdroworozsądkowe do chorej sytuacji, co na otoczeniu robiło wrażenie piorunujące - bo zdrowy rozsądek w magicznym Mozambiku chorującym na wojnę nie był popularny. I teraz tak się zastanawiam, czego nie zrozumiałem - bo jeśli zrozumiałem wszystko, to wydźwięk tej książki jest głęboko antyafrykański: choroba będzie trwać dopóty, dopóki trochę chłodu, opanowania, logicznego myślenia i rozumowania rodem z Europy nie wróci na tamten kontynent.
Chyba musiałem coś źle zrozumieć, tylko co?
No chyba, że w ogóle nadinterpretuję, i to ma być tylko poruszająca historia o losie dzieci w kraju ogarniętym permanentną wojną. To jako taka książka jest ok, poruszająca i w ogóle.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Karpowicz, Ignacy: Niehalo

Pamiętam, kiedyś na proseminarium moja promotorka o niezwykle wysokiej kulturze literackiej, z metr pięćdziesiąt, niezwykłej głębi spojrzenia: Do literatury  - mówiła - trzeba mieć oko. Nie dodała, że chyba tylko po to, żeby nie czytać grubych książek, więc ona postanowiła tamtego dnia obrzydzić nam Duklę Stasiuka, bo za to akurat jej płacą.
I powiedziała: Bo Dukla Andrzeja Stasiuka, to jest, kochanieńcy, historia kosmicznego anestezjologa, który uśpił czas tak, że czas płynie, ale jednocześnie, moi kochanieńcy, nie wie, że płynie, więc jakoś tak jakby stoi w miejscu, trwa i się rozpruwa, rwie i zszywa się, ceruje.
Niezłe, nie?
Ciekaw jestem, czy sama to wymyśliła, czy zerżnęła od jakiegoś prawdziwego profesora z prawdziwego uniwersytetu? A może jej wypowiedź należy odbierać w kategoriach autobiograficznych? Przecież ten bełkot włókienniczy musiała wyssać razem z przędzą matki z zakładów pasmanteryjnych Pasmanta-Białystok.
Nikt jej nie uwierzył. Kilka osób zaśmiało się cicho. Dotąd odbierała teksty za pomoca skóry i opracowań, żadnych udziwnień, zero zdań wielokrotnie złożonych.
Do tych śmiechów dołączyły śmiechy koleżanek polonistek.
Śmieją się one, bo trochę mądrzejsi koledzy zaczęli się śmiać. Bo one chcą spodobać się trochę mądrzejszym kolegom. Chcą szybciutko zostać zapłodnione i zaobrączkowane. Tylko dlatego.
- Dlaczego Gosiu się śmiejesz? - zapytała promotorka.
- Nie wiem, pani profesor - odparła Gosia, dwumetrowa, wielkocyca, rumiana dziewka z jakiejś wsi popod Białymstokiem.
Jak nie wiesz, mam ochotę ją zapytać, to po chuj szczerzysz ubytki w uzębieniu?
Jak w horrorach idei Zanussiego. Statyczna kamera i temat główny nieobecny, chociaż w duchu ekumenicznym.
[s. 41-42]

Zachwyt Dunina-Wąsowicza z okładki podzielam częściowo, a częściowo wręcz przeciwnie. Wręcz przeciwnie w tym znaczeniu, że tak jak Dunin ocenia lepiej drugą część książki, tę hiperrealistyczną, tak ja wolę pierwszą, tę, którą on ocenia jako "kolejną nazbyt realistyczną książkę o absolwentach, którzy nie mogą sobie znaleźć miejsca na okrutnym rynku pracy". Bo wcale nie nazbyt realistyczna, w wielu miejscach dosadna, ale wciąż jakoś niedomówiona, ja miałem często wrażenie aluzyjności - że ja wiem o co w tym wkurwieniu chodzi, choć wprost nie zostało to ujęte, i wcale nie tylko, a nawet nie przede wszystkim o rynku pracy. Za to w drugiej części, choć doceniam koncept, który się odsłania na ostatnich stronach, to jednak jak dla mnie za dużo było ostrej jazdy bez trzymanki. Na tyle za dużo, że np. motywu jaja nie złapałem zupełnie. O co cho, nie wiem.
Generalnie jednak książka niedługa, a bardzo smakowita, co więcej, jest to - po Gestach - druga już książka Karpowicza, którą przeczytałem, druga, która mi się podoba, więc przygodę z tym panem będę sam kontynuował i każdemu polecał.

