wtorek, 29 grudnia 2015

Filip Springer: 13 pięter

Mnie w zasadzie nie trzeba było przekonywać, że stwierdzenie "każdy dorosły człowiek musi mieć własne mieszkanie, a wzięcie kredytu na pół życia jest naturalną i najlepszą drogą do realizacji tego celu" to jedno z największych oszustwa jakie daliśmy sobie (my: zarówno jako społeczeństwo jak i jako indywidualni ludzie) wmówić. Sam spłacam kredyt, co prawda tylko 15-letni, ale kolejne 15 lat zostało mi oszczędzone tylko dzięki pomocy rodziców. I zastanawiam się, mimo głębokiej wdzięczności do nich i mimo poczucia, że mam luksusową sytuację, czy na pewno nie mogłoby być lepiej. Rozsądniej. Pewniej.

Filip Springer rozprawia się z tym oszustwem kompleksowo. Zahacza przy okazji o tematy pozornie niezwiązane (rynek wynajmu, kontenery dla bezdomnych), ale dzięki temu uzyskuje pełen obraz tej grozy, która się dookoła sytuacji mieszkaniowej w Polsce rozgrywa. Zaczyna od wątku historycznego, za co jestem mu osobiście wdzięczny, bo jego akurat nie znałem. "Paryż północy", owszem, też taką miałem wizję przedwojennej Warszawy. Pocztówkową, filmową.

Najbardziej frustrujące dla mnie są rozdziały o TBSach, zwłaszcza w zestawieniu z wątkiem historycznym. One pokazują, że od 100 lat nikt tutaj nie jest w stanie sięgnąć po działające i sprawdzone rozwiązania! A jeśli ktoś nawet spróbuje je wdrożyć, zaraz okazuje się, że dookoła biznesu mieszkaniowego kręci się zbyt grube lody, aby można było tak sobie po prostu myśleć o potrzebach ludzi.

Są tacy, którzy by chcieli, ale póki co oscylują w okolicach 3% społecznego poparcia. Może za 4 lata. A przez ten czas dobudujemy sobie jeszcze kilka pięter do tego ogólnonarodowego Czarnego Kota.


PS: Jakoś tak w miarę w tym samym czasie kiedy czytałem książkę, byłem na wystawie Spór o odbudowę, w ramach festiwalu Warszawa w budowie 7. Część wątków się powtarzała, dochodziły też nowe. Ogólnie wystawa znakomita, ale oczywiście zanim się zebrałem do pisania to się już dawno skończyła. Bhawo ja.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rzym

W końcu udało nam się skreślić pozycję nr 1 z listy planowanych wycieczek - Rzym. Pojechaliśmy w 4 grudnia, w piątek, wróciliśmy w poniedziałek. Trochę było obaw czy zdążymy ze wszystkim, ale czasowo wypadło w sam raz.

Przede wszystkim - drugi raz byliśmy we Włoszech na początku grudnia i drugi raz pogoda była cudowną odskocznią od polskiej zimy. 14-15 stopni, przewaga słońca, bez deszczu. Luksus.

Poza tym - Rzym to jest jakieś drogowe szaleństwo. Mokry sen wszystkich kierowców-anarchistów. Jeżdżą jak chcą, parkują wszędzie. Nie ma takiego miejsca - pasy, chodnik, skrzyżowanie - które nie nadawałoby się na parking. Nie zwalniają aby przepuścić pieszych na pasach, Co najwyżej w ostatniej chwili hamują. Wieczne miasto jest też wiecznie zakorkowanym miastem. Groza.

Dodatkowo - przejechaliśmy przez przedmieścia: są na poziomie przedmieść Radomia. Urbanistyczny chaos, reklamowy bajzel, brzydko, brudno, nijako.

Wszystko to powiedziawszy, mogę dotrzeć do najważniejszej części wspominek z wycieczki: Rzym jest super. Jego centralna część jest bardzo ładna, idealna do spacerów. Budynki albo piękne, albo imponująco wiekowe, albo jedno i drugie; zieleń, parki, place - wszystko to, co turystom-łazikom zapewnia szczęście. Knajpy są przyjazne i karmią dobrze, rzemieślnicze piwa na wysokim poziomie są łatwe do znalezienia, ludzie się uśmiechają. Można zaginąć na długie tygodnie w przepastnych muzeach, ale można tez po prostu iść na spacer i np. wchodzić do kościołów, są na każdym rogu, a w każdym jest albo jakaś wyjątkowa rzeźba albo cała kaplica, albo przynajmniej kilka godnych uwagi obrazów.

