wtorek, 28 sierpnia 2012

Tokarczuk, Olga: Moment niedźwiedzia

Uwielbiam powieści Tokarczuk, ale w Momencie niedźwiedzia się nie odnalazłem:

1. Tokarczuk-publicystka w ogóle mnie nie rusza; albo proponuje ćwiczenia intelektualne dla mnie zbyt skomplikowane (Jak wymyslić heterotopię. Gra towarzyska), albo prezentuje poglądy, na które jestem programowo obojętny (Maski zwierząt).

2. Tokarczuk-miniaturzystka (jest takie słowo?) dokonuje obserwacji tak magicznych, że aż nieprawdopodobnych, niestety (Mapy lęku); nie zarzucam jej naciagania rzeczywistości, ale niestety jej rzeczywistośc mi się nie zdarza, i nie uwierzę dopóki nie zobaczę.

3. Tokarczuk-eseistka (lub felietonistka) jest słaba słabością kiepskiego żartu (Mały stronniczy przewodnik po Polsce...) lub po prostu nudna (Odra).

Także fajnie, fajnie, ale ja poczekam na kolejną powieść. W międzyczasie ponowię lekturę Biegunów, książki doskonałej.

Morris, Christopher: Four lions

ROTFL po stokroć. Nie wiem tylko, z kogo bardziej - z kretyńskich zamachowców czy z durnych "przeciętnych Brytyjczyków", czy może z ich zidiociałej policji.


Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt1341167/

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Allen, Woody: To Rome with Love

Słodki jezu, czy ja się nigdy nie nauczę, że mnie Allen denerwuje? Ten jego skretyniały typ narratora, ten jego cipowaty typ bohatera, te łopatą podawane prawdy życiowe i morały. Plus jeszcze do tego kilka slapstickowych gagów wciśnietych w środek, sam Allen, który jest chyba najbardziej wkurwiającym aktorem ever, i nachalny product placement (nie wspominając o nachalnym city-placement, czy jakkolwiek by się to profesjonalnie nie nazywało). Recepta na hicior.

Ale nie, tak sobie tylko narzekam w sumie, żeby dobrze zacząć poranek i cały tydzień. Bo tak naprawdę to Allen jest jak McDonald - mieli te swoje hambuksy hurtowo, z najgorszego sortu odpadków i tektury, a i tak wychodzą mu całkiem poprawne bigmaki. Można iść, ustawić poprzeczkę oczekiwań na mid-low i bawić się całkiem znośnie.

Na plus: zabawny portret włoskich mediów i kilka naprawdę wesołych żartów, głównie w wykonaniu Aleca Baldwina (propsy) i Penélope Cruz. Żarty tej ostatniej, niestety, sprzedane w większości w trailerze.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt1859650/

piątek, 17 sierpnia 2012

Dupieux, Quentin: Wrong

Bardzo fajnie, bardzo fajnie, tylko trochę za długo. Pojedyncze sceny zasługują, każda z osobna, na 10 gwiazdek w skali do sześciu, ale film jako całość już niekoniecznie. Gdyby tylko wyeliminować dłużyzny. Aha, no i wyjasnić mi o co chodzi ze scenami z butelką w brzuchu, pod koniec. Bo tak poza tym, to nie do końca rozumiem, ale tez rozumiem, że nie musze do końca rozumieć. Nastrajam się refleksyjnie, dumam nad możliwością kwestionowania pozornie niepodważalnych prawd, dumam nad kruchością i nietrwałością ludzkiego żywota, nad różnymi - zaprawdę powiadam wam! - drogami dochodzenia do osobistego szczęścia, i chociaż mi się to wszystko nie składa w spójną całość, to nie czuję, że musi. Ale ta butelka w brzuchu? Nie no, tego to kompletnie nie kumam.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt1901040/

Keret, Etgar: Nagle pukanie do drzwi

Nadal jestem fanem Kereta, aczkolwiek...
...aczkolwiek nie tak wielkim jak po lekturze jego wcześniejszych opowiadań.

Mam wrażenie, że tym razem nieco za dużo ważnych światowych tudzież ogólnoludzkich problemów. A ja chwilowo nie mam nastroju na problemy. Chciałbym za to obejrzeć komedię, romantyczną. Albo po prostu komedię. Czy coś.

Wtem!

Okazuje się, że na podstawie jednego z najlepszych opowiadań Kereta już kilka lat temu powstał film: Wristcutters: A love story (reż. Goran Dukic). I to do tego z muzyką Gogol Bordello. No po prostu przepięknie. Co prawda oryginalne opowiadanie kończyło się smutno, a tu mamy happy end, ale to tym lepiej, akurat potrzebowałem jakiegoś happy endu. No i zamykający film uśmiech Shannyn Sossamon, słodki jezu, jeśli to nie jest najpiękniejszy uśmiech w dziejach światowej kinematografii, to ja nie jestem gruby. A wszak wiadomo, że jestem.


