niedziela, 31 stycznia 2010

Afryka Reggae Festiwal 2010, Toruń, Od Nowa, 30.01.2010

Na piątek nie pojechałem, więc nic nie powiem, ale z soboty:
  • Parassol: przykro mnie, nie zarejestrowałem;
  • Alians: oooo. Ooooo! Tu ktoś skręcił słaby filmik, ale widać zabawę: http://www.youtube.com/watch?v=ljW7u9Kb5OY, a tu Holi pstryknął sporo fajnych zdjęć: http://picasaweb.google.pl/holyfido/AliansAfrykaReggaeFestiwal2010#
  • Dubska: kurczę, nie doceniłem ich. Po przesłuchaniu płyty dosyć szybko o niej zapomniałem. Ocena: mdła i nijaka. Tymczasem koncert był niesamowicie bujający, z energią. Właśnie wróciłem do płyty i sprawdzam, gdzie popełniłem błąd ;) Zapowiedzieli też nową płytę, czekam!
  • Cała Góra Barwinków: kilka kawałków zapowiadających nowa płytę brzmiało całkiem smakowicie. Promomix jest na ich stronie: http://www.cgb.art.pl/pliki/promomix.mp3 - czekam do 22 lutego.
  • Daab: no, nudny trochę. Tzn. to jest oczywiście klasyka, ale jednak - jak walną takie plumkanie na 7 minut, marihuana, marihuana, to ja przysypiam.
Na skambomambo już nie zostaliśmy, bo było po 1 w nocy i zdecydowaliśmy o zmianie lokalu. Towarzystwo było pyszne, wyjazd się udał bardzo. Sam klimat festiwalu - fajny, beztroski, sala wypełniona nawet trochę za bardzo i szczera zabawa. Kilka zdjęć z wyjazdu, aczkolwiek raczej niezwiązanych z koncertem, wrzuciłem na Picasę:
Toruń, 30-31.01.2010


Ponadto: PKP obsysa, pociągi się spóźniały, zaliczyłem glebę na schodach dworcowych w Toruniu i mi nadgarstek puchnie, przeczytałem dwie książki w trasie. Znakomity weekend.

piątek, 29 stycznia 2010

Márai, Sándor: Żar

Lekturę poleciła mi moja szefowa; wcześniej porozmawialiśmy sobie nieco o książkach, i mniej-więcej spodziewałem się, że nie będzie to książka zła, ale raczej mi się nie spodoba.
I tak też się stało. Jest napisana znakomicie, bardzo bogatym, bardzo opisowym językiem, który snuje się w detalach, dokładnie rozrysowuje przestrzenie, charaktery, opowiada dźwięki, wrażenia... na pewno autor potrafił pisać. Niestety, moim zachwytom nad technicznymi umiejętnościami autora absolutnie nie towarzyszy zachwyt nad samą historią.
Sandor Marai doskonale stopniuje napięcie, wprowadza do opowieści coraz to nowe elementy, zaskakuje i zadziwia. Buduje historię dramatu jednostki, jednocześnie tworząc uniwersalny obraz psychiki człowieka. Konstruuje opowieść o ludzkich namiętnościach.
- przeczytałem w jednej z internetowych recenzji (http://www.granice.pl/recenzja.php?id=5&id3=208). No, może. Jak dla mnie, tam nie ma żadnego dramatu. Jest całkiem nudna historia starego człowieka, który - wypowiadając się z nieznośnej dla mnie perspektywy: wszystko widziałem, wszystko przeżyłem - rozgrzebuje bez sensu wydarzenia sprzed ponad 40 lat. Nie ma początku, nie ma konkluzji, odbywa się to po nic i skutkuje niczym. W zasadzie, to byłby wniosek, który ja z tej lektury wyciągnąłem: po latach pewne sprawy, kiedyś może ważne, nie mają zwykle znaczenia. Warto zapominać.

Może dla tego morału warto zapamiętać tę książkę.

