niedziela, 4 września 2016

Tomasz Wasilewski: Zjednoczone stany milosci

Najgorszy film, jaki oglądałem od długiego czasu. Od niepamietamkiedy. Trzy historie, od 1/3 pierwszej z nich męczyłem się i tylko czekałem, aż się to wszystko skończy. Najpierw bohaterka z typu "cipowata", a potem set 2 historii, z których trudno wybrać mniej wiarygodną.

I tylko przejścia między epizodami zrobiły na mnie wrażenie - już raz pokazana scena, ze zmianą perspektywy. Eleganckie.

Poza tym nic, pustka i dramat. No ale świat jest zachwycony, zawodowi krytycy również, więc wychodzi po raz kolejny na to, że ja się nie znam. Polecam się na przyszłość.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt5333110/

Zadie Smith: Białe zęby

Długo się broniłem przed tą książką, w sumie nie wiem czemu. Z jakiegoś powodu miałem wrażenie, że to będzie coś pomiędzy melodramatem a dramatem psychologicznym, że będzie o cierpieniach imigrantów, o społecznej krzywdzie i ogólnym poniżeniu. A ja się nie lubię męczyć przy lekturze, jestem leniwy i dość wygodny.

No ale ostatecznie - wziąłem się.

Święty Barnabo w rabarbarze, ale dobre! Fascynujący kłębek ludzkich losów. Każdy ma swoją, wyjątkową historię, ale też każdy jest osadzony głęboko w swojej rodzinie - czy akceptuje to, czy próbuje się z tego osadzenia wyrwać - a wreszcie każda rodzina, ale też każdy indywidualnie, osadzony jest w tym trójrodzinnym splocie i w szerszym, londyńskim kontekście. Z tego galimatiasu indywidualnych, rodzinnych i społecznych uwarunkowań i oczekiwań wychodzą historie niezwykłe: niewiarygodne, wydawałoby się: niemożliwe - tacy ludzie nie powinni się spotkać, nie powinni mieć o czym ze sobą rozmawiać! - a jednak. Opisane tak, że nie sposób w nie nie uwierzyć.

Oczywiście, bez dwóch zdań: jeśli czytać uważnie, to można wyczytać dość przygniatające tło bardzo powoli dojrzewającej do wielokulturowości Anglii lat 70. i 80. Można także zwrócić uwagę, że nierówności społeczne, które się w tych latach ukształtowały, nie zostały później zupełnie wyeliminowane, że jeśli ktoś z "klasy niższej" pochodzi, to w niej dojrzeje i umrze i przekaże ją w spadku swoim dzieciom. Ale choć na problemy te można i warto zwrócić uwagę, to nie przygniatają one, nie narzucają się. Można uczynić sobie z tej książki lekturę wręcz przygodową.

I nie ma się co oszukiwać: to zasługa fenomenalnego języka Smith. Ostrego, wyrazistego, zdolnego do oddania drobiazgu w tak plastyczny sposób, że natychmiast przed oczami staje całość:

Ryan był rudy jak wiewiórka, a Clara czarna jak smoła. Piegi Ryana mogły się przyśnić entuzjastom łamigłówek typu „połącz kropki”, Clara zaś potrafiła objąć siekaczami jabłko, nie dotykając go językiem. Nawet katolicy nie mogli im tego wybaczyć (a katolicy są równie skorzy do wybaczania jak politycy do składania obietnic, a dziwki do dawania dupy).
[s. 37]

Poleca się. Na wakacje, na po wakacjach, na zimę - poleca się. 


PS: Ksiązka to jeden z prezentów ślubnych, dzięki!