Link do filmu i w ogóle informację o filmie ukradłem od Rudej. Dziękuję.

Theroux, Paul: Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu

Ktoś wreszcie powinien napisać książkę o biedzie w Ameryce. Pytanie: czy w ogóle da się spenetrować tę rzeczywistość? Chyba nie, choć może taki tekst mogłaby stworzyć osoba, która sama żyje w nędzy... Ale życie w jednym slumsie nie uprawnia do życia w innych, czy nawet do ich odwiedzania. Biedacy w Stanach mieszkają w niebezpiecznych miejscach, co wynika z różnych przyczyn. W wielu przypadkach ludzie ci cierpią na zaburzenia osobowości, próbują się chronić, zaniedbywani przez policję i nękani przez gangi, w dużym stopniu sami stwarzają sobie zagrożenie, aby odizolować się od władzy, osób z zewnątrz, każdego, kto (w ich odczuciu) byłby wrogi. Nigdzie w Indiach nie zdarzyło mi się widzieć społeczności tak zdesperowanych ani tak hermetycznych w swej nędzy, tak rażąco smutnych i nieprzyjaznych, jak East St. Louis (stan Illinois) - niszczejące miasteczko położone nad Missisipi, naprzeciwko kwitnącego St. Louis w Missouri. Przypuszczam, że niejeden turysta z St. Louis płacze na widok nędzy w Indiach, a nigdy nie odważyłby się pojechać na drugi brzeg rzeki, nad którą mieszka, aby zobaczyć pleniące się tam błogo rozpad i nieszczęście.
[s. 280]

No dobra, trzeba oddać autorowi, że czasem udawało mu się w tej książce przemycić jakieś interesujące spostrzeżenia, ale generalnie, to 600 stron pierdoletów. Rozpuszczony przez reportaże Hugo-Badera, który nie tylko zanurza się po uszy w odwiedzanych światach ale i potrafi tak je opisać, że ja, z książką w ręku, czuję jakbym był tam razem z nim, nie potrafię cieszyć się lizaniem cukierka przez papierek - a tym jest reportażopodobna, podróżniczopodobna proza Theroux. Z zastrzeżeniem, że jest to książka specyficzna: podróż sentymentalna autora śladami jego własnej podróży sprzed 30 lat. Może jeśli sięgnę po pierwszą wersję trasy, czyli po Wielki bazar kolejowy (z 1975 roku), zmienię zdanie, ale na razie to jestem sceptyczny - to nie przygoda, to fotosafari; nie da się tej książki przeżyć.

A przy okazji autorowi udało się dokonać IV rozbioru Polski:
Byłem kompletnie pijany, gdy o pół do dziesiątej pociąg wjeżdżał w oślepiającym bielą śniegu na dworzec barwy pistacji. Mimo słońca, w Mińsku panował przenikliwy ziąb. Musiałem się położyć. Przespałem się, obudziłem i dokończyłem Wenus w futrze autorstwa jegomościa, którego nazwisko posłużyło Freudowi do stworzenia definicji masochizmu. "Ach, człowiek musi czuć się jak Bóg, gdy widzi, jak drżą przed nim inni" - czytałem, myśląc o obłąkanym Stalinie i jego gułagu.
- Kontrol! - wrzasnęła strażniczka na przejściu granicznym w Terespolu, otwierając drzwi. Ubrana w czarny płaszcz ze skóry, botki i czarne rękawiczki, wyglądała jak żywcem wyjęta z powieści Sacher-Masocha.
Po spokojnej nocy znowu kontrol! Za oknem skraj Niemiec i pierwszy nieośnieżony krajobraz od Władywostoku.
[s. 687]

czwartek, 9 sierpnia 2012

Paula i Karol: Whole Again

W odróżnieniu od niekłamanego entuzjazmu, od świeżej, wiosennej radości, z jaką przyjąłem Overshare - druga płyta nie wywołała we mnie absolutnie żadnych uczuć. Jest w zasadzie OK, tak samo OK jak było, i muzyka jest w sumie fajna, i teksty nie są gorsze niż na pierwszej płycie, ale... wtedy po prostu się w nich zakochałem, a nie można najwyraźniej dwa razy zakochać się tak samo.

