poniedziałek, 17 listopada 2014

"Opowiadania portugalskie XIX i XX w.", wybór i przekład Krystyna i Wojciech Chabasińscy, Janina Z. Klave, Kraków 1978

Przyjeżdżając do tropików południowoamerykańskich zawsze jesteśmy nieco podejrzliwi, to prawda. Nawet nie chcąc, przywozimy ze sobą pewien europejski kartezjanizm. A tropiki nie życzą sobie mieć z tym nic wspólnego, są niczym pełna niespodzianek ogromna maszyna, produkująca irytujące szpilki. Kręcące się zwierzaki, rośliny pożerające przestrzeń, ludzie próbujący pożreć cokolwiek w różnym czasie w miastach nagle powstałych i polipowatych, gdzie jest oliwa, kawior, buty, nieszpułki i wszystko inne. I są jeszcze kapelusze słomkowe, niewiarygodne rzeki i 300 milionów żarłoczności w stałej ewolucji.

Ale najbardziej mnie irytowało i zawsze zdumiewało pojawianie się i znikanie rzeczy.

Tak więc pewnego dnia wróciłem do domu, aby zjeść lunch. Otworzyłem drzwi, rzuciłem okiem na pocztę i poszedłem do kuchni. Przygotowałem sobie codzienną kiełbaskę i dżin-tonic bez toniku, taki jaki być powinien. Jeszcze żując poszedłem na taras, aby zaczerpnąć powietrza i podziwiać drapacze chmur, które zasłaniały mi wszystko.

Było to dziesiąte piętro. I nagle poczułem utkwione we mnie spojrzenie. Słoń, tu, na tarasie. Zdziwiłem się trochę, to jasne. Ale w końcu kim ja jestem, żebym sobie pozwalał na takie zdziwienia? Powróciłem do środka i postanowiłem coś jeszcze zjeść.

Jednakże kiedy po południu pracowałem, przypadek zaczął mi się podobać. Niewątpliwie było to towarzystwo solidne, potężne, stosowne, a nawet szacowne w domu kawalera.

Kiedy powróciłem wieczorem, żeby zjeść obiad, postanowiłem się upewnić. Poszedłem na taras, a zwierzę stało tam machając spokojnie trąbą. Wtedy zadbałem o wszystko, jak należy. Powróciłem do środka i przyniosłem dwa krzesła wyplatane słomą, wiejską matę i starą bambusową zasłonę, którą znalazłem pod zlewem w kuchni. Zdaje mi się, że mu smakowało. Powiedziałem słoniowi „dobranoc" i poszedłem usiąść przed telewizorem. Napiłem się tego co zawsze, położyłem do łóżka i zasnąłem pocieszony. Następnego dnia, ledwo wstał świt, powróciłem pełen radości na taras. I nic. Zwierzęcia tam nie było, zniknęło. Poszedł sobie słoń, który tyle mi przyniósł nadziei.

Wściekłem się więc. Tak być nie może. Wyszedłem zdecydowanie przez drzwi i poszedłem zaprotestować. Wsiadłem do pierwszej napotkanej taksówki i kazałem jechać do Biura Rzeczy Zagubionych i Znalezionych. Tam zagadałem do odpowiedniego urzędnika, który czytał gazetę za okienkiem, bardzo zajęty.
—  Zginął mi słoń!  — wybuchnąłem naprawdę obrażony i dotknięty.
—  Jakiego koloru — zapytał obojętnie, choć uprzejmie.
— Też pytanie! Oczywiście szary.
— Dobrze, zanotujemy. Ale kto wie, może pan mu nie dał dość jedzenia?
— Dwa krzesła słomiane, grubą matę i zasłonę bambusową, sądzi pan, że to mało?
— Niech pan się nie złości, niech pan się nie złości, bo nie warto. On wróci, to więcej niż pewne.

Gdy się nad tym zastanowić, to urzędnik miał rację. Tak właśnie mogło być. Wróciłem do domu, przygotowałem jeden dżin i zacząłem oczekiwać. Rzeczy w tropikach takie właśnie są. Pojawiają się i nikną. Jednakże kiedy chodziłem tu i ówdzie, pojawiły się: sympatyczna brunetka, siedem butelek dżinu i paczka herbatników z ararutowej mąki.

Słoń jeszcze się nie pojawił.
Takie jest życie.