czwartek, 17 czerwca 2010

Klejnocki, Jarosław: Jak nie zostałem menelem (próba autobiografii antyintelektualnej)

Pawełek. Wołaliśmy na niego "Krycha", od nazwiska - jak zwykle. Powinienem mu zbudować pomniczek, małą kapliczkę tymi moimi narracyjkami. Bo też, nie zdając sobie oczywiście sprawy, poszukiwałem rozpaczliwie autorytetu, niczym kultura w dobie postmodernizmu. I oto znalazłem właśnie ten autorytet w osobie zawsze pewnego siebie Pawełka. Spędzałem z nim wszystkie popołudnia, poranki, wieczory. To on, niemal jak Wergiliusz Dantego, prowadził mnie labiryntem miejskich przejść, przez czeluści. Jak Wittgenstein wprowadzał w meandry języka. I raczył gawędami, pouczał. Przeszliśmy razem tyle ścieżek, straciliśmy uroczo tyle godzin. Nocowaliśmy w namiotach oraz przepełnionych schroniskach, zwierzaliśmy sobie tajemnice i sekrety. Wreszcie - nie wiadomo czemu - wszystko pękło i zwyczajnie rozeszliśmy się, choć żaden z nas tego nie zakładał ani nie planował. Siedzi sobie Pawełek, jako dyplomata, u podnóża praskiego Hradu, a ja w Warszawie u podnóża wiślanej skarpy. Nawet nie wymieniamy kartek na święta. Nieuchronne wybory dorosłości. Takiż to świat. Niedobry świat. Czemu innego nie ma świata?
[s. 105]

Fajna książka, fajnie opowiedziana, fajnie napisana, fajnie się ją czyta, są fajne kawałki o fajnych ludziach i fajne historie w środku. Ale niestety: w tym przypadku 'fajne' oznacza 'tylko fajne'. Nawiązanie do Stasiuka jest czytelne, ale poza tytułowym nawiązaniem to trzeba uczciwie powiedzieć, że nie staje ta książka ze Stasiukowym Jak zostałem pisarzem do równej walki. Nie dorasta na żadnym poziomie. Poza może jednym, dla którego warto przeczytać: ilość literackich odniesień jest porażająca i są one wplecione bardzo zgrabnie. Ja się przy takich fragmentach jak powyższy po prostu wzruszam i czuję polonistyczną więź z autorem.

środa, 16 czerwca 2010

Potocki, Jan: Rękopis znaleziony w Saragossie

Ricardi, najmłodszy syn znakomitej genueńskiej rodziny, popierany przez wuja swego, ktory był generałem jezuitów, wcześnie wstąpił do zakonu i niebawem został prałatem. Ujmująca postać i fioletowe pończochy szczególne wówczas wywierały wrażenie na wszystkich kobietach rzymskich. Ricardi nie omieszkał korzystać ze swych powabów i postępując za przykładem konfratrów, tak dalece nadużył światowych uciech, że w trzydziestym roku życia wszystkie go znudziły i zamierzył zająć się poważniejszymi sprawami.
Nie myślał oczywiście wyrzec się zupełnie kobiet, wszelako zapragnął nawiązac trwalsze i spokojniejsze stosunki. Nie wiedział jednak, jak sobie począć. Przez jakiś czas był cavaliere servente najpiękniejszych pań rzymskich, ale piękne panie zaczęły go dla młodszych prałatów opuszczać, zresztą znudziły go już te ciągłe nadskakiwania, zmuszające do nieustannych kręceń się i biegań. Utrzymanki też go nie mogły zadowolić; nie biorą one udziału w życiu towarzyskim, więc nie wiadomo, o czym z nimi mówić.
Pośród tych niepewności Ricardi powziął zamiar, który przed nim i po nim niejednemu już przychodził na myśl. Postanowił wynaleźć małą dziewczynkę i wychować ją na swój sposób, ażeby go mogła potem uczynić szczęśliwym. W istocie, cóż można porównać z rozkoszą codziennego spoglądania na młodą istotę, której wdzięki umysłu rozwijają się razem z powabami ciała. Jakież szczęście pokazywać jej samemu świat, towarzystwo, zachwycać się jej spostrzeżeniami, śledzić pierwsze błyski uczucia, wpajać w nią swoje przekonania, jednym słowem, utworzyć z niej istotę całkowicie sobie oddaną.
[s. 391-392]