Żadan, Serhij: Big Mac

Uwaga, spoiluję opowiadanie Terytorialne wody jej wanny:
- Mam problemy - zaczyna i zaciąga się nerwowo. - Przepraszam, że cię wyciągnęłam z domu.
- To nic. Przepraszam, że nie zdjąłem butów. Mokro tu.
- Tak, przepraszam, radio wpadło mi do wody.
- Chcesz, żebym je naprawił?
- Nie, nie, rozumiesz, mam problem z twoim znajomym.
- Z jakim znajomym?
- No, z twoim rodakiem. Z Alikiem.
- A jakie z nim mogą być problemy?
- Zakochał się we mnie.
- Przecież jest komputerowcem - powiedziałem czemuś.
- No to co - nie może się we mnie zakochać komputerowiec? - zakaszlała Anna-Maria.
- Dobry komputerowiec - nie. Oni są egocentryczni, im nie do tego.
- Znaczy, że Alik jest złym komputerowcem - poważnie powiedziała Anna-Maria.
- Jest moim przyjacielem - zaprzeczyłem - i rodakiem.
- Mieszkacie niedaleko?
- Tak. Nasze miasta są niedaleko. Pięćset kilometrów, rozumiesz?
- Wczoraj zadzwonił do mnie i powiedział, że mnie kocha. Co mam robić?

Z nią zawsze są takie problemy, cały czas się skarży, to kontrolerzy w tramwaju się jej oświadczają, to staruszki w operze, zresztą nic dziwnego, jest miłą kobietą, z naiwną twarzą i pięknymi piersiami, no i mój przyjaciel Alik coś sobie wymyślił, zresztą to ja ich przedstawiłem sobie całkiem niedawno, siedzieliśmy w jakimś klubie, spotkalismy się po prostu wieczorem, siedzieliśmy, piliśmy, ona i Alik szybko się narąbali, zaczęli coś śpiewać, no i teraz muszę tego wszystkiego wsyłuchiwać.

[...]

Jeszcze parę lat temu, mieszkając w Kijowie i nie znając obcych języków, Alik zajmował się czymś stosowanym, zdaje się, lingwistyką, i przez to porządnie pił. Nie miał specjalnie dobrego zdrowia i alkohol wchodził mu ciężko. Alik ciągle rzygał i miewał potworne, wielogodzinne kace. Picie rzucił całkiem niespodziewanie, kiedy pewnego razu przyszedł do domu mocno pijany i obudziwszy się w środku nocy, poszedł rzygać pod prysznic. Odkręcił kran i spróbował napić się wody z umywalki. Woda była słodka. To ruszyło Alika. Następnego dnia obudził się, od razu przypomniał sobie o wodzie i poszedł spróbować. Woda w dalszym ciągu pozostawała słodka. W innym kranie, w kuchni, woda też była słodka. Alik się przestraszył. Na trzeci dzień woda znowu była normalna, ale przestraszony Alik już postanowił, że rzuca picie. Zwolnił się ze swojej katedry, pokłócił z szefem i zapisał na kurs komputerowy. Już po kilku miesiącach składał kolorowe wykresy w punkcie skupu zboża [...].

[...]

Siedzę i słucham Anny-Marii, słucham, jak nerwowo opowiada jakąś zagmatwaną historię, jak nie wytrzymuje i zaczyna głośno płakać, i wyznaje Alikowi miłość, Alik rozczulony coś do niej szepcze w odpowiedzi, ona dalej szlocha, chowa twarz w dłoniach, Alik schyla się nad nią i zaczyna ją obejmować, ona też go obejmuje i dalej płacze, motyle latają przestraszone nad ciepłymi wodami i po cichu wychodzę na korytarz. Dziwne, bardzo podoba mi się ten mechanizm, ta zasada, według której wszystko się odbywa, dobrze zrobione, nie pogadasz, na przykład oni - szlajali się po tym kontynencie, szlajali się razem z milionami innych obywateli, z kimś żyli, kogoś rzucali, przed kimś uciekali, a i tak spotkali się, popatrz, nie minęli się, nie zgubili wzajemnie, spotkali i nagadali kupę głupot, ale wszystko jedno - jest im dobrze, będą sobie dalej mówić, będą opowiadać sobie wszelkie rzeczy, potem, może, będa się kochać. Może nawet w wodzie. Jak ryby. Albo trytony.