[Mario Henrique Liria: Tropicalia, s. 311-312. Przekład: Janina Z. Klave. Oryginalnie w tomie Contos de gin-tonic, 1973]

Urocze opowiadania, zwłaszcza te z XIX wieku - takie, jakby ktoś opowiadał fragment swojego dnia, czasem bez wprowadzenia, bez puenty, bez zwrotów akcji. Kompletnie niedzisiejsze, porażająco zwyczajne - absolutnie niezrozumiałe, jeśli ktoś nie liznął choć odrobiny historii Portugalii. Nawet lektura dowolnej powieści Saramago wystarczy, bo powieść daje wystarczający kontekst obyczajowy. Im dalej w las tym nowocześniej, nawet miejscami surrealistycznie, niestety również tym mniej równo - ale na palcach jednej ręki mogę policzyć w tym czterystustronicowym tomiku takie teksty, które porzuciłem. Warto.

sobota, 8 listopada 2014

Łona i Webber: Wyślij sobie pocztówkę

Wszystko jest w tym projekcie dobre. Piosenka, wideo, pomysł na pocztówkę dźwiękową - której nie mam jak odtworzyć, ale i tak się jaram.




Wyślij sobie pocztówkę stąd.

piątek, 7 listopada 2014

Paula i Karol: Heartwash - płyta i koncert

Cztery lata mijają od mojego entuzjastycznego opisu Overshare, dwa od zdecydowanie spokojniejszej reakcji na Whole again. Chciałbym znowu napisać coś entuzjastycznego, ale znowu jestem raczej bliżej spokojnej akceptacji.

To nie tak, że ta muzyka przestała być wesoła. Nawet, kiedy teksty są poważne czy smutne, to są pełne energii. Historia rozstania zawsze chociaż delikatnie sugeruje nadzieję na coś nowego. Ale mam wrażenie, że ta młodzieńcza energia przestała być młodzieńczą energią - stała się wypracowanym środkiem wyrazu, a to zdecydowanie nie to samo.


Zakochani w poprzednich płytach (lub choćby tylko w jednej) nie będą rozczarowani - dowodem piosenka tytułowa:


Może to zresztą moje marudzenie, może to mój marazm przekłada się na zafałszowany odbiór tej płyty. Bo na koncercie (byłem w Stodole 16.10) wraca dobrze znane i ekscytujące wrażenie, że to cały czas zabawa ekipy przyjaciół, a nie poważne przedsięwzięcie muzyczne dorosłych ludzi. Jest radość, trochę przekomarzania się, trochę żarcików, zostaje nawet miejsce na delikatną improwizację. Może po prostu powinienem częściej chodzić na ich koncerty i wszystko wróci na swoje miejsce?


PS: I tylko wizualnie się bez dwóch zdań coraz bardziej rozmijamy. Okładka - groza. Teledysk - bez szału. No, nie można się we wszystkim zgadzać ;>

czwartek, 6 listopada 2014

Skubas: Brzask

Dwa lata po fenomenalnej płycie Wilczełyko, której nie opisałem tutaj wyłącznie dlatego, że zabrakło mi słów, Skubas wraca z materiałem przynajmniej tej samej klasy.

Nie ukrywam, jestem nieco mniej podekscytowany - głównie dlatego, że płyta jest, mam wrażenie spokojniejsza. Chyba trochę bardziej oszczędna dźwiękowo. Mniej jest na niej kawałków zachęcających do ruszania nóżką, mniej wpada w ucho, trzeba się w nią raczej wsłuchać niż czekać, aż się sama narzuci.

Ale to wsłuchanie się opłaca.


Wybrałem akurat bodaj najsmutniejszą piosenkę - trochę dlatego, że ma znakomity tekst, ale trochę z prostszego powodu - do niej jest wideo. Warto uważnie posłuchać też innych tekstów. Warto spróbować wrzucić tę płytę na słuchawki, zwłaszcza jeśli ktoś jesienią śmiga do pracy bladym świtem. Oszczędna precyzja Brzasku ma szansę doskonale się skomponować z porankiem.


PS: A, i jeszcze okładka płyty - drugi raz absolutnie bezbłędna grafika.

środa, 5 listopada 2014

Linklater, Richard: Boyhood

Gdyby nie Drzewo życia, byłby to prawdopodobnie najnudniejszy film ever. Niestety, przypada mu zaszczytne drugie miejsce. Rzadko widzę ludzi wychodzących z kina w trakcie projekcji, także każdy taki przypadek zasługuje na specjalną, honorową wzmiankę.

Może i koncept by się bronił. Zwyczajne życie - w końcu któż pamięta samego siebie tak dobrze? Zapominamy, pamięć się zaciera, wspomnienia zniekształcają. Przypomnienie tego, co każdy przeżył, ale każdy nieuchronnie zapomniał, jest pociągającym konceptem.

Może i można by docenić determinację reżysera: ci sami aktorzy, 12 lat produkcji.

