poniedziałek, 31 marca 2014

Wes Anderson: Grand Budapest Hotel

Właśnie się zorientowałem, że nie napisałem ani słowa o obejrzanym już dawno temu Moonrise Kingdom. A plan był taki, że nawiążę: podobało mi się tak, jak Moonrise Kingdom.

Czarny humor (Karlo twierdzi, że czasem zbyt drastyczny - zwraca uwagę np. na przesadnie długie zbliżenia obciętych palców; ja się nie spieram, mi to po prostu nie przeszkadza), sporo absurdu, piękna scenografia, dopasowana muzyka. Bombeczka.

Nie łapię tylko "dodanych" scen otwarcia i zamknięcia, tej szkatułkowej konstrukcji, która niczemu w filmie nie służy i może być czytelna jedynie dla - jeśli w ogóle - miłośników prozy Stefana Zweiga.

Przyznaję, że dość mocno działa na mnie także finał historii Gustava H. - półtoragodzinny festiwal humoru zgaszony jednym zdaniem pojedynczym.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt2278388/

sobota, 15 marca 2014

Pablopavo i Ludziki, Fabryka Trzciny, 28.02.2014

Koncert, który przywrócił moją wiarę w płytę Polor. Pokazał, że na koncercie da się zagrać te kawałki w sposób bardziej poruszający niż po prostu na smutno.

Doskonale zresztą, jak się okazuje, można przepleść nowe ze starym i zrobić koncert ze wszystkich 3 płyt, nadal pełen energii, nawet jeśli chwilowo niewesoły.

Natomiast to, co zrobił akustyk z nagłośnieniem wokali, powinno być karane jakimiś robotami publicznymi.


Jerzy Pilch: Dziennik oraz Drugi dziennik

na boga wykrzyknik
Lektura już dawno zakończona - dzięki, Bako! - ale jakoś nie mogłem się zebrać. Z powodu niespójności doznań. Zachwyt po części pierwszej, rozczarowanie po drugiej.

Pierwsza jest nieomal idealnym wstępem (jakościowo) do zachwycającej powieści Wiele demonów. Jakby obie książki były pisane na tej samej fali wznoszącej. Są niedoścignione i dopracowane językowo (choć, mówiąc ściśle, szarżowanie sensem ścisłym jest dokonywane przesadnie, w sensie ścisłym), są umieszczone w sam raz na pograniczu między zaproszeniem do intelektualnej dysputy a nieco onieśmielającą erudycją.

Wreszcie, Dziennik jest (bywa) mądry mądrością człowieka doświadczonego, ale nie narzucającego się ze swoim doświadczeniem i nie próbującego go uniwersalizować. Przyjemnie się czyta, gdy ktoś mówi do mnie: ja - i na tym poprzestaje, nie dopowiada zaraz: ty, wszyscy, zawsze.

10 sierpnia 2010
Kończę pięćdziesiąt osiem lat. Kiedyż spoważnieję? Kiedyż będę godzien zaufania? Świętej pamięci ojciec miał sezonowe frazy, którymi zamęczał. Często były to cytaty z Pisma albo z doktora Faustusa, niekiedy przysłowia wzięte z języków obcych, których pilnie się uczył; być może niektóre porzekadła sam wymyślał. Sezony Starego - nie ma co ukrywać - wymagały, jak zresztą praktycznie wszystko, co czynił, pewnej cierpliwości. Delikatnie mówiąc.
Niektóre były jednak fajne. Jeden z najlepszych był wtedy, gdy chodził po domu i maniakalnie powtarzał: "Ktokolwiek nazwie mnie poważnym człowiekiem, natychmiast strzelę go w mordę! Ktokolwiek nazwie mnie poważnym człowiekiem, natychmiast strzelę go w mordę!". Łaził tak, przyglądał się nam czujnie, powtarzał po raz setny - nikt nie reagował. Zazwyczaj nikt nie reagował, tym razem jednak niereagowanie zdało się nam, by tak rzec, prostsze. Ktokolwiek nazwie mnie poważnym człowiekiem, natychmiast strzelę go w mordę! Tyle. Żadnego tralala. Nawet z okazji urodzin. Nie tralala, a koniec.
[s. 167-168]


Dziennik drugi to natomiast powolne pogrążanie się w bełkotliwości i chaosie. Powrót do wydmuszek pokroju Miasta utrapienia, choć jeszcze nic aż tak złego. Co dalej? Co dalej?


---

O jednym drobiazgu chyba przy Wielu demonach nie wspomniałem: o wykrzyknikach. Wydawnictwo Wielka litera dokonało małego, typograficznego cudu, którego nigdy bym się nie spodziewał. Zachwyciło mnie wykrzyknikiem; wykrzyknikiem zadziornym, zaczepnym, nieco agresywnym - ale nieco też wygiętym, wykrzyknikiem romansującym korespondencyjnie z pytajnikiem. Wykrzyknikiem, który dodawał smaczku niektórym stronom Demonów i Dziennika.
Nie muszę chyba wspominać, że wraz z powrotem w Dzienniku drugim do WL i ta drobna przyjemność lekturowa przepadła?