środa, 30 kwietnia 2014

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch - 30.04.2014 r.

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Chorus ze specjalnym udziałem Polskiej Orkiestry Radiowej pod batutą Cannibal Mitcha

Wszystko w tym projekcie jest najlepsze. Zbigniew - jak się nagle okazuje - jest najlepszy. Mitche są najlepsi. Muzyka jest najlepsza. Orkiestra była najlepsza.
Jak tylko wyjdzie ten koncert na płycie, jestem pierwszy w kolejce do sklepu.

To, jak cała drużyna - z włączeniem orkiestry radiowej! - się bawiła muzyką, zasługuje na jakiś medal.

Tymczasem mogę tylko,w ramach substytutu:
http://www.youtube.com/watch?v=il5lY_UJ0TQ

oraz
http://www.youtube.com/watch?v=eRQBTXZpeoM



7 dni na zwolnieniu lekarskim

Filmy:

Woody Allen: Zelig - spoko, ciekawy pomysł i dość zabawne wykonanie, sporo dobrych sucharów (Hitler, który właśnie zamierzał opowiedzieć Polish joke, pyszne) ***

Woody Allen: Love and death - dawno nie widziałem czegoś tak głupiego, *

Woody Allen: Śpioch - byłby naprawdę fajnym filmem, gdyby nie slapstikowość, nie znoszę tego i w sumie, po 3. filmie, odkrywam, że niezbyt lubię Allena jako aktora; jest nudny i przewidywalny; **

Woody Allen: Husbands and wives - #firstworldproblems we wczesnych latach 90. Nie no, serio, historie z tego filmu są dla mnie tak nierealne, że w ogóle nie umiem się zidentyfikować z nikim z bohaterów, nawet częściowo. A praca kamery przyprawia o mdłości. W pierwszych minutach (sceny w mieszkaniu) myślałem, że się porzygam. Allen nieco mniej jak Allen, dlatego ***

William Friedkin: The French Connection - dobre kino; Gene Hackman wygląda trochę jak Rooney, ****

John Wells: August, Osage County - bardzo przyzwoite kino; must see dla zwolenników teorii, że rodzice - chcąc czy nie - zawsze przynajmniej nieco krzywdzą swoje dzieci (czasem bardziej niż nieco); miałem takich wśród  znajomych, ale już nie pamiętam, kto to był; Julia Roberts gra znakomicie, chyb nawet lepiej niż Meryl Streep ,****

Joel Coen, Ethan Coen: Fargo - jakim cudem ja tego wcześniej nie widziałem? Nagle wskakuje do top 3 moich ulubionych filmów Coenów, obok Big Lebowski i O, Brother..., *****


Książki:


David Lodge: Small World - spoko, choć miałem wrażenie, że autor ma strasznie niesatysfakconujące życie erotyczne; wszyscy ze wszystkimi i w każdej konfiguracji; natomiast poza tym to miło się czytało, trochę jak wspomnienia z innej epoki, niby tylko 30 lat, a jednak - palenie w samolotach? Legenda. Brak telefonów komórkowych - nie do wyobrażenia. Właśnie, zabawne, że cała fabuła książki by się posypała już w latach 90., po upowszechnieniu komórek.


David Lodge: Paradise News - też miłe czytadło, taka literatura pociągowa; trochę turystycznych obserwacji, które z perspektywy 20 lat nic a nic nie straciły na aktualności, trochę obserwacji społecznych, które zestarzały się bardzo boleśnie; aha, autorowi w ciągu dekady albo się w łóżku poprawiło albo całkiem odechciało, bo seksu jest wyraźnie mniej.



Serhij Żadan: Odsetek samobójstw wśród klaunów - tak słabej i nudnej książki Żadana nie czytałem jeszcze nigdy. Raz psychodeliczna fikcja (całkiem ok), innym razem jakieś socjologiczne czy kulturoznawcze rozważania w formie eseju, okraszone przaśnymi wspominkami, a wszystko razem się kupy nie trzyma. Do kitu.


___

Woody Allen: A Midsummer Night Sex Commedy - nooooo.... okeeeejjjj. daje radę. Umieszczam pod kreską, bo to oszustwo, Karlo mi zasugerowała w trakcie zwolnienia, ale obejrzałem już po, więc żeby nie było, że taki jestem aktywny intelektualnie jak choruję. Anyway - dało się oglądać, chociaż Woody był znowu trochę za bardzo Allen. Ale ogólnie spoko.

wtorek, 29 kwietnia 2014

José Saramago: Podróż słonia

Zostawszy sam, arcyksiążę jął się zastanawiać nad tym, że być może za dużo powiedział, że rozpropagowanie tych jego słów, jeśli kornak nie będzie trzymał języka za zębami, nie przyniesie żadnej korzyści kruchej polityce równowagi, którą utrzymywali pomiędzy reformą lutra i trwającą już soborową reakcją. W sumie, jak powie henryk czwarty, król francji, w nie tak dalekiej przyszłości, paryż wart jest mszy. Mimo to dotkliwa melancholia maluje się na chudym obliczu maksymiliana, może dlatego, że niewiele rzeczy w życiu boli bardziej niż zdrada ideałów młodości. Arcyksiążę powiedział do siebie samego, że jest już dośc stary, żeby nie płakać nad rozlanym mlekiem, że nabrzmiałe wymiona kościoła katolickiego jak zwykle czekają na zręczne ręce, które je wydoją, a fakty jak do tej pory dowodziły, że ręce arcyksiążęce nie są całkowicie pozbawione tego dojącego talentu dyplomatycznego, pod warunkiem że wynik interesów wiary z czasem stanie się korzystny dla jego interesów. Jakkolwiek by było, historia o słoniowym cudzie przekraczała granice tego, co można było tolerować, Ci z bazyliki, pomyślał, potracili głowy, mając takiego świętego, człowieka, który ze skorup potłuczonego dzbana zrobił nowy dzban, będąc w padwie, uniósł się w powietrze i pofrunął, żeby uratować ojca od szubienicy, a tu nagle proszą kornaka, żeby im pożyczył słonia do udawanego cudu, ach, lutrze, lutrze, ileż racji miałeś.
[s. 187-188]

Słabiej, aniżeli w innych książkach, prowadzi Saramago swoją historię, nieporadnie kroczy ten słoń przez góry. Miło się czyta, ale jakiekolwiek wrażenia - w porównaniu z innymi powieściami noblisty - umykają szybko. No cóż, nie co dzień pojawia się słoń w naszym życiu (s. 58).

niedziela, 13 kwietnia 2014

Szczerek, Ziemowit: Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

Doskonały tekst, szkoda tylko, że nie mogę sobie przypomnieć kto - i dlaczego - zareklamował mi go jako zbiór reportaży ze wschodniej Ukrainy. Zwyzywałbym od łgarzy.

Raz, że Ukrainy wschodniej jest