środa, 11 lipca 2012

Stasiuk, Andrzej: Grochów

Mnie się wydaje, że 24 lata to za mało, żeby czytać takie książki. Że to jest strasznie przygnębiająca lektura i że ja wcale nie chcę tak mieć, tak czuć, takich rzeczy mieć do opisania, i że przede mną jeszcze całe życie, cały świat, śmierci nie ma.

Z jakiegos powodu podczas lektury cały czas tkwiło we mnie przekonanie, że mam 24 lata. Potem się zorientowałem, że to już nieprawda.

Nie żeby dużo więcej, ale nie 24. Nie żeby całe życie nie miało być przede mną, nie żebym nie miał podbić świata, ale, kurczę, jednak nie 24.

Tymczasem:
Czasami nawiedza mnie wizja miasta, wielkiego miasta, w którym wszyscy umierający pozostają w mieszkaniach. Na wysokich piętrach nowoczesnych wieżowców, na strzeżonych osiedlach, które pustoszeją o poranku, by zaludnić się dopiero wieczorem, odgrodzeni cienkimi ścianami od ulicznego zgiełku, od skłębionego, drapieżnego żywiołu współczesnych metropolii, wśród nigdy niemilknącego skowytu miasta, z poświatą neonów w gasnących źrenicach. Taką mam wizję. Że nie umiera się w szpitalach, hospicjach i domach starców, tylko w domach, w mieszkaniach, które przez większość czasu stoją opustoszałe. Kłopot mamy z posiadaniem i wyprowadzaniem psa, a co dopiero z umierającym. A jak znieśc trumnę z ósmego piętra? Wieźć ją windą w pionowej pozycji? A potem? Co z konduktem w miejskim ruchu? W korku do kościoła, do kaplicy i potem na cmentarz? Trąbiąc, migając światłami, żeby reszta żałobników nie zgubiła drogi?
[Suka, s. 38-39]



poniedziałek, 2 lipca 2012

Frankfurt, Harry G.: On bullshit

Bullshit is unavoidable whenever circumstances require someone to talk without knowing what he is talking about. Thus the production of bullshit is stimulated whenever a person's obligations or opportunities to speak about some topic exceed his knowledge of the facts that are relevant to that topic. This discrepancy is common in public life, where people are frequently impelled - whether by their own propensities or by the demands of others - to speak extensively about matters of which they are to some degree ignorant. Closely related instances arise from the widespread conviction that it is the responsibility of a citizen in a democracy to have opinions about everything, or at least everything that pertains to the conduct of his country's affairs. The lack of any significant connection between a person's opinions and his apprehension of reality will be even more severe, needless to say, for someone who believes in his responsibility, as a conscientious moral agent, to evaluate events and conditions in all parts of the world.
[pp. 63-56]

Krótki esej, ledwie 67 stron formatu A6, a perfekcyjnie streszcza większość tego co myślę o współczesnych mediach, o politykach, o celebrytach i dziennikarzach, o fachowcach, ekspertach i autorytetach. Nie wiem czy magiczny krąg produkcji bullshitu jest do przerwania - żeby ludzie przestali mówić, muszą przestać być pytani; żeby pytający przestali pytać, muszą przestać mieć odbiorców dla odpowiedzi; żeby odbiorcy przestali chcieć odbierać, muszą zorientować się, że odbierają bullshit; a żeby to przyjąć, musieliby uznać, że kiedy sami zaczną produkować, też zaczną produkować bullshit. No cóż, a kto sam o sobie powie, że lepiej by nic nie produkował, bo produkuje bullshit?
Kto jest bez winy niech pierwszy przestanie pisać blogaska.

--
PS: To jest esej z 1986 roku. Grubo.