Co nie zmienia faktu, że poszedłbym na jakiś koncert, bo dawno nie byłem. Ostatnio jak byłem, jeszcze grubo przed wydaniem płyty, zaśpiewali własną aranżację You Can Call Me Al Paula Simona; szkoda, że to nie trafiło na płytę, bardzo pozytywnie zapamiętałem.

Jedyna ścieżka, która zrobiła na mnie większe wrażenie, to What You Say (I Know):

Może dlatego, że brzmi jakoś inaczej niż reszta.

Cały album do przesłuchania na bandcampie: http://paulaandkarol.bandcamp.com/album/whole-again

Karolina

Z pewnością ta historia powinna zaczynać się zupełnie inaczej i w zupełnie innym miejscu, tak by było wiadomo, gdzie i jak się skończy. Może powinna przebrzmieć w dzielnicy starych kobiet i gołębi jako ostatni rozdział nienapisanej przez Karolinę powieści, w cieniu drzewa przy którejś z małych, spokojnych ulic albo jednak w bardziej światowym miejscu, w nadmorskim kurorcie bądź europejskiej metropolii, dokąd zaprowadziłby ją, a mnie wraz z nią, nieoceniony Rozkład jazdy na liniach autobusowych, okrętowych, kolejowych i lotniczych. Bo jednak jest mało prawdopodobne, by powieść urwała się, dajmy na to, na Karolina út. - tam, gdzie zawsze jeździ autobus 12. Czym dałoby się umotywować taką ewentualność?Co mogłoby się zdarzyć na Karolina út., na tej nudnej, szerokiej drodze, gdzie jedynie czasem przemknie karetka albo wóz straży pożarnej, bo tylko one nie mają żadnego wyboru i muszą krążyć po wyznaczonych trasach?
Na razie trudno coś przewidzieć, ale historia toczy się dalej, trwa tylko chwilowa przerwa, wszyscy wychodzą do foyer, zapalają papierosy, wyciągają telefony, witają się, wymieniają wizytówkami, obiecują sobie niedalekie spotkania. Być może rzeczywiście lepiej byłoby, gdyby ta historia, zamiast zdarzać się tu i teraz, albo gdzie indziej, nigdy nie miała miejsca, żeby się nie spełniła i nie została opisana. Tak byłoby lepiej dla Karoliny, może nawet lepiej dla mnie. Ale teraz jest już za późno i niczego nie da się odwrócić.
[Krzysztof Varga, Karolina, s. 193-194]

Męcząca książka. Fajerwerk wyobraźni autora i popis jego zręczności pisarskiej, ale opowiedziana historia to męczarnia nie z tej ziemi. Ta mnogość możliwości, niepewność czegokolwiek plus dygresyjność, rozpływanie się nad historiami równoległymi, zaistniałymi lub nie, już po kilkunastu stronach wygenerowała u mnie poczucie ciężkiej beznadziei. Może być wszystko. Może nie być nic. Nie wiadomo. Nikt nie wie. Nic nie jest do złapania, niczego nie można mieć trwale, niczego nie można być pewnym. Wszystko jest równie prawdopodobne. Wszystko się wydarzyło. Nic się nie wydarzyło. Wszystko zostało zmyślone, a może nie zostało.

Czasem robię sobie takie ćwiczenie umysłowe, wyobrażam sobie siebie z wysokości 100 metrów, i w obszarze jaki byłby widoczny z tej wysokości wyobrażam sobie tysiące ludzi z ich historiami, równie ważnymi jak moja, którzy są tuż obok a nawet nie wiedzą o tym, że ja istnieję. Tysiące posplatanych historii, potencjalnych wydarzeń, szans na zwroty akcji, niezliczona ilość zmian w każdej sekundzie. To ćwiczenie pozwala nabrać dystansu do najważniejszych nawet - wydawałoby się - spraw, ale wykonywane nieustannie przez 250 stron okrutnie wyczerpuje.

Efekt - Karolina, ale po uszy w takiej beznadziei jak w wersji Komet:



Raz się jednak uśmiechnąłem, ale wynikało to z niskich pobudek:

Czasem jednak od bezpiecznej przystani małego sklepiku wolała rozległe przestrzenie hipermarketów, gdzie wydawała resztki oszczędności na niepotrzebne rzeczy w rodzaju wymyślnych suszarek i wieszaków, praktycznych, lecz zbędnych jej przyrządów gospodarstwa domowego, a także na niezwykłą ilość jedzenia, które planowała później w wyrafinowany sposób przyrządzać według rzadkich receptur. Wracała na parking, z wysiłkiem pchając przed sobą ogromny wózek pełen kulinarnych osobliwości: dziwnie świeżych ryb z dalekich mórz, podejrzanie dobrze prezentujących się warzyw, tak wymyślnych, że aż niepokojących przypraw, wybornego ryżu, niezwykłych makaronów, wyśmienitych sosów.
[s. 42]