Jeśli ktoś szuka miasta na przedłużony weekend, Rzym jest znakomitym celem.

Trochę foteczek po kliknięciu.

https://picasaweb.google.com/witold.woicki/Rzym47122015


PS: W ramach przygotowań do wycieczki przeczytałem Anioły i demony Dana Browna. Bardzo eleganckie czytadło.

niedziela, 27 grudnia 2015

Michał Olszewski: Najlepsze buty na świecie

Nie czytałem chyba żadnego z reportaży Olszewskiego zebranych w tej książce. A przynajmniej nie pamiętam. Możliwe, że drukowane pojedynczo w gazetach miały mniejszą siłę rażenia, ale zebrane w tomie - są druzgocące.

Olszewski nie podejmuje tematów lekkich ani przyjemnych. Zwykle pisze o rzeczach trudnych - o niesprawiedliwości, o krzywdzie, o biedzie, o błędach systemu. Nawet jeśli jest w tekście bohater pozytywny, to zwykle jest on w tarapatach. Ponad 250 stron takiego przekazu skutecznie leczy z jakiegokolwiek optymizmu na dłuższy czas.

Nie oznacza to, że nie warto sięgnąć po ten zbiór - teksty są doskonale napisane. Co najwyżej, warto sobie rozłożyć lekturę na raty. Przeplatać np. z Muminkami. Nie czytać ponurą jesienią.

Ale czytać.

Niektóre z tekstów zapewne przynajmniej w części się już zdezaktualizowały, najwcześniejsze są z 2003. Do innych jest dopisane postscriptum. Ale nie mam żadnych wątpliwości, że niektóre sygnalizowane dekadę temu problemy do dziś są żywe. O czym warto, mieszkając w sytej Warszawie, pamiętać.



PS: To kolejny z prezentów ślubnych, dzięki!

sobota, 26 grudnia 2015

Szczepan Twardoch: Morfina

Ojezu, ale się zmęczyłem.

Pojechaliśmy z kolegami w 2010 i 2012 roku do Amsterdamu na kilka dni. No wiadomo, hulaj dusza, piekła nie ma. Było ekstra, łażenie, zwiedzanie, przygody; ale za każdym razem po 3 dniach czułem się fizycznie zmęczony. Że ja już nie mogę, że nawet jak po prostu spacerujemy, to ja i tak jestem taki jakiś lekko przytłoczony oparami zabawy. Że to zmęczenie nie chce przejść.

Podobnie było przy tej książce - nie chodzi o opisy narkotycznych sesji, tylko o to, że nawet pomiędzy nimi Konstanty nie odzyskuje przytomności umysłu. Że jego motywacje, ścieżki rozumowania, a w efekcie - decyzje, że wszystko to jest nieustannie, czy jest trzeźwy czy nie, spowite w narkotyczno-alkoholowej mgle.

Historia dziejąca się w tle jest fascynująca i wciagająca i nie pozwala odpuścić w trakcie - chociaż naprawdę chciałem, chciałem już odłożyć książkę i przetrzeźwieć nieco, i wreszcie odpocząć.

Znaczy to chyba, że należałoby pogratulować autorowi znakomitej powieści.


PS: To kolejny z prezentów ślubnych, dzięki!

poniedziałek, 2 listopada 2015

Patrick Modiano: Ulica ciemnych sklepików

Krótki tekst - w polskim wydaniu niecałe 170 stron - jak się człowiek postara, to można na raz łyknąć. Tym łatwiejsze zadanie, że historia wciąga. Pojedyncze tropy, niewyraźne ślady, niepewne podpowiedzi z pudełek po czekoladkach i cygarach, strzępy rozmów - stopniowo składają się w większe fragmenty. Czy złożą się w całość? Pędziłem przez kolejne strony, aby się dowiedzieć.

Niepokojąca atmosfera tekstu - nerwowość rozmówców bohatera, niedopowiedzenia, powracające wspomnienia - ale bardziej wrażenia, obrazy aniżeli konkrety - wszystko to współgra z zakończeniem książki.

Guy Roland (żeby nie spoilować) szuka odpowiedzi, ja szukam odpowiedzi. Czy w ogóle da się ją znaleźć?

PS: To jeden z prezentów ślubnych. Dziękujemy!