[ss. 98-99, 103, 112]

I w tym zbiorze jest sześć takich. Mi się bardzo - zupełne wariactwo, jak to czytam, to mam ochotę zostawić pracę i pobujać się trochę po Europie. Ale chyba za stary i zbyt zezgredziały jestm ;>

sobota, 23 stycznia 2010

Kapuściński, Ryszard: Jeszcze dzień życia.

Z kalendarza wyliczyłem, że był to 18 października 1975. I jak już wspomniałem - sobota. To tłumaczyło milczenie telefonów. Bo w sobotę i niedzielę zamierało całe życie. Te dwa dni rządziły się własnymi, nienaruszalnymi prawami. Milkły działa i zawieszano wojnę. Ludzie odkładali broń i zapadali w sen. Wartownicy opuszczali posterunki, obserwatorzy chowali lornetki. Pustoszały drogi i ulice. Zamykano sztaby i urzędy. Wyludniały się rynki. Wyłączały się radiostacje. Stawała komunikacja. W niepojęty, ale całkowity sposób, ten wielki kraj razem ze swoją wojną i zniszczeniem, ze swoją agresją i biedą stawał. Nieruchomiał jak zaczarowany, jak zaklęty. Najbardziej tytaniczna eksplozja, żadne zjawisko niebieskie ani żadne ludzkie wołanie nie było w stanie ruszyć go z sobotnio-niedzielnego letargu. Przede wszystkim nie mogłem nigdy ustalić, gdzie podziewali się ludzie. Najbliżsi przyjaciele znikali jak kamień w wodzie. Nie było ich ani w domach, ani na ulicy. Nie mogli też wyjeżdżać poza miasto. Kluby, restauracje, kawiarnie - to nie istniało. Nie wiem. Nie potrafię tego wytłumaczyć.
To sobotnio-niedzielne odprężenie respektowały wszystkie walczące strony, najzacieklejsi wrogowie uznawali prawo przeciwnika do dwudniowego relaksu. W tej sprawie nie było żadnych różnic, weekendowe lenistwo ogarniało i jednoczyło wszystkich. Ci ludzie byli tak skonstruowani, że starczało im energii życia od poniedziałku do piątku, po czym o północy przechodzili w stan nirwany, w niebyt, nieruchomiejąc w tych pozycjach, w jakich zastała ich godzina zero. Zalegała apatyczna cisza działająca na wszystko jak środek nasenny. Nawet zdawało się, że zasypia przyroda. Ustawał wiatr, sztywniały palmy, zwierzyna zapadała się pod ziemię.
[s. 88-89]

Kapuściński się jakby komentuje sam. To o wojnie w Angoli - potęga mojej sklerozy jest bezgraniczna, więc warto zapisać. Czytałem wydanie Czytelnika z 1976 roku.

Jachimek, Tomasz: [Ja]³ czyli dwa do jednego

Info tu: http://jadotrzeciej.blogspot.com/

Do połowy jest to bardzo fajne przedstawienie, dodatkowo niesamowicie zabawne. Lubię Jachimka. Pozostałych aktorów nie znałem, ale też bardzo dali radę. Koncept historii wydaje się niezły, sekwencja zdarzeń sensowna, a wszystko jest przedstawione rozbrajająco komicznie. Z dylematów nad żelazkiem zerka sobie przyczajony w tle pan Gombrowicz, a cała scena randki jest już w ogóle mistrzostwem świata. Ja nie mam 34 lat i nie jestem po zawale, ale to było o mnie - i myślę, że taki komentarz ze strony widza to komplement.