Kiedy spadał na nią złoty deszcz pieniędzy (ach, już widzę, jak przy tych słowach krzywią się wybitni krytycy!), ruszała często w straceńcze wyprawy do centrum miasta, oddając się wyrafinowanym zakupom. W specjalistycznych sklepach kupowała w ilościach niemożliwych do wypicia drogie i wymyślne herbaty [...].
[s. 44]

drobne radości człowieka o wąskich horyzontach intelektualnych, z ubogim słownikiem i bez talentu pisarskiego - przyłapać znanego i cenionego pisarza na brzydkich powtórzeniach. Radość moja jednak nie tylko podła, ale i mocno nieaktualna, bo to książka sprzed 10 lat.


piątek, 3 sierpnia 2012

Węgry - Czechy 2012

Eger - wbrew złośliwościom Krzysztofa Vargi w Gulaszu z Turula, wina z Szépasszonyvölgy nie tylko nie są złe, ale zdarzają się wśród nich prawdziwe smakołyki. Letnie popołudnie spędzone na kilku degustacjach i wreszcie kilku kieliszkach w wybranej piwniczce to jak dla mnie wzór letniego popołudnia. Nie jestem też przeciwnikiem zamawiania specjałów na wynos.

Samo miasteczko natomiast... przerażające. Trafiliśmy do niego w niedzielne popołudnie, na ulicach nie było żywej duszy, ruch kołowy niemal zerowy, knajpy pozamykane na głucho, czynna jedynie lodziarnia, złote łuki i jakaś restauracja z kuchnią w stylu kebab. Szczęśliwie w poniedziałek się lekko zaludniło. Ale, uczciwie mówiąc, zwiedzania jest na pół dnia. Pozostały czas można bez wyrzutów sumienia spędzić nad kieliszkiem.


Budapeszt - nie jest to, jak Praga, miłość od pierwszego wejrzenia, choć doceniam: infrastrukturę komunikacyjną a zwłaszcza rowerową; przyjazność mieszkańcom takiego na przykład Deák Ferenc tér, który w ciągu dnia wraz z pobliskim parkiem jest otwartym i zachęcającym miejscem do posiedzenia i relaksu, a wieczorami zmienia się w tętniące życiem centrum zabawy; urokliwą 1. linię metra; mnogość kąpielisk. Zakochałem się też, jak pewnie niejeden turysta, w ogródku Szimpla. Kiedyś myślałem, że twórcy Snu Pszczoły inspirację czerpali z Berlina, ale to nieprawda. Musieli wcześniej być w Szimpla Kert.

Krążąc nie tylko po winiarniach, ale po przeróżnych knajpach, spróbowałem też węgierskich piw. Cóż... nie rekomenduję. Borsodi to kompletna porażka, słodkie, ciężkie, nie do picia. Soproni nieco lepsze, choć też bez potrzebnej w piwie goryczki. Dziwne, bo to brand Heinekena. Wreszcie Dreher, może dlatego, że także w łapach światowej korporacji, najbardziej uniwersalny. Smak typowego, znanego na całym świecie piwa z wielkiego koncernu. Bez szału, ale da się pić. Zdecydowanie jest to kraj wina.




Z Węgier śmigneliśmy na południowe Morawy - do Mikulova. I znowu: wina, wina, wina. I zwiedzanie zameczków. W zasadzie, jak się na te Morawy pojedzie bez roweru, to nie ma zbyt wiele innych rzeczy do zrobienia: można oglądać zameczki i pić wino. Którego różnorodność jest taka, że ja nie jestem w stanie zapamiętać i ocenić nawet ułamka z tego, czegośmy próbowali. Jedno tylko:


http://eshop.vinarstvivolarik.cz/e-shop/bila-vina/ryzlink-vlassky-pozdni-sber-2011-detail


Z całej wycieczki zdecydowanie na największą uwagę zasługiwało Znojmo. Niezwykle urokliwe miejsce, z własnym Hobbitonem, z kościołem, w którym przechowują złotą głowę C3PO, wreszcie z wieżą Sarumana nieopodal rynku. Tyle radości w jednym miejscu dawno nie zaznałem.


A powrót: jechałem i oczom mym ukazał się upadek państwa polskiego w pełni. Najpierw porażka Tuska A1, trzypasmowa obwodnica nieomal całej aglomeracji śląskiej, a następnie porażka Tuska A2, którą ze Strykowa do Warszawy dotarłem chyba jakoś w godzinę. Skandal!