Może i można by to wszystko, gdyby nie ta koszmarna nuda.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt1065073/


wtorek, 4 listopada 2014

Wszyscy jesteśmy słoikami

Przeczytałem jakiś czas temu Sońkę Karpowicza i niezbyt wiedziałem, co mam napisać. Nie podobała mi się. Historia poruszająca, ale wszak znana. Napisana dobrze, ale bez przesady. I ta dziwna narośl formalna, dramatyczna stylizacja. Nie, ogólnie nie. Potem była znana afera łóżkowa i już w ogóle mi się nie chciało nic pisać, zastanawiałem się tylko po cichu, jak ta książka musiała wyglądać zanim "uratowała" ją znana pisarka.

Ale odczekałem chwilę i nagle ciekawe światło rzucił na ten tekst Stasiuk swoim Wschodem.
Widzę, jak siedzą w kuchni nad kupką banknotów, którą ojciec właśnie przyniósł, i rozmawiają półgłosem. Słyszę za drzwiami ich smutną naradę. Oboje wymknęli się wiejskiej nędzy, by zakosztować miejskiego dostatku, który okazał się tylko łagodniejszą formą ubóstwa. Układają nominały w kupki. To jest chyba epoka sprzed tysiączłotówek, więc wypłata ojca wygląda nawet obficie. Przekładają z kupki na kupkę i mówią cicho smutnymi głosami, jakby się wstydzili. Jakiś czas potem przypadkowo natknąłem się na miejsce, gdzie chowali pieniądze. Leżały w szafie wśród chłodnych, wykrochmalonych prześcieradeł, które płukało się w wodzie z niebieską farbką, by nabrały zimnego czystego odcienia. Jak śnieg, gdy zapada zmierzch I pomiędzy nimi leżały wizerunki czarnych kopalń i rozpalonych hut. Wcale nie przeszły pościelowym chłodem. Gdy ich dotykałem, były ciepłe i miękkie. Wyobrażałem sobie, że brudzą bieliznę, ale nie miałem odwagi sprawdzić i naruszyć porządku w szafie, więc zabrałem dłoń.
Ale nawet z tym cienkim plikiem między prześcieradłami musieli odczuwać coś w rodzaju zadowolenia. Żyli w mieście. Na jego skraju, ale jednak. Nie czuli zaduchu stajni. Nie brnęli zgięci wśród ziemniaczanych bruzd. Matka używała perfum. Mieli adapter i płyty z Połomskim i Kunicką. Ale kartofle rosły w ogródku obok astrów i pamiętam też świnię czy wieprza w komórce na tyłach domu. Był z nim kłopot, bo raz po raz gruchotał zagrodę i wydostawał się na wolność, zapewne w przeczuciu własnego losu. Wieś szła za nimi. Zabrali ją ze sobą. Byliśmy wieśniakami z wieprzem, mieszczanami z gramofonem i proletariatem o szóstej rano stającym przy maszynie. I zarazem nie byliśmy właściwie nikim. Jak wszyscy wygnani ze swojego losu, ze swoich miejsc, ze swojego życia.
[Andrzej Stasiuk, Wschód, s. 263-264]

Nie wiem, jak w innych miastach - w Warszawie toczy się napędzana przez lokalne media regularna wojna. Pomiędzy tymi, których rodzice a najdalej dziadkowie przyjechali tu po wojnie ze wsi i małych miasteczek, a tymi, którzy ze wsi i małych miasteczek przyjechali sami stosunkowo niedawno. Podobno jest też frakcja "prawdziwych, przedwojennych warszawiaków", ale tych można policzyć na palcach obu rąk. Wspominałem o tym zresztą już 3 lata temu, też przy okazji lektury Stasiuka. Od tamtej pory nie zrobiło się lepiej. Pojawiło się tylko więcej głosów wskazujących na to, że linia podziału nie przebiega wcale między tutejszymi a przyjezdnymi, tylko między tymi, którzy już zdążyli zapomnieć, że są przyjezdni, a tymi, którzy wciąż pamiętają.