Niestety od połowy fabuła się gubi i spektakl staje się serią skeczy. Czasami śmiesznych na wesoło, czasami ironicznie gorzkich, zawsze dobrych, ale niestety - cały czas tylko skeczy. A nawet najlepsze skecze nie połączą się same w przedstawienie.

Bardzo dobrze się bawiłem, ale wyszedłem nieco rozczarowany. Spodziewałem się usłyszeć historię, tymczasem ktoś mi ją zaczął opowiadać, po czym uznał, że chyba już wszystko jasne i można popaść w dygresje. Trochę szkoda.

wtorek, 19 stycznia 2010

Gilliam, Terry: Parnassus

Film przezabawny i fascynujący w szczególe, nudny w ogóle. Fabuła uzasadnia całkowitą dowolność w kreowaniu świata przedstawionego, z czego Gilliam korzysta skwapliwie; fajerwerki wyobraźni: postacie, sprzęty, otoczenie, kolory, zdarzenia, wszystko to ogląda się jak najbardziej wciągające obrazki z dzieciństwa. Do tego dochodzi milion przezabawnych scen - zwłaszcza z zawadiackim Tonym (Ledger - Depp - Law - Farrell) czy rozbrajająco autoironicznym karłem Percym (Verne Troyer). Ale cała opowiedziana historia jest bezsensownie płytka, ani nie wciąga, ani nie skłania do refleksji, irytuje swoja nielogicznością, sprawia wrażenie trochę dziecięcego histeryzowania nad nie wiadomo czym. Generalnie to mi się ten film nie podobał, choć bardzo miło się na niego patrzyło.

http://www.filmweb.pl/f461432/Parnassus,2009

piątek, 15 stycznia 2010

Cameron, James: Avatar

1. Podzielmy najpierw film na 3 części: fabułę, świat przedstawiony i efekty 3D

2. Fabuła: absolutnie nie przeszkadza w odbiorze. Moje oczekiwania były żadne więc i rozczarowania nie ma. Jest to mieszanina Króla Lwa, Pocahontas i Braveheart. Wszyscy to znają, tak więc można bez problemu skupić się na rzeczach ważniejszych. Oczywiście, ponieważ jestem idiotą, wzruszyłem się w  kilku miejscach, ale to kwestia indywidualnych słabości. Ogólnie jest OK.

3. Efekty 3D: mi było ich trochę mało. Ale zwalam to na karb mojej ignorancji. Był to pierwszy film 3D, który widzialem. W życiu nie byłem w imaksie czy cos jak to. Myslałem, że jest tego więcej i bardziej spektakularne. Tymczasem jest todobre (zwłaszcza wizualizacje "monitorów" komputerowych), ale nie wgniata w fotel. Oglądałem na samym środku sali 1 w multikino złota teresa.
Godne odnotowania jest podejście do napisów. Mi one przeszkadzały w ogóle, i akurat efekt 3d: napisów pływających przed ekranem irytował mnie jeszcze bardziej. Ale Roody zwrócił mi uwagę, że zrobienie tych napisów własnie tak 3d było jedynym sposobem na to, żeby nie zabić obrazu - płaskie napisy byłyby w ogóle nie do przyjęcia. No i doceniam to, że zależnie od tego, gdzie w danej scenie były kluczowe elementy obrazu, napisy były przemieszczane po ekranie tak, żeby zasłaniały jakieś mniej istotne tło.

4. Świat stworzony w tym filmie natomiast... łokurwesku, tu nie ma pytań. Jest kompleksowy jak ten z Władcy Pierścieni[1]. Wciągający bardziej. Po prostu... moc. Za wymyślenie tego, zwierząt, roślin, terenu, całego systemu wierzeń, historii, obecnego podziału klanowego, podziału ról wewnątrz klanu, i za odwzorowanie tego w grafice - moje serdeczne kudosy. MOC!!! To jedna z tych opowieści, po których mam ochotę być w tym miejscu, o którym mi ktoś opowiadał. Rzadkie uczucie, ale tym bardziej cenne.

Podsumowując - znakomity film, jeśli ktoś jest gotów przyjąć podział założony w p. 1.

