niedziela, 15 czerwca 2014

Springer, Filip: Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni

Najpierw będzie śmieszny cytat:

Zimą 2012 roku przyglądam się facetowi biegającemu wokół kępy drzew na Marinie Mokotów.
- Co się pan tak patrzy? - pyta, mijając mnie któryś raz.
- Po prostu patrzę - odpowiadam.
- Ale w jakimś celu?
- Z ciekawości.
- A co pana tak ciekawi?
- Że panu tak nie nudno wokół tych drzew biegać Strasznie dużo musi pan tych kółek zrobić, żeby mieć jakiś dystans.
- Zazdrości pan?
- No właśnie nie. Nie lepiej by było panu tam w parku pobiegać? Większy jest.
- A mam wezwać ochronę do pana?
- Przecież przez płot patrzę, z chodnika.
- Ale to jest teren prywatny, nie można tak.
- Nie mogę nawet patrzeć?
- Ja wezwę ochronę, niech się pan stamtąd nie rusza.
[Płot nasz powszedni, s. 148-149]

Bo w sumie ta książka jest strasznie śmieszna. Po części dlatego, że autor umie znakomicie pisać i dla ilustracji poszczególnych problemów wybiera doskonałe egzampla, tak rozmówców jak i obiekty; po części dlatego, że zaczyna się od tematów lekkich i wesołych. Bo cóż, że sobie spółdzielnia pomalowała blok na różowo w ciapki - można się pośmiać z tego, w jaki prymitywny sposób to władze tej spółdzielni argumentują. Bo cóż, że sobie inwestor w szczerym mazowieckim polu walnął pseudo-Wenecję z pustaków i karton gipsu - można się pośmiać z archi-polo. Potem robi się nieco smutniej, gdy dochodzimy do niekompetencji, złej woli a często głupoty urzędników, bezwładu organizacyjnego urzędów, bezczelności inwestorów, chamstwa zwykłych ludzi, absolutnie niewrażliwych na to, że dookołą nich żyją także inni ludzie (BTW, polecam tekst Wolność, równość, obojętność Ewy Wilk z POLITYKI 24/2014). A pod koniec, przy fragmentach o reklamach wielkoformatowych, zapewne większości nieobojętnych na wygląd swego miasta Warszawiaków śmiech może nawet zamrzeć na ustach.

Ale wtedy pocieszyć się można foteczkami. Wanna... jest po części także albumem dokumentującym wyzierającą zza każdego wegła szpetotę i przy oglądaniu tych zdjęć można znowu się pośmiać, nawet jeśli jest to śmiech przez łzy.

Choć książka w wielu miejscach śmieszy, to lektura nie jest wesoła. Pogooglałem za hasłem "gołębiewski karpacz rozbiórka", ale tylko za wynikami z 2014 r. - zero. Temat umarł. Hotel stoi. Przeczytałem ostatni rozdział, w którym oddolna inicjatywa mieszkańców Łodzi jest elegancko i bezboleśnie (a PR-owo - mistrzowsko!) neutralizowana przez miejską biurokrację i przypomniałem sobie urzędniczą przygodę Grzegorza Piątka. Przeczytałem ostatnie zestawienie w książce Springera, o ilości godzin plastyki, jaka jest obowiązkowa w szkołach w różnych krajach Europy. Wyjrzałem przez okno - gdyby widoku na pobliskie skrzyżowanie nie zasłaniał mi blok, kiedyś przykład ładnego modernizmu z lat 60., dziś ocieplony styropianem i pomalowany na pistacjowo, to widziałbym postawioną w ostatnich miesiącach kolejną budę handlową, na razie jeszcze nie wiadomo, po co powstałą - może będzie tam sklep alkohole 24 a może kebab. Buda jest zrealizowana zgodnie z aktualnymi trendami w nowoczesnym budownictwie - stal, dużo przeszkleń, niemal jak biurowiec klasy AA+, tyle że jest nadal po prostu parterową budą postawioną na nóżkach z ułamanych płyt chodnikowych na skraju osiedlowego parkingu. Nie wiem, czy to ze zbyt małej ilości lekcji plastyki wynikają wszystkie nasze estetyczne porażki, ale może gdyby odpowiedzialny za wydanie zgody na postawienie budy urzędnik kiedyś miał tej plastyki więcej, to doszedłby do wniosku, że nawet przeszklona buda w sąsiedztwie 2 innych bud i nieopodal śmietnika pozostaje tylko budą, okolica nie robi się od tej szklanej budy ładniejsza, a to właśnie o okolicy trzeba pomyśleć, a nie o samej budzie, jakby ona miała stanąć w próżni.