Marek Hłasko: Wilk

Lektura Wilka to potężny cios dla mnie, jako miłośnika twórczości Hłaski, niebędącego jednocześnie specjalistą od literatury. Cios porównywalny z lekturą Kronosa Gombrowicza, porównywalny z zajrzeniem za kulisy fenomenalnego spektaklu: to odarcie dzieła sztuki z całej otoczki czegoś niezwykłego, nawet magicznego.


Prawdopodobnie odnaleziona po dekadach debiutancka powieść to nie lada gratka dla literaturoznawców. Prawdopodobnie wprawne oko zauważy tutaj - cytuję notkę z okładki - "eksplozję talentu osiemnastolatka". Możliwe, że profesjonalni czytelnicy tym odkryciem się cieszą. Ja niestety widzę tylko biedną, naiwną, niezdarnie napisaną, słabą językowo opowiastkę. Już dwa lata później pisany Pierwszy krok w chmurach czytałem z przyjemnością, a kolejne książki robiły tylko coraz większe wrażenie. Wilk chwieje wszystkimi tymi wspomnieniami - czy naprawdę Hłasko pisał tak słabo?

Prawdopodobnie to cudowne odnalezienie tekstu, które dla fachowców jest gratką, dla mnie jest źródłem całego problemu. Gdybym przeczytał książki w kolejności ich powstawania, progres pisarskich umiejętności byłby widoczny, obraz spójny. Ale teraz - to zakłócenie w odbiorze, błąd systemu. Teraz chyba muszę wrócić do lektury późniejszych tekstów, aby zatrzeć nieprzyjemne wrażenie. I może to jest największy pożytek z tej książki - zmusza do wrócenia do "dojrzałego" Hłaski.

niedziela, 11 października 2015

Życie to jednak strata jest. Andrzej Stasiuk w rozmowach z Dorotą Wodecką.

Mądrego to i miło posłuchać:
[o żonie - ww]
Skąd pan wiedział, że ona jest tą właśnie?
Tego się nigdy nie wie. To się okazuje. [...]
[s. 9]

I w zasadzie od 9. strony byłem kupiony. Nie czytałem wszystkich tych wywiadów w GW, a te, które czytałem, zdążyłem już zapomnieć. Więc przyjemność lektury nie była zepsuta przez wrażenie powtórki. Ale nawet gdyby - to nie jest w końcu tak, że Andrzej Stasiuk zsyła na czytelnika jakąś iluminację, przekazuje prawdy objawione, słowem rozświetla mrok. To nie są przełomowe twierdzenia - siła Stasiuka tkwi w jego prostolinijności i zdrowym rozsądku. Jak to ładnie sformułował kolega Jakub, Andrzej Stasiuk siada i mówi jak jest.

Jesteśmy uwięzieni w stereotypach. Wciąż się oglądamy za siebie, czy aby idziemy kupą. W końcu łatwiej pytać, czy ze mnie Europejczyk albo Polak, a trudniej. czy aby nie jełop albo i świnia.
[s. 80]

No, tak właśnie. Brodzenie w gównie może i być smutną codzienną koniecznością, ale warto jednak pamiętać, żeby w miarę możliwości trzymać głowę na powierzchni i widzieć szerszą perspektywę, a nie z własnej woli zanurzać się po uszy.


sobota, 10 października 2015

David Lagercrantz: Co nas nie zabije

David Lagercrantz to pisarz z dużym literackim dorobkiem - mówi notka na czwartej stronie okładki. Sprawdzam więc i znajduję - poza Co nas nie zabije na własnej stronie www chwali się czterema napisanymi książkami. No, z tym dużym dorobkiem to bym nie przesadzał, ale ostatecznie odnalazł się na właściwym miejscu. Nie wchodzę w ogóle w dyskusje, czy dał radę "podrobić" styl Larssona, bo stylu tego kompletnie nie pamiętam. Z poprzednich książek zapamiętałem, że fabuła była nieodparcie wciągająca - na tyle, że zarywałem noce, aby przeczytać kolejne tomy. Zapamiętałem dość drobiazgowo rozpisywane szczegóły intrygi - zarówno motywacje postaci jak i detale techniczne. I te dwie rzeczy podrobił wystarczająco dobrze, aby Co nas nie zabije czytało się z przyjemnością.

Intryga rozpędza się wolniej niż w oryginalnej trylogii, lub wolniej działała na mnie - tak do połowy książki nie miałem problemu z oderwaniem się i odłożeniem czytania na kolejny dzień. Ale ostatnie sto stron łyknąłem na raz. Jak się akcja rozkręciła, to na całego.