Niezwykle inspirujący fragment Historii Monsignora Ricardi o Laury Corelli, zwanej margrabiną Paduli, ktora jest fragmentem Historii margrabiego Torres Rovellas. Swoją drogą w 1/3 lektury zacząłem żałować, że nie robiłem notatek, bo mi się kompletnie pomyliły te wszystkie historie i opowieści, dzięki czemu mogę w podsumowaniu jedynie stwierdzić, że pięknie napisana książka ale kompletnie bez sensu. Przez pomyłkę wypożyczyłem sobie najpierw tylko pierwszy tom, i jak skończyłem, to myślałem, że tak fajnie, po montypajtonowsku bez sensu. Ale jak doczytałem drugi tom to zmieniłem zdanie - po prostu, tak nijak, bez sensu. Co nie zmienia faktu, że czyta się miło.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Scott, Ridley: Robin Hood

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Robin+Hood-2010-430661
Recenzja Mossakowskiego z GW, pochwalna: http://film.gazeta.pl/film/1,22535,7875966,Robin_Hood______.html
Recenzja Sendeckiego z Przekroju, krytyczna i spoilująca: http://przekroj.pl/kultura_film_artykul,6809,0.html


Nooo więc tak... Mi się podobało, ale nie bardzo ;>

Ładnie zrobiony. Scenografia, batalistyczny rozmach, gra aktorska - są na poziomie, których spodziewałem się po kosztownej hollywoodzkiej produkcji rozrywkowej. Z naciskiem na rozrywkowej.
Pomysł na historię można krytykować, ale można też docenić. Mi ten film, nawiązuję do recenzji p. Sendeckiego, żadnej legendy z dzieciństwa nie zabija; nawet się z nią ładnie łączy. 

Z drugiej jednak strony, kilka razy podczas seansu mi coś niemiło zazgrzytało.
Po pierwsze miałem wrażenie, że została przekroczona granica pomiędzy inspiracją innymi filmami a kserówką.
Pewne sceny w takich produkcjach są typowe i ich obecność jest całkiem naturalna. Porywająca przemowa głównego bohatera to motyw stały przynajmniej od Braveheart[1]. Użycie matrycy z Gladiatora, choć jest rochę pójściem na łatwiznę, też nie dziwi, biorąc pod uwagę duet aktorsko-reżyserski. Ale już przerysowanie części scen batalistycznych z 300 jest niemiłym zaskoczeniem.

Po drugie, cały motyw ojca - pierwszego demokraty (a może i utopijnego komunisty) - na ziemi angielskiej, jest kompletnie z dupy. Nie jest niezbędny do wyjaśnienia motywacji bohatera, a tylko rozprasza i bawi tam, gdzie miało chyba być poważnie.

Po trzecie - leśne dzieci. Co to w ogóle za bzdura jest? Kolejny rozpraszacz.

Po czwarte - dowcipy. No, ok, wywołują czasami uśmiech, ale generalnie umówmy się, żart fonetyczny good night - good knight jest trochę żenujący.