Może by doszedł, a może nie. Może rację ma Stasiuk w zamykającym książkę felietonie - może taki jest nasz polski urok, trzeba to pokochać a wtedy oczy przestaną boleć.

czwartek, 12 czerwca 2014

Bellos. Alex: Futebol. Brazylijski styl życia

Z okazji piłkarskiego święta Polityka przyniosła ostatnio serię tekstów o Brazylii, w tym kilka bardzo ciekawych, jak na przykład Brazylia odzyskuje pamięć Artura Domosławskiego (tutaj, ale za paywallem). Trochę też na tej fali, a trochę niezależnie, sięgnąłem po Futebol.

Książka została wydana w 2001 roku a teraz, pewnie z okazji mistrzostw świata, wznowiona. Z dopiskami przedstawiającymi, gdzie to jest istotne, dalszy ciąg opisanych spraw. Liczne recenzje wskazują na ogromną wartość poznawczą jeśli chodzi o genezę brazylijskiej fascynacji piłką i historię tego sportu w ogromnym i zróżnicowanym kraju (żeby daleko nie szukać, właśnie kiedy usiadłem do pisania bunio przyniósł tekst Michała Okońskiego z TP, m. in o Futebolu).

Ja też przeczytałem z zainteresowaniem i doceniam, ale jednak jestem po lekturze raczej zatrwożony. Chociaż jest to książka pełna historii i anegdot ciekawych, pasjonujących, o ludziach oddanych piłce, żyjących piłką i dla piłki, to jednak jest to także opowieść o biedzie, korupcji, niesprawiedliwości i przemocy - maskowanych lub zamiatanych pod dywan, nierzadko dla opacznie pojmowanego dobra piłki.

Na samym początku zbierania materiałów do reportażu odwiedziłem bibliotekę CBF [Confederação Brasileira de Futebol, odpowiednik PZPN - ww]. Przyszedłem więc do siedziby federacji, woźny wpuścił mnie domofonem. Czekałem przez kilka minut, kiedy rozmawiał ze znajomym przez telefon, zupełnie nie przejmując się moją obecnością. Potem powiedział, żebym poszedł na górę. Pojechałem windą i wysiadłem na trzecim piętrze. Za zielonymi metalowymi drzwiami znajdował się średnich rozmiarów pokój, który wyglądał jak sklep z używanymi książkami. Jedną ścianę zapełniały półki z poupychanymi książkami i dokumentami. W rogu siedział bibliotekarz ubrany w szarą koszulkę gimnastyczną, kasztanowy krawat i okulary wiszące na sznurku.
Spojrzał na mnie i wskazał stolik zastawiony książkami, papierami, małym drzewkiem czosnku, spinaczami, dziurkaczem i paczką skwarków.
- Siadaj tam i czytaj - warknął jak strażnik więzienny wskazujący nowemu skazańcowi celę.
Na ścianie wisi tabliczka: "W miarę możliwości proszę nie palić". W miarę możliwości?
Biblioteka CBF jest prawie bezużyteczna. Zbiory nie są anie wyczerpujące, ani nawet skatalogowane. Ciężko było się skoncentrować, ponieważ bibliotekarz słuchał radia na cały regulator.
Pamiętam, że zastanawiałem się, gdzie się podziały te wszystkie pieniądze z kontraktu z Nike, bo z pewnością nie poszły na odnowienie siedziby. Ani na kurs dobrego wychowania dla personelu. Jeśli szukałem dowodów - przynajmniej powierzchownych - że CBF jest prowadzony jak najgorszy rodzaj państwowej spółki, to znalazłem je już pierwszego dnia.
W całym kraju CBF ma taką samą opinię jak reszta władz. Jest uważany za zakłamany, niekompetentny i skorumpowany. 19 grudnia 1983 roku około godziny 21 CBF osiągnął swój międzynarodowy nadir. Dwóch mężczyzn weszło do siedziby na Rua da Alfândega. Związali, zakneblowali i zasłonili oczy nocnemu stróżowi i wjechali windą na dziewiąte piętro, tam gdzie trzymano Puchar Jules'a Rimeta.
Złoty puchar mistrzów świata został powierzony Brazylii po tym, jak wygrała turniej w 1970 roku, zdobywając tym samym mistrzostwo po raz trzeci. Żeby chronić cenne trofeum, CBF posiadał także replikę i gablotę z kuloodporną szybą. W swojej mądrości CBF trzymał replikę w schowku, a kuloodporna gablota była przytwierdzona do ściany, co znaczyło, że nawet najgłupszy złodziej mógł podważyć ją łomem. Kradzież zajęła 20 minut, a pucharu Jules'a Rimeta już nigdy nie odzyskano.
[s. 346-347]