Dobrze. W rozsądnych granicach mógłbym przygodę z tymi bohaterami kontynuować. Fajnie, że znalazł się ktoś, kto potrafi ją wymyślić.


poniedziałek, 21 września 2015

Iza Klementowska: Samotność Portugalczyka

A mi się nie podobało.

Przeczytałem raz, zimą, nie podobało mi się. Ale nic nie zanotowałem, odłożyłem na bok, zapomniałem. Po ostatniej lekturze Lizbony wziąłem znowu do ręki, zacząłem czytać i jakoś się wciągnąłem. Więc przeczytałem znów. I znów mi się nie podobało.

Nie dlatego, że jest źle napisane. Klementowska pisze ładnie, ma talent do opowiadania, najwyraźniej nie boi się też poznawać ludzi i umie przekazywać ich historie. Chodzi bardziej o układ książki - trochę chaotyczny i frustrujący. Miałem cały czas wrażenie, że autorka - zestawiając ludzi i historie - próbuje przekazać jakieś rozpoznania na temat charakteru Portugalczyków, ale zatrzymuje się w pół kroku. I że to zatrzymanie nie wynika z chęci zachowania obiektywizmu, pozwolenia, aby czytelnik wyrobił sobie własną opinię, ale z wewnętrznego niezdecydowania lub niepewności: czy mogę tak o nich powiedzieć?

A, no i dokumentacja. W kilku miejscach (np. historia konsula de Sousy Mendesa) Samotność... przeczy Lizbonie, a uwiedziony ilością przypisów wierzę raczej tej drugiej pozycji. W związku z czym cała lektura Samotności... staje się podszyta nieufnością.

środa, 16 września 2015

John Gimlette: Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze

Znakomity pomysł - wyprawa śladami własnego pradziadka, z jego dziennikiem w ręku - który pozwolił autorowi napisać coś z pogranicza literatury podróżniczej i historycznej. Niezwykle dygresyjna, ale dobrze poprowadzona opowieść, choć nieco działał mi na nerwy sam język: fraza zdaje się na siłę upiększona, z przesadną ilością kunsztownych epitetów i wydumanych metafor.

Spore wrażenie robi przeplatanie się wtedy i teraz. Wtedy były ryby. Teraz ich nie ma. Co zostaje wyspie, która nie miała nic prócz ryb, gdy zabrać jej ryby?

Niewiele.

Wystarczająco dużo na wciągająca książkę.

PS: To kolejny z naszych prezentów ślubnych - dzięki!

niedziela, 6 września 2015

Katarzyna Bonda: Okularnik

Niestety w porównaniu z Pochłaniaczem lektura rozczarowuje. Nie lubię przesadnej prostoty, ale tu wszystkiego było ciut za dużo: za dużo wątków, za dużo postaci, poszatkowana narracja utrudniająca zrozumienie. Do tego główna bohaterka rozkleja się i staje się trochę wiotką mimozą. A kiedy jeszcze, po tych 800 stronach, okazało się, że tak naprawdę nic się nie kończy, nic się nie domyka, wszystko urwane w połowie akcji i trzeba czekać na kolejny tom, solidnie się zirytowałem. No ale dobrze, poczekam. Może trzeci będzie tak samo dobry jak pierwszy.

Książka to jeden z prezentów ślubnych i niezadowolenie z rozwoju akcji nie zmniejsza mojej wdzięczności - dzięki!

Neill Lochery: Lizbona. Miasto Światła w cieniu wojny 1939-1945

Jedna z lepszych książek, jakie w życiu przeczytałem. Wciągająca jak dobry kryminał, lekko i elegancko napisana, a jednocześnie fenomenalnie udokumentowana. Przypisy są końcowe, więc skali wykonanej pracy dokumentalnej nie widać aż do ostatniej strony danego rozdziału - a tam nagle ujawnia się, że to jest praca naukowa, a nie powieść.

Wiedziałem o neutralności Portugalii w czasie wojny, ale na tym się moja wiedza kończyła. Dopiero ta lektura pokazała mi, jak zniuansowana to była neutralność, jakiego lawirowania między dwoma stronnictwami wymagała, ale też jakim teatrem działań wojennych pozostawała Lizbona pomimo tej neutralności.

Znakomita lektura - kolejny z prezentów ślubnych - dzięki!

Oliver Sacks: Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem

Kilka dni temu doszła do mnie wiadomość o śmierci Olivera Sacksa, a akurat kilka dni wcześniej dałem radę przeczytać jego książkę.