Hugo-Bader, Jacek: Dzienniki kołymskie

Hugo-Bader pojechał z własnej woli tam, gdzie przez dziesięciolecia jechało się w zasadzie wyłącznie pod przymusem. Bardzo mi się podoba struktura tej książki - reportaże przetykane dziennikiem - ale jeszcze bardziej podoba mi się talent autora do wyłapywania fascynujących postaci. Których w okolicy mniej i mniej:

Armań to typowa kołymska osada. Ma bardzo kruchą strukturę społeczną, która opiera się zaledwie na pięciu, sześciu rodzinach, małżeństwach z kilkorgiem dzieci i garstką krewniaków. Tylko oni zakładają interesy, kombinuja, gromadzą kapitał, tworzą miejsca pracy. Prawie zawsze zaczynają od sklepików, potem zakładają wielkie gospodarstwa rolne, firmy rybackie, skupy runa leśnego, zamrażalnie... Tacy liderzy mogą zebrać wokół siebie nawet półtora, dwa tysiące ludzi, tyle, ile na początku lat dziewięćdziesiątych żyło w Armaniu.
Wystarczy jednak, że wyjedzie jedno małżeństwo, za nimi ich dzieci, potem druga rodzina i rozpoczyna się exodus. Efekt domina. Miejscowe firmy, które żyły w symbiozie, padają jedna po drugiej, wszystko zaczyna się walić, ludzie tracą pracę a życie sens. W osadzie zostają tylko pijusy, biedacy, ludzie bez energii, inicjatywy. Taki los spotkał Armań. Leży nad jednym z najzasobniejszych mórz świata, a umiera. Z dwóch tysięcy mieszkańców zostało pięciuset, dziesiątki porzuconych domów zamieniają się w ruinę, a miejscowi menelicy prują z nich złom i drewno na opał, chociaż wkoło tajga i drewna w bród.
Takich osad na Kołymie są dziesiątki. Z ponad pięciuset tysięcy mieszkańców, którzy żyli tutaj, kiedy w 1991 roku rozpadał się Kraj Rad, zostało tylko około stu pięćdziesięciu tysięcy w pięćdziesięciu zamieszkanych siedzibach ludzkich.
[s. 28-29]

Najbardziej fascynujące są jednak rozmowy z ludźmi, którzy wyjechali kiedy już mogli - ale okazało się, że nigdzie indziej nic na nich nie czeka. Więc wrócili. Też z własnej woli. Może z przywiązania, może z bezradności. Dobrowolni ale bezwolni.

niedziela, 1 lipca 2012

Hugo-Bader, Jacek: W rajskiej dolinie wśród zielska

Warsztatem Hugo-Badera się już zachwycałem, więc drugi raz nie będę. Nie ma zresztą co się rozwodzić, jest rewelacyjnie i kropka. Kropka.

Ale ta książka mnie nieco zaniepokoiła. Nie że poznawczo - chociaż wydana w 2010 roku, to zbiera teksty pisane w latach 90. i około roku 2000. Wszystko się zmienia. Wschód też się zmienia, chociaż powoli. Książka traktuje o świadectwach - także ludzkich - poprzedniej epoki, ale po 10 latach sama już należy do poprzedniej epoki. Korzystanie z niej jako z przewodnika turystycznego byłoby, mam wrażenie, nieporozumieniem. Lektura z dystansem.

Bardziej mnie zaniepokoiło to, co dostrzegłem w samym autorze - napastliwość pytań, często posunięta poza granice nieuprzejmości wobec rozmówców. Nie wiem ile w tym było celowego zabiegu - żeby dotrzeć do człowieka, trzeba skruszyć pancerz z wyidealizowanych wspomnień, w którym ten się zamknął - a na ile wyszły na jaw prywatne antypatie do minionego reżimu. Czasem miałem wrażenie, że więcej było tego drugiego, i jakoś gorzej mi było podróżować w towarzystwie takiego reportera, który jest widocznie uprzedzony.


Olivier Nakache, Eric Toledano: Nietykalni

Bardzo dobry film, choć nieco przesłodzony, zwłaszcza pod koniec. Ale generalnie to daje radę. Przede wszystkim zabawny, a scena w operze kompletnie rozwala.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt1675434/