Technikalia: http://avatar.filmweb.pl/

[1] Mówimy o filmie. Nie zestawiam tego ze wszystkim co zostało napisane o świecie Śródziemia, bo tu nie ma dyskusji.

środa, 13 stycznia 2010

Almodóvar, Pedro: Talk to her

Nie jestem pewien, czy mam ochotę wierzyć w przeznaczenie, a ten film mi mówi, że kiedy chodzi o miłość, to w zasadzie żadna inna możliwość niż przeznaczenie nie istnieje. Prowadzi do niego mnóstwo przypadkowych, drobnych wydarzeń, po drodze może się wydawać, że dzieje się (i w ostateczności stanie się) coś zupełnie innego, ale to tylko wrażenie, bo ostatecznie to wszystko tryby przeznaczenia. Więc jakkolwiek sam film mi się bardzo podobał, to przesłanie pozwolę sobie nieco pokontestować.
Motyw z Marco, Lydią i Niño znalazłem szczególnie urzekającym: jak masz powiedzieć bliskiej osobie coś ważnego to nie zwlekaj za długo, bo nigdy nie wiadomo, co może ci przeszkodzić w rozmowie. A myślę sobie, że tak utknąć na przykład na długie lata pielęgnując osobę, która nie zdążyła mi powiedzieć, że tak naprawdę ma mnie w dupie, to by była dość nieprzyjemna opcja.
Aha, zakochałem się w Leonor Watling. Nie tak bardzo, trochę, ale jednak ;)

wtorek, 12 stycznia 2010

Almodóvar, Pedro: Women on the Verge of a Nervous Breakdown

Fantastyczne królestwo chaosu. Oglądam to i w ogóle nie jestem w stanie zrozumieć motywacji, którymi kierują się bohaterowie (bohaterki) tego filmu. Tak, jakby u każdego człowieka w środku chodził jakiś mechanizm czerpiący wyłącznie z bieżących emocji, każdej emocji przypisujące jakąś możliwą reakcję, choćby luźno się z nią kojarzącą, i każący zachowywać się w tak określony sposób. Wychodzi z tego emocjonalna, nielogiczna, wręcz antyracjonalna losowość. Porażająco zabawnie opowiedziana, trzeba dodać. A już reklama proszku do prania rozłożyła mnie na łopatki :D

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Tokarczuk, Olga: Gra na wielu bębenkach

Tokarczuk w krótkich formach to nie jest ta Tokarczuk, którą lubię. Oczywiście są w tym tomie opowiadania dobre, chyba wszyscy znają Żurek, poza tym tytułowe Gra na wielu bębenkach, w którym można wyczuć drgania tego motywu, który kilka lat później rozwinął się w prze-rewelacyjnych Biegunów. Poza tym drobne fragmenty w kilku innych, jak choćby ten poniżej, z Che Guevary:
Ontologia pani Anny była taka; wierzyła, że jej sen ratuje świat. Że w czasie jej snu świat - już nadpsuty, podniszczony, zużyty - regeneruje się. Że śpiąc, ratuje wszystko od śmierci. Nikt o tym oczywiście nie wie - ludzie są przecież tacy żałośnie dwuwymiarowi ("jak kartka papieru", mówiła), tylko ona, ja i jej lekarz, znaliśmy prawdę. [...]
Lecz jakże ma ratować ten świat, skoro cierpi na bezsenność? Pokazywała mi wzrokiem tłoczących się w kolejkach ludzi, strajkowe transparenty na uniwersytecie - wszystko to działo się z powodu bezsenności pani Anny Topiel, emerytowanej nauczycielki języka polskiego, odwiecznej mieszkanki Nowego Światu.
Mówiła, gdy piłyśmy tę niedobrą herbatę madras z jej pięknych złoconych filiżanek - że świat potrzebuje około ośmiu godzin jej snu. To nie za wiele. Ale, mówiła, ona śpi godzinę, dwie, i to niespokojnie nad samym ranem. Przez ten słaby sen słyszy, jak świat trzeszczy w posadach. Wprawdzie lekarz przepisał jej tabletki na sen i na lepszy nastrój, ale nie może ich brać. Nie można manipulować prawami rzeczywistości za pomocą prymitywnej farmakologii. [...]
Kiedyś widziałam, jak usnęła. Spała na fotelu z głową przechyloną na bok i ze spokojną piękna twarzą. Mimowolnie podeszłam do okna - musiałam to sprawdzić. Zza niskich, pędzących jesiennych chmur wyjrzało słońce i rozpłynęło się po dachach kamienic.
[s. 188-189]