Ta książka jest jak antyczna tragedia - wywołuje litość i trwogę. Czytałem o kolejnych przypadkach z narastającą fascynacją, ale jednocześnie czując, jak robi mi się nieco niedobrze - ze strachu, że coś takiego mogłoby przytrafić się i mnie. Niestety, spodziewane katharsis nie nadeszło. Książka się skończyła, trochę strachu pozostało.

Najbardziej jednak utkwiły mi w pamięci nieliczne fragmenty, w których autor odpływa w stronę rozważań niemal religijnych, zadając pytania o duszę. Jakie schorzenie, jaki stopień degradacji funkcji mózgu sprawia, że człowiek przestaje być istotą rozumną - i czy w takim wypadku ma on nadal duszę, czy już jej nie ma? Nie zastanawiałem się nigdy za wiele nad duszą, prawdę mówiąc, traktuję ją tu bardziej jako słowo-klucz do pytania bardziej ogólnego: do jakiego stopnia uszkodzenia mózgu człowiek jest nadal człowiekiem?

Wątek ledwo w książce zasygnalizowany. Z rozważaniami zostałem sam.


PS: Książka to jeden z prezentów ślubnych - dziękujemy!


wtorek, 4 sierpnia 2015

Andaluzja, Madera, Porto

Miesiąc urlopu. Od matury tyle wolnego nie miałem. Ale była okazja. Ślub udał się świetnie, dziękuję, wesele - z tego co słyszałem od gości - także wypadło nieźle. A potem zaczęła się wycieczka.

W ciągu pierwszych 2 tygodni w Andaluzji samochodem zrobiliśmy 1250km, objeżdżając region od Malagi zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Mijas, Gibraltar, Kadyks, Jerez, Sevilla, Kordowa, Baeza, Granada, Nerja i znów Malaga. Plus kilka innych małych miasteczek po drodze.

Lipiec to w Andaluzji ciekawa pora - przewodniki turystyczne doradzają raczej podróż wiosną i wczesną jesienią. I faktycznie, jeśli ktoś nie lubi temperatur w okolicach 42'C w ciągu dnia, to nie będzie szczęśliwy. Ale po zorientowaniu się o co chodzi z tą sjestą, można żyć. Plusem lipca są mniejsze tłumy - turystów jest w sam raz tylu, że nie trzeba stać w zbyt dużych kolejkach w zasadzie nigdzie.

Czy w lipcu, czy kiedykolwiek indziej, odwiedzić warto. Jest pięknie - w sensie dosłownym, wizualnym. Zestawienia barw robią ogromne wrażenie: dużo białego + kolorowe rośliny. Ja się ekscytowałem.



Na Maderze jest równie pięknie, a temperaturowo znośniej: do 26-28 stopni w ciągu dnia. Objazd całej wyspy samochodem zamknęliśmy w 300km, ale za to jakimi drogami! Chyba jeżdżenie było z tej części wycieczki najbardziej ekscytujące: zakręty, podjazdy, mijanki na centymetry, tunele. Sama frajda. No i widoki. No i jedzenie. No i... w sumie mógłbym wymienić jeszcze kilka rzeczy, dla których warto. Ogólnie warto.


Na deser zostawiliśmy sobie Porto - ukochane Porto, najlepsze Porto. Ale tym razem moja najlepsza siostra (która, BTW, ma własną stronę internetową, jeszcze w budowie, ale już coś można poczytać: http://theportoguide.com/what-to-see/) zorganizowała nam także wycieczkę w dolinę Douro.


Jest co oglądać, jest czym się zachwycać - a przede wszystkim, jeśli ktoś ceni sobie miły wieczór z kieliszkiem dobrego tawny, warto obejrzeć, skąd ono dokładnie pochodzi.

Było luksusowo. Pytałem żonę - bo ja teraz już o wszystko pytam żonę - potwierdza. Było luksusowo.

piątek, 29 maja 2015

Fiordy nam nie jadły z ręki

2 dni w gościnie u kolegi-tymczasowego emigranta. Oslo co prawda leży nad Oslofjorden, ale jest to nieco oszustwo, gdyż z fiordem w pocztówkowym rozumieniu nie ma on wiele wspólnego. Jest gigantyczny. Za duży, aby dało się go nakarmić z ręki. Ale nadal bardzo ładny.

Samo miasto nie powala. Jest raczej spokojne, żeby nie powiedzieć monotonne w zabudowie. Powstają co prawda ciekawe projekty, jak Opera i wyrastająca dookoła niej dość imponująca dzielnica biurowców, ale są to pojedyncze strzały w szarym otoczeniu.