Ach, pierwszy język, mleko z socjalizacji, duma bez zasługi, wstyd bez winy. Najpierw języka zapomnieli rodzice, przenieśli się bowiem do Średniego Miasta Białystok. Musieli pracować, a pracować mogli tylko po polsku, w końcu mieszkali bieżąco w Polsce, dlatego pamiętali, żeby pa prostu zapomnieć. Gdyby zapomnieli o niepamiętaniu, natychmiast staliby się kacapami: koniec z przyjaciółmi, z pracą, z nowym, lepszym życiem w nowej, lepszej ojczyźnie. No i awans społeczny, któż mu się oprze po tej strasznej biedzie i krzywdzie? Wystarczająco obciążał dowód osobisty z rubryką "miejsce urodzenia"; takie jak Słuczanka budzie jednoznaczne podejrzenia.
[Ignacy Karpowicz, Sońka, s. 72]


Pamięć współtworzy tożsamość. Nie da się zdefiniować swojego miejsca w mieście, nie pamiętając, kiedy i skąd się do tego miasta przyszło. Niepokojące są rozumowania zerojedynkowe, w których przywiązanie do miejsca urodzenia wyklucza szacunek dla miejsca zamieszkania a bycie z miasta wyklucza zrozumienie dla ludzi spoza tegoż miasta. Mam wrażenie, że problemy z rozwojem Warszawy biorą się w sporej części z tego, że mało kto w niej umie powiedzieć kim jest i czego od miasta oczekuje. Co uważa za rolę miasta - i dlaczego - a co za swój własny obowiązek. Łatwo można zebrać opinie, jaka Warszawa ma nie być, jakie pomysły na jej rozwój są złe, kto się myli i kto się nie zna, ale do konstruktywnej krytyki a tym bardziej konstruktywnych działań ochotników jest niewielu. Jakby wszyscy czuli się nie u siebie – nie do końca zobowiązani, nie do końca zaangażowani, nie do końca chętni. Wszyscy, z urzędnikami i politykami szczebla lokalnego włącznie. Ciekawą pracę wykonał przed wyborami sztab Joanny Erbel – porozmawiali z ludźmi i stworzyli program, który próbuje odpowiedzieć na potrzeby mieszkańców; przynajmniej tych, którzy zechcieli rozmawiać i opowiedzieć o swoich potrzebach. Cóż z tego, skoro niewielu chce? Skoro więcej tu jest wykorzenionych niczym bohater Sońki. Te jego poszukiwania i nerwowe reakcje na samego siebie są bodaj najciekawszym elementem całej książki.



PS: A Stasiuk też rozczarowujący. Pierwszy od dawna, który nie inspiruje. Kiedy zostało postanowione, że tu przyjadę? Nigdy przecież nie podjąłem takiej decyzji, a jednak leżałem teraz w ciemności i chłodzie Wschodu. Rok po roku, kraj po kraju. Coraz starszy. W oczekiwaniu, że objawi się coś w rodzaju sensu. [Wschód, s. 201]. To może bardziej zapis podróży wewnętrznej, na którą ja chyba jestem już i jeszcze za młody.

PS 2: W temacie pamięci, dobry wywiad Stefana z Chrisem Niedenthalem: http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,chrisa-niedenthala-podroz-w-czasiebo-dla-polakow-wazne-jest-by-pamietac,147913.html




poniedziałek, 3 listopada 2014

Kupiec Wenecki, Opera Narodowa, 26.10.2014

Andrzej Czajkowski, reżyseria: Keith Warner, premiera polska: 24.10.2014 r.

Jezusie Brodaty, jak się ten Szekspir zestarzał. Nie chodzi nawet o poprawność polityczną, ale wszystko w tej sztuce jest tak boleśnie nieświeże nawet jako świadectwo epoki wychodzi tandetnie. I żadne uwspółcześnianie nie pomaga, to by trzeba skasować, zapomnieć, napisać od zera.

Scenografia spoko, ale nie ratuje. Głosy imponujące, zwłaszcza męskie, zwłaszcza Charles Workman i Lester Lynch (w ogóle ta postać w obsadzie to dość ciekawy pomysł). Za wyjątkiem Christophera Robsona jak się okazuje, wkurwia mnie kontratenor. Człowiek uczy się czegoś o sobie całe życie.

No i muzyka zachwytów nad kompozycją Andrzeja Czajkowskiego nie podzielam. Moja opinia na temat opery to rzecz jasna żadna opinia, ale to było zwyczajnie nudne. Nic nie zapamiętałem.

Także tak: bolesne libretto, słaba muzyka, interesująca scenografia i parę jasnych punktów w śpiewie. Szału nie ma.

Technikalia: http://www.teatrwielki.pl/repertuar/opera/kalendarium/kupiec_wenecki.html?kid=1431

niedziela, 2 listopada 2014

Gaba Kulka: The Escapist

Jak zwykle, ekstra płyta. Dopracowana muzycznie, znakomita tekstowo. Standardowo u Gaby - piosenek anglojęzycznych jest więcej niż tych po polsku, ale tym razem bezdyskusyjnie to te po polsku zasługują na największą uwagę.



 Wszystko robi na nas wielkie wrażenie.