Ale na większości z tych tekstów poległem. Próbowałem, czytałem kilka stron i znudzony przeskakiwałem do następnego. Zupełnie mi się nie.

sobota, 9 stycznia 2010

Tokarczuk, Olga: Ostatnie historie

Do końca także, i kilkadziesiąt lat później, przysyła jej kartki na święta i krótkie listy. Jego pismo z roku na rok jest coraz bardziej nieporadne. Zaczyna zdania od myślników, jakby robił spis rzeczy, które wydarzyły się pod nieobecność córki. Ida lubi ten sposób porządkowania faktów, jest jej bliski. Ojciec pisze na przykład tak:
"Droga Ido,
- u nas nic specjalnego się nie dzieje.
- Twoja matka skręciła nogę w kostce i miała ją w gipsie, ale już jej ten gips zdjęli.
- Zmarła Twoja nauczycielka polskiego, byliśmy na pogrzebie.
- Wyniosłem krosna na strych. Nie będę już tkał.
- Matka ma rację, nie ma zbytu na moje kilimy.
- Zdechł Baca; nie chcemy już innego psa."
I tak dalej. Z jego ostatniej kartki nie wynika, że jest bardzo chory.
[s. 91-92]

Są takie poruszające fragmenty (znowu to umieranie) jak ten, kiedy stary człowiek przyjmuje do wiadomości, że nie ma zbytu na jego kilimy, że jego pies umarł, że posiadanie kolejnego psa nie ma sensu, kiedy nie przyjmuje do wiadomości, że jest chory. Ale to są fragmenty. Poza tym ta książka jest - na tle innych Tokarczuk - nijaka. Mdła. Pierwsza część ma specyficzną, wciągająca atmosferę, i chociaż czyta się ja bez emocji, to ta atmosfera kusi, zachęca, zapowiada, że kolejne części (a wszystkie są ze sobą splecione), zapowiedziane tutaj, dopełnią opowieści. Druga część nie nawiązuje do pierwszej prawie wcale i jest bardzo dobra. Trochę przypomina Traktat o łuskaniu fasoli Myśliwskiego. Natomiast trzecia jest rozczarowaniem na całego. Nie przynosi żadnego zamknięcia, snuje się, jest miałka, płaska i pozostawia wrażenie niespójności i bezsensu.
Najwyraźniej nie można cały czas pisać tylko dobrych książek.