Fragment zabawny, ale niby nieszczególnie ciekawy, gdyby nie dwa drobiazgi. W kraju, w którym piłka jest wszystkim, co mówi kradzież pucharu o organizacji, która powinna za tę piłkę odpowiadać? Oraz - zasygnalizowane są tu ogromne pieniądze z kontraktu z Nike, które nie poszły na remont siedziby CBF. Nie chcę spoilować, ale w zasadzie cała książka to długi opis tego, na co jeszcze w brazylijskiej piłce te pieniądze nie poszły.

Można by w sumie uznać, że to dawne dzieje - niesprawiedliwość społeczna i wszechobecna korupcja może były jeszcze tematem do opisywania w 2001 roku, ale w 2014 już nie ma takich problemów. Jest radosna feta zadowolonego społeczeństwa. Wspomniane jednak na początku liczne reportaże choćby właśnie w Polityce w ostatnich tygodniach i miesiącach pokazują, że tere fere. Tym smutniejsza to, w szerszej perspektywie, lektura.

środa, 11 czerwca 2014

Don Kichot, Polski Balet Narodowy, 8.06.2014

Więc tak: plakat jest jednym z najlepszych plakatów, jakie zdarzyło mi się widzieć w życiu.

Tytuł jest natomiast wielkim oszustwem. Don Kichot to nie jest historia opowiedziana tańcem - to jest pretekst do tego, żeby sobie potańczyć. A więc przechadza się ten jegomość (rola całkowicie chodzona) w zbroi z jednej strony sceny na drugą, a soliści na przemian z zespołem wykonują swoje popisy, luźno tylko nawiązując do obecności jakiegoś rycerza na scenie.

Ale, all in all, balet był - trzeba jednak pamiętać, że widziałem ich ledwie kilka - wizualnie przepiękny. Scenografia i kostiumy - olśniewające, taniec imponujący. I nawet Don Kichot niezbyt przeszkadzał.


Awansował na 2. miejsce w moim rankingu. Pierwsze jest cały czas okupowane przez Dziadka do orzechów - balet dla dzieci... Widać, jakim jestem baletowym ekspertem i jak profesjonalnie oceniam. Więcej kolorów = lepiej. Proste.
 
Technikalia: http://www.teatrwielki.pl/repertuar/balet/kalendarium/don_kichot.html?year=2014&month=6&kid=1315

Szkocland, 30.05-2.06.2014

Dzień w Dublinie, dzień w Glasgow, półtora dnia w Edynburgu. Edynburg cudowny, Dublin bez emocji, Glasgow jak dla mnie nieco zbyt ciasne w centrum, ale np. uniwersytet tamtejszy - najlepszy!

Szkocka whisky jest lepsza od irlandzkiej whiskey. Ale już na przykład szkockie piwa bledną w porównaniu z rozmachem "piwnej rewolucji", jaka się dokonuje w Polsce od kilku lat. Choć i tam np. Brew Dog robi dobrą robotę.

Kilka foteczek na Picasie
A, BTW, Madama Butterfly w wykonaniu Scottish Opera - bardzo fajnie. Miałem okazję pierwszy raz posłuchać audiodeskrypcji do opery (świetna sprawa). Na tej stronie jest zestawienie wszystkiego, co w Szkocji robi się dla niewidomych - i to jest dopiero imponujące!