O wiele ciekawiej jest na przedmieściach, które są nisko i luźno zabudowane, zielone, niezwykle urokliwe, a nadal znakomicie skomunikowane z miastem - metro dojeżdża niczym górska kolejka nawet dość daleko od centrum.


Ogólnie spoko. Sympatyczny kawałek skandynawskiego dobrobytu.

poniedziałek, 4 maja 2015

Bigos

Wszystko, co ostatnio widziałem, ale nie napisałem na czas - no i przepadło:

Alejandro G. Iñárritu: Birdman - najlepiej. Ekstra historia, znakomity, zapadający w pamięć sposób prowadzenia kamery, doskonałe zakończenie (http://www.imdb.com/title/tt2562232/).

Damien Chazelle: Whiplash - Stefan wybrzydzał, że to neoliberalna propaganda, ale je się nie zgadzam. Główny bohater nic nie wygrywa swoją ciężką pracą, może tylko szacunek jednego, niezbyt godnego szacunku nauczyciela. Dobra rola J.K. Simmonsa, którego kojarzyłem tylko z seriali (http://www.imdb.com/title/tt2582802/).

Damián Szifron: Dzikie historie - bardzo nierówny film, ale niektóre epizody rewelacyjne. Jednak co najbardziej zapadło mi w pamięć, to kolejny popis polskiego dystrybutora, który wolał na plakatach dać nazwisko producenta niż reżysera, bo bardziej znane (http://www.imdb.com/title/tt3011894/).

Theodore Melfi: St. Vincent - niezbyt oryginalna historia, ale też nie tak zła, aby nie mogło jej uratować aktorstwo Billa Murraya (czy jest coś, czego nie uratuje aktorstwo Billa Murraya?). Ogólnie dobra opowiastka ku pokrzepieniu serc (http://www.imdb.com/title/tt2170593/).

Masoneria. Pro publico bono - wystawa w MNW. Bardzo elegancka, kompleksowa wystawa, z fajną narracją, elegancką oprawą. Ale bardziej koncentrująca się na zewnętrznych oznakach masońskiej kultury (rytualne akcesoria, stroje, odznaki etc.) niż rzeczywiście odpowiadająca na pytanie: kim byli? jaki to miało sens? co oznaczało? - nie wyszedłem mądrzejszy niż wszedłem, choć obejrzałem wiele interesujących eksponatów (http://www.mnw.art.pl/wystawy/masoneria-ipro-publico-bonoi,19.html).

Olivier Nakache, Eric Toledano: Samba - mnie ten film zirytował, Karolinie się podobał. Ogólnie OK, ale pójście do łóżka z dziewczyną kolegi z powodu masażu dłoni jako źródło złej karmy wydawało mi się mocno naciągane. Rekompensuje to solidna dawka absurdalnego francuskiego humoru (http://www.imdb.com/title/tt3399024/).




niedziela, 3 maja 2015

Filip Springer: Miedzianka. Historia znikania

Maksymilian [...] zostaje jeszcze kilka dni, porządkuje ostatnie sprawy. 9 lipca 1957 roku żegna się serdecznie ze Stefanem, zamyka dom i odchodzi drogą w kierunku Janowic. Jest ostatnim Niemcem opuszczającym miasteczko.
7 listopada 1957 roku Maksymilian von Glyschinsky pisze list do swojego starego przyjaciela, grafa Christiana Friedricha zu Stolberga-Wernigerodego: "Pałac w Johannesdorfie jest teraz domem starców. Ogrodnictwo jest czynne, a budynki gospodarcze w dobrym stanie. Domek celnika, w którym mieszkała rodzina Stiefów, zawalił się, tak samo jak dom dzierżawcy. Pałac w Rohrlach należy teraz do państwa.
Najgorzej wygląda Kupferberg. Był od 1948 roku największą kopalnią Uranu na wschodzie. Główny szyb kopalni znajdował się na polu Gräbela. Gospodarstwo po prostu zburzono i na tym miejscu wykopano głęboki na trzysta metrów szyb wydobywczy. Gruz rozsypano na leżący poniżej teren rolny. Posiadłość grafa została całkowicie zlikwidowana, stajnie zamieniono na warsztaty, dziedziniec na plac składowy. W pałacu zakwaterowały się dwie kompanie rosyjskiej piechoty jako ochrona kopalni. Po zlikwidowaniu kopalni pałac służył jako dom kolonijny dla dzieci. Wokół Kupferbergu wykopano łącznie trzydzieści cztery szyby kopalniane i tyleż samo usypano hałd. Bergmühle unieruchomiono. Turbinę oddano na złom, pozostałe części maszyny jeszcze tam są. Mieszka tam też tez Polak, którego sprowadził jeszcze burmistrz Fürle. Drewniany mostek przez Bóbr został zniszczony, to samo stało się z domem pana Teigego. Przy Bergmühle jest pompownia wody dla Kupferbergu. Duże ilości wody były potrzebne do chłodzenia potężnej mocy kompresorów dostarczających powietrze do kopalni uranu. Do tego celu wybudowano też duży basen na wodę umiejscowiony powyżej targu bydła.
Stan ogólnego zdziczenia przejmuje jednak grozą."
[s. 155-156]


Jestem pod ogromnym wrażeniem talentu pisarskiego Springera. Wannę z kolumnadą czytałem z przyjemnością (związaną z lekturą, a nie z tematyką), natomiast Miedzianka to rzecz jeszcze o klasę lepsza. I składają się na to zarówno talent pisarski, jak i godna podziwu umiejętność pracy ze źródłami - wyszukiwania, dobierania, zestawiania cytatów tak, aby brzmiały jak wciągająca powieść.

Imponującą pracę ze źródłami  trzeba odnotować - ale przy opowiadaniu takiej historii umiejętność zdania się na wyobraźnię jest kluczowa. Springer snując opowieść odwołuje się do najlepszych wzorców: jak przedwojenny niemiecki Danzig u Stefana Chwina, tak i Miedzianka powstaje z detali - korka od butelki Kupferberg Brauerei znalezionego w polu, pojedynczego zdjęcia miejscowych dzieciaków.

Mieszkańcy Miedzianki ożywają na kartach tej książki, zarówno ci sprzed 500, jak i ci sprzed 50 lat. Są tak żywi, tak zajęci swoimi sprawami, planami, że trudno uwierzyć w to, że ich już nie ma. Ani ich, ani nawet śladu po nich, poza samotnym drzewem z pamiątkową tabliczką.


Cytat dobrałem nieco stronniczo, bo ładny i mocny. Ale sugeruje - błędnie - że za Niemca, panie, to było pięknie, a potem Ruskie weszli i wszystko spieprzyli. Nie do końca. Najbardziej przejmujące w historii Miedzianki jest to, że ona w zasadzie od początku była skazana na katastrofę. Od pierwszego wbicia kilofa w pierwszym górniczym szybie.

Szukając teraz Miedzianki na mapie znalazłem przypadkiem informację o Browarze Miedzianka - powstał niedawno, nie odwołuje się w żaden sposób do historii tamtejszych browarów, na razie nie wiem jeszcze, czy w ogóle próbują wskrzesić jakieś lokalne receptury, czy tylko płyną na fali piwnej rewolucji i odświeżenia przez Springera pamięci o tym miejscu. Ale gdyby spróbowali odtworzyć lokalne tradycje warzenia, byłbym zachwycony.




poniedziałek, 16 marca 2015

Szumowska, Małgorzata: Body/Ciało

Najlepiej.

Znakomite warszawskie scenerie. Dobra historia. Udani bohaterowie. Janusz Gajos, który jest absolutnym cesarzem aktorstwa. Dobrze dobrana muzyka. Galeria fantastycznych ról drugoplanowych... nie wiem, pewnie mógłbym wymienić wszystko.

Urzekające są drobne smaczki - pozdrowienia z Polski - jak nalepka DE na klapie golfa terapeutki; ordynator, który w szpitalu nie ma miejsc, ale na wizytę prywatną chętnie przyjmie; para, która z braku mieszkania obmacuje się w bramie. Urzekające i nienachalne, co nie jest w polskim kinie regułą. Zwykle jak ma być śmiesznie, to musi być żart o dupie, taki na odlew, przez twarz, żeby nikt nie przegapił, że to już teraz trzeba zarechotać. Warto docenić.

Co do przesłania, to ja chyba wybieram - jak wyszło nam z dyskusji w zaufanym gronie zaraz po filmie - najprostszą interpretację: odcinanie się od własnych emocji jest średnim pomysłem na udane życie. Może to i niezbyt odkrywcze, ale też można od czasu do czasu sobie o podstawowych sprawach przypomnieć, a sposób tego przypomnienia zasługuje w przypadku filmu Szumowskiej na najwyższe uznanie.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt4358230/

niedziela, 15 marca 2015

Keret, Etgar: Siedem dobrych lat

Keret pozostaje w swojej ulubionej i doprowadzonej do mistrzostwa formie małych opowiadań, ale radykalnie zmienia tematykę: to nie fikcja, to siedem lat z życia na Bliskim Wschodzie. Siedem lat gorzkich przemyśleń, rozczarowania światem, siedem lat wojen i alarmów bombowych, siedem lat frustrujących podróży i rodzinnych kłopotów. Siedem lat, które na pierwszy rzut oka  musiałyby doprowadzić człowieka do utraty wiary w bliźnich, w świat, w sens swego własnego i nas tutaj wszystkich trwania. A jednak - siedem dobrych lat.

Bohater tych opowiadań (chciałoby się powiedzieć z niezmąconą pewnością, że autor, ale...) stosuje strategię łagodnego pogodzenia się ze światem, miesza ją z ironicznym dystansem do samego siebie, nie boi się odrobiny zmyślenia (...no właśnie ;), dodaje sporo humoru. Wypracowuje sobie godny pozazdroszczenia model zamiany siedmiu lat chudych na siedem lat... no, może nie tłustych, ale właśnie: dobrych.

Wyraźna jest myśl przewodnia - przemiana lat chudych w dobre udaje się dzięki temu, że widać jej sens, widać cel: że jest dla kogo żyć i dla kogo pisać, jest dla kogo ratować w tym szalonym i niespokojnym świecie resztki czy choć pozory normalności.

Nie czytałem do tej pory lepiej napisanej pochwały ojcostwa.

niedziela, 22 lutego 2015

Paryżewo

Paryż, ach, Paryż! Miasto miłości, artystów oraz bagietek. Wybraliśmy się w styczniu, gdyż jakoś tak wyszło.

Na pewno styczeń to doskonały moment na wyprawę do muzeów - do Luwru weszliśmy bez kolejki, do d'Orsay tak samo. Przy czym trzeba odrobić wcześniej pracę domową i sprawdzić, czy wszystko co nas interesuje jest otwarte - w Centre Pompidou zamknięta była główna kolekcja, podobnie jak w muzeum Rodina. Inne zabytki także można zwiedzić luksusowo - w Sacré-Cœur i Notre Dame było luźno, nie czekaliśmy na wejście, nie musieliśmy się przepychać między ludźmi.

Poza tzw. atrakcjami turystycznymi, to miasto nie zachwyca - gdybym miał ocenić samą przyjemność ze spacerowania ulicami, oglądania kamienic, obserwowania ludzi, to raczej było bez szału. Poza może fragmentami Montmartre'u, ale też tylko fragmentami, nie czuję się uwiedziony. Nie jest brzydko - po prostu nic szczególnego. Może wiosną i latem jest przyjemniej, ale z tego co słyszałem, jest także znacznie bardziej tłoczno.

Odnotować na pewno trzeba imponujące metro. Pociągi co 2-3 minuty - to robi wrażenie. Automatyczne składy. Zapowiedzi głosowe w kilku językach, w tym azjatyckich: no! Ale sama siatka metra dość zabawna, długie i kręte przejścia między liniami sprawiają takie wrażenie, jakby każdą linię budowano osobno, bez analizowania gdzie są inne, a potem w tych miejscach, w których przypadkiem wychodziło, że dwie linie są blisko siebie, wykopywano tunel i robiono stację przesiadkową. Niemniej jednak sprawność przemieszczania się metrem jest na 5+

Warto też zwrócić uwagę na ceny - jechaliśmy przygotowani na ceny belgijskie lub holenderskie, tymczasem standardowe życie (kawa, piwo, kanapka, obiad etc.) kosztuje +50% lub nieco więcej1. Także warto w budżecie wycieczkowym założyć mały zapas. A na pewno będzie gdzie ten zapas wydać - knajp jest mnóstwo, większość wygląda sympatycznie. Zwyczaj jadania późnych i obfitych kolacji popijanych winem każdemu grubasowi szybko przypadnie do gustu. Cukiernie wszystkie wyglądają tak, że nic tylko tam wejść i się tymi pysznościami wysmarować. Także ogólnie, jak ktoś lubi ziemskie rozkosze, to można sobie w Paryżu skleić bardzo udany pobyt.





[1] Porównuję paryską XVII dzielnicę z Brukselą czy Amsterdamem, nie z Warszawą rzecz jasna; nie biorę także pod uwagę w porównaniu cen np. z eleganckiej restauracji z widokiem na Wieżę Eiffla - nawet nie próbuję zgadywać, ile moze tam kosztować kolacja.