piątek, 8 stycznia 2010

Tokarczuk, Olga: Prawiek i inne czasy

Stasia tęskniła do syna, który od razu po szkole został na Śląsku. Przyjeżdżał rzadko i po swoim ojcu miał to, że kazał Stasi na siebie czekać i czekać. Wczesnym latem szykowała dla niego pokój, ale on nie chciał zostać dłużej, tak jak dzieci Pawła, na całe wakacje. Wyjeżdżał po kilku dniach i zapominał zabrać soki, które robiła dla niego cały rok. Brał jednak pieniądze, które matka zarabiała na wódce.
Odprowadzała go na przystanek przy szosie kieleckiej. Na skrzyżowaniu leżał kamień. Stasia podnosiła go i prosiła:
- Połóż tu rękę. Będę miała po tobie pamiątkę.
Janek rozglądał się wokół niespokojnie, a potem pozwalał, żeby pod kamieniem przy rozstajach na rok został kształt jego dloni. Potem, na Boże Narodzenie i Wielkanoc, przychodziły od niego listy, które zaczynały się zawsze w ten sam sposób: "W pierwszych słowach mego listu zawiadamiam, że jestem zdrowy, czego i mamie życzę."
Jego życzenia nie miały mocy. Pisząc myślał pewnie o czym innym. Którejś zimy Stasia nagle zachorowała, i zanim karetce pogotowia udało się przedrzeć przez zaspy śniegu, umarła.
Janek przyjechał spóźniony, akurat gdy zasypywano grób, a wszyscy już się rozeszli. Poszedł do domu matki i długo przyglądał się rzeczom. Te wszystkie słoje z sokami, perkalowe zasłonki, szydełkowe narzuty i pudełeczka zrobione z pocztówek, które wysyłał matce na święta i imieniny, choć nie miały dla niego wartości. Meble po dziadku Boskim były toporne, zupełnie nie pasowałyby do segmentów na wysoki połysk. Filiżanki miały wyszczerbione brzegi i poobtłukiwane uszka. Janek zamknął dom na klucz i poszedł go oddać wujowi.
- Nie chcę tego domu ani niczego, co pochodzi z Prawieku - powiedział do Pawła.
Gdy wracał Gościńcem na przystanek, zatrzymał się nad kamieniem i po chwili wahania zrobił to samo, co każdego roku. Tym razem wcisnął dłoń głęboko w zimną, na wpół zamarzniętą ziemię i trzymał ją tam tak długo, aż z chłodu zdrętwiały mu palce.
[238-239]

Czytałem tę książkę już raz, kiedyś, kiedy bylem studentem polonistyki. I wtedy na pewno miałem o niej jakieś mądre przemyślenia. Miałem podbudowę teoretyczna i warsztat interpretacyjny. A teraz mi się po prostu podoba.

Podoba mi się umieranie. Wszystko w niej umiera, świat się rozpada, nic nie zostaje. Ludzie odchodzą nagle, z wojną, albo spokojnie, po cichu, w naturalnym porządku. Uciekają żeby nigdy nie powrócić albo po prostu ewoluują w życie gdzie indziej. Sprzęty rdzewieją i śniedzieją, zarastają ogrody, zapadają się domy, w końcu nie zostanie nic. Może ten odcisk dłoni pod kamieniem, że niby kiedyś tu jednak było życie. Prawiek i wszystko, co się zetknęło z Prawiekiem, umiera, i to umieranie jest smutne, ale takie ładne. Może dlatego, że ja jakiś sentymentalny ostatnio.

Całkiem naturalnie wypadałoby przeczytać gdzieś w okolicy tej książki Sto lat samotności, ale ten powrót lekturowy będzie musiał chwilę poczekać.

Pablopavo + Marta Strzelecka: Nie mam nic przeciwko manikiurowi

SMS do ukochanej wydaje mi się ważnym punktem programu. Skąd potrzeba w mężczyznach, żeby kiedy są z kumplami na piwie, wysyłać do ukochanych SMS-y, nad ranem zazwyczaj?

Liryczna tęsknota się budzi po kilku piwach. Jest zabawa, zabawa, zabawa, a potem przychodzi myśl, że to jałowe jakieś jest, że to jednak sensu nie ma. Wtedy biedny Odys dzwoni do swojej kobiety, która czeka. Albo nie czeka. Próbuje załagodzić sytuację albo zdobyć potwierdzenie. Często właśnie nad ranem, kiedy jest z kumplami na piwie, okazuje się, że ta kochanka jest trochę kochanką, ale trochę też matką, ma wybaczyć, przytulić, powiedzieć, że mimo wszystko on jest fantastyczny, że ma już wracać.