No więc tak się oglądało miło, nie ma co narzekać, ale w paru miejscach wyłaził koncepcyjny paździerz spod efektownego lakieru.



[1] Pewnie i wcześniej, ale c'mon, w 1995 miałem 12 lat, wcześniej nie kojarzę ;>

sobota, 5 czerwca 2010

Dehnel, Jacek: Rynek w Smyrnie

Nigdy nie lubiłem Jacka Dehnela. Zaocznie. Bo tylko trzy lata starszy ode mnie, a kiedy był w moim wieku to już był znany i poważany, a ja cały czas nic, i nicpoń i ladaco. Ale lata mijają, sam po sobie się spodziewam coraz mniej, więc i sukcesy innych mniej mnie bolą. I taki np. Dehnel, Jacek, rocznik 1980, okazuje się nie tylko dobrym, ale wręcz rewelacyjnie dobrym prozaikiem[1], a ja okazuję się idiotą, że po niego wcześniej nie sięgnąłem. Chociaż chyba sięgnąłem w trakcie studiów po Lalę, ale przeczytałem bez uwagi, nie pamiętam i będę musiał powtórzyć. Patrząc na Stromboli z tego tomiku, to jedno z najładniejszych (w taki smutny, wzruszający sposób) opowiadań, jakie w życiu czytałem. Słowem go nawet nie zacytuję, żeby każdy sięgnął i przekonał się sam. Ale z kolejnego, też zgrabnego, tytułowego Rynku w Smyrnie dowcipny cytacik:
Taak - pomyślała śmierć, pchając chromowany wózek z dzbankami do kawy, mlecznikami i cukiernicami - tak.

Śmierć bowiem ma w zwyczaju potakiwanie. Oto jej jedyne zajęcie - zgoda. Wciela się więc to w tego, to w tamtą, kiedy ich rozum śpi, a ciało oddane jest na hulankę przypadkowym mocom, i udając umiejętnie kelnerkę czy oracza, spokojnie przygląda się obrotom świata, by za chwilę przytaknąć odwiecznym wyrokom i zniknąć.
[s. 61]


Było to ze cztery, może pięć dni temu - myśli śmierć, płynąca przez Rio San Polo z twarzą, kapeluszem i dłońmi gondoliera, który zamyślił się na chwilę. - Tak. Pięć dni temu.

Widziała ich we czworo jak idą do Santa Maria del Frari - prowadziła ich Konstancja, stawiając duże kroki, stukając obcasikami wysoko sznurowanych butów, smukła i wyprostowana, jakby ją ktoś wpierw wtłoczył w gorset z plecionych rzemieni i stalowych klamerek, a potem jeszcze nakręcił małym kluczykiem i puścił w ruch po mostkach i brukach.

Za nią szedł on, pochylając lekko głowę albo wpatrując się w twarze mijanych przechodniów. Ooo, śmierć znała tę słabość, znała to zabawne przekonanie, że w zmarszczkach dookoła oczu, w cierpkich liniach ust i obwisłych fałdach policzków, w lukach rzęs i krzaczastości brwi odnaleźć można prawdziwe oblicze ludzi - zagrzebany w tkankach negatyw duszy. Stąd też - o czym śmierć już naturalnie wiedziała - zwykł mierzyć przechodniów wzrokiem tak badawczym, że prawie nieuprzejmym, aż obracali się, usiłując sobie przypomnieć, czy może skądś znają tego pucołowatego, ogorzałego od południowego słońca faceta w jasnym garniturze. I dlatego właśnie śmierć minęła go, patrząc mu bezczelnie prosto w oczy, a on pomyślał, oho, kobieta pod czterdziestkę, nieudane małżeństwo, wolne związki, żadnych dzieci, w pracy nieźle, ale bez rewelacji, przepada za kobiecymi pismami. A to - w ciele Angeli Simonetti, trzydziestodwuletniej (samotna lektura kobiecych pism, samotne picie i samotne palenie postarzają), zamyślonej nad jakąś błahostką - spacerowała śmierć, wieczna i bez nałogów.

Taaak - pomyślała śmierć, patrząc orzechowymi, nieco już przygaszonymi oczami Angeli Simonetti - o, tak.
[s. 65-66]

[1] Podkreślam, że prozaik, bo jeszcze podobno poeta i tłumacz, ale na tych polach go nie znam.

piątek, 4 czerwca 2010

Tokarczuk, Olga: Prowadź swój pług przez kości umarłych

I tak Boros rozgościł się u mnie na dobrych kilka dni. Codziennie wieczorem zapowiadał, że następnego dnia przyjadą po niego jego studenci czy wolontariusze Akcji Przeciwko L.P. [Lasom Państwowym - ww], ale codziennie okazywało się, że popsuł im się samochód, że musieli pojechać gdzieś w ważnej sprawie, że po drodze zostali w Warszawie, a raz nawet, że zgubili torbę z dokumentami. I tak dalej. Zaczęłam się już bać, że Boros zalęgnie się w moim domu jak larwa Zgniotka w kłodzie świerka i tylko Lasy Państwowe będa go w stanie stąd wykurzyć. Choć widziałam, że starał się nie być kłopotliwy, a nawet był pomocny. Na przykład bardzo dokładnie i z poświęceniem posprzątał łazienkę. [...]

Obecność Borosa przypomniała mi, jak to jest, kiedy się z kimś mieszka. I jak bardzo jest to krępujące. Jak bardzo wytrąca z własnych myśli i rozprasza. Jak drugi Człowiek zaczyna drażnić nawet nie tym, że robi coś denerwującego, lecz tylko tym, że po prostu jest. I kiedy wychodził rankiem do lasu, błogosławiłam moją piękną samotność. Jak to możliwe, myślałam, że ludzie żyją dziesiatki lat razem na niedużej przestrzeni. Że śpią w jednym łóżku, chuchając na siebie i trącając się niechcąco przez sen. Nie mówię, że i mnie się to nie zdarzyło. Przez jakiś czas sypiałam z jednym Katolikiem w tym samym łóżku i nie wyszło z tego nic dobrego.

[s. 188-189]

Boros nucił i kołysał się na krześle, słowa piosenki powtarzały się bez końca, cały czas te same. Inne nie nadchodziły.
- Dlaczego niektórzy ludzie są źli i wredni? - zapytał retorycznie Boros.
- Saturn - powiedziałam. - Tradycyjna starożytna Astrologia Ptolomeusza mówi, że to Saturn. Że w swoich nieharmonijnych aspektach ma on moc tworzenia ludzi małodusznych, podłych, samotnych i placzliwych. Są złośliwi, tchórzliwi, bezwstydni, posępni, snują wieczne intrygi i maja podły język, nie dbają o swoje ciało. Wiecznie chcą więcej, niż mają, i nic im się nie podoba. Czy o takich ci chodzi?
- Może to być wynik błędów w wychowaniu - dodał Matoga, wymawiając każde slowo powoli i dokładnie, jakby się bał, że za chwilę język zrobi mu psikusa i powie coś zupełnie innego. Kiedy udało mu się wypowiedzieć to jedno zdanie, odważył się na drugie:
- Albo walki klasowej.
- Albo źle przeprowadzonego treningu czystości - dodał Boros, a ja powiedziałam:
- Toksyczna matka.
- Autorytarny ojciec.
- Molestowanie seksualne w dzieciństwie.
- Niekarmienie piersią.
- Telewizja.
- Brak litu i magnezu w diecie.
- Giełda - krzyknął rozentuzjazmowany niebywale Matoga, ale według mnie przesadził.
- Nie, daj spokój - powiedziałam. - W jaki sposób?
Więc się poprawił:
- Szok pourazowy.
- Konstrukcja psychofizyczna.
Przerzucaliśmy się tymi ponysłami, aż ich zabrakło, co nas bardzo rozśmieszyło.
- Jednak Saturn - powiedziałam, umierając ze śmiechu.
[s. 197-198]

Boros wyjechał. Odwiozłam go na stację w mieście. Jego studenci nie przyjechali, bo ostatecznie tym ekologom zupełnie popsuł się samochód. Może w ogóle nie było żadnych studentów. Może Boros miał tu do załatwienia jakieś inne sprawy, nie tylko sprawy Zgniotka Szkarłatnego.
Przez kilka dni bardzo mi go brakowało - jego kosmetyków w łazience i nawet jego kubków po herbacie porozstawianych po całym domu. Dzwonił codziennie. Potem trochę rzadziej, co drugi dzień, powiedzmy. Jego głos brzmiał, jakby mieszkał w innym wymiarze, w jakichś zaświatach na północy kraju, gdzie drzewa maja tysiące lat a wielkie Zwierzęta poruszają się między nimi w zwolnionym tempie, poza czasem. Przyglądałam się ze spokojem, jak obraz Borosa Sznajdera, entomologa i tafonoma, blaknie i rozwiewa się, zostaje z niego tylko siwy warkoczyk, wiszący w powietrzu, absurdalny. Wszystko przeminie. Mądry Człowiek wie o tym od samego poczatku i niczego nie żałuje.
[s. 210]

Ironiczne, że z całej książki, która jest o wielu rzeczach, ale najbardziej to o samotności, najlepsze sa fragmenty o byciu z drugą osobą.
W związku z tym niestety, muszę powiedzieć, że jakkolwiek książka nie jest zła, to do poprzedniej - i do wielu jeszcze poprzednich - się nie umywa.

środa, 2 czerwca 2010

Saramago, José: Miasto Ślepców

Gdzie jesteśmy, spytał pierwszy ślepiec, a żona lekarza dokładnie opisała mu miejsce, gdzie się znajdowali, Tutaj straciłem wzrok, stałem na światłach, Tak, zgadza się, to chyba jest to skrzyżowanie, Nie do wiary, szepnął, Wolę nie przypominać sobie, co przeżyłem zamknięty w samochodzie, kiedy ludzie tłukli pięściami w okna, a ja nie mogłem nic zrobić, tylko krzyczałem, że jestem ślepy, a potem pojawił się ten złodziej, który odwiózł mnie do domu, Biedny człowiek, westchnęła żona pierwszego ślepca, Już nigdy nie ukradnie samochodu, Tak bardzo boimy się śmierci, że nawet usprawiedliwiamy zmarłych, powiedziała żona lekarza, To tak, jakbyśmy prosili o wybaczenie, zanim przyjdzie nasza kolej, a ja wciąż mam wrażenie, że śnię, westchnęła żona pierwszego ślepca, Śnię, że oślepłam [...]
[s. 235]


Trochę w temacie ostatnich wydarzeń w naszym kraju trafił mi się ten fragment.
A poza tym to nie wiem. Zwlekałem ponad tydzień z wrzuceniem tego cytatu, bo myślałem, że coś mi przyjdzie rozsądnego do głowy w temacie tej książki. Ale nie przyszło. Przyznaję, jest jak zwykle dobrze napisana, jest ciekawa, jest oryginalna, i na poziomie historii i na poziomie języka, ale poza tymi wszystkimi komplementami - to mnie znużyła. Siostra mi pomogła sprecyzować ten problem. Chodzi o to, że Saramago wszędzie pisze tak samo albo prawie tak samo. Czytasz jego piątą, siódmą książkę i owszem, historia jest niezła, ale co chwila masz wrażenie, że to już było, że dałoby się to opisać znacznie szybciej, bez takiej językowej rozwiązłości i dygresyjności, która w jego tekstach jest niezwykle powtarzalna. I w końcu po całej lekturze nie zostaje nic, poza możliwością mruknięcia pod nosem: "aha, no tak". Więc na tym tekście chyba przygodę z autorem zakończę. I wszystkim raczej polecę te książki, które przeczytałem wcześniej.