molto bene rozmowa :)
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53581,7405370,Nie_mam_nic_przeciwko_manikiurowi.html?as=2&ias=3&startsz=x

wtorek, 5 stycznia 2010

Pessoa, Fernando: Bankier anarchista

- [...] Jako spekulant, jako bankier, jako pozbawiony skrupułów finansista - wybacz, lecz sam to powiedziałeś - stworzyłeś tyranię. Stworzyłeś tyranię na taką skalę, jak każdy inny zwolennik fikcji społecznych, które rzekomo zwalczasz.
- Nie, mój drogi, mylisz się. Ja nie stworzyłem tyranii. Tyrania, która może wynikać z mojego udziału w walce przeciw fikcjom społecznym, nie ode mnie bierze początek, zatem nie ja ją stworzyłem. [...] Nie, przyjacielu, ja tworzyłem tylko wolność. Wyzwoliłem jednego człowieka. Siebie. Moja metoda, jak ci tego dowiodłem, jedynie słuszna metoda anarchistyczna, nie pozwoliła mi wyzwolić większej liczby osób. Kogo mogłem wyzwolić, tego wyzwoliłem.
[s. 59-60]

Krótki tekst, a w całkiem zabawny. Taki obśmiany anarchizm nie tylko dla orłów.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Saramago, José: Historia oblężenia Lizbony

Tadam! Kurczę, nie wiem, czy tej ksiązki nie oceniam przypadkiem jako najlepiej napisanej ze wszystkich do tej pory przeczytanych przeze mnie tekstów Saramago.
Rytm narracji sam popycha do dalszego czytania, a historia jest wielopoziomowa, na każdym z poziomów ciekawa, miejscami rozbrajająco ironiczna, a nawet kiedy robi się romantyczna, to też jakoś nie przesładza. Git.

Prawdę mówiąc, byliśmy już wtedy ważnym narodem, tak jak jesteśmy teraz, i nie trzeba było czekać trzy wieki na Machiavellego, aby wzbogacić praktykę i słownictwo politycznej przebiegłości, natychmiast nazywając to genialne posunięcie uderzeniem alfonsowym, Nie ma Boga nad Allacha, krzyczy almuadem i Portugalczycy jak jeden mąż ruszają szturmem na bramy miasta, krzycząc dla dodania sobie animuszu, chociaż bystry, ale bezstronny obserwator mógłby dostrzec niedostatek wiary w biegnących zastępach, jakby nie wierzyli, że tak niewielu może zajść tak daleko. To prawda, że łuki i kusze wystrzeliwały prawdziwy deszcz strzał i bełtów w stronę blanek, aby usunąć z nich straże i uczynić więcej miejsca dla atakujących na pierwszej linii, którzy młotami i toporami próbują wyważyć drzwi, podczas gdy inni operują ciężkimi taranami, ale Maurowie nie oddawali pola, po pierwsze dlatego, że korzystali z ochrony, którą zapewniały im zbudowane naprędce daszki, po drugie, kiedy daszki zapaliły się od płonących strzał, zrzucili je z murów wprost na głowy Portugalczyków, którzy musieli się wycofać, przypaleni jak świnie podczas uboju. Po ugaszeniu żywych pochodni, dla osiągnięcia czego niektórzy żołnierze Mem Ramiresa musieli wskoczyć do wód zatoki, skąd wyszli, krzycząc i wzywając maści i pomad, artyleria uderzyła ponownie, teraz jednak z większą roztropnością, używając przede wszystkim kamieni i twardych glinianych kul, bo diabelsko złośliwi Maurowie oddawali nam naszą własną amunicją i zdarzyło się nawet, że Portugalczyk zginął od strzały, którą wprzódy wypuścił w stronę Maurów, widać więc, że nikt nie umknie przed przeznaczeniem. Takie przypadki, choć rzadko, zdarzają się na wojnie, szczegolnie przy oblężeniach, podczas których wykorzystuje się wszystko, strzała wylatuje, strzała przylatuje, i gdyby nie zużywanie się materiału od nieustannego wykorzystywania, bitwa taka jak ta mogłaby się nigdy nie skończyć i w końcu doszlibyśmy do sytuacji skrajnej, w której zostałby nam tylko jeden człowiek mający do dyspozycji cały kompletny arsenał, tyle broni i nikogo, kogo można by zabić.
[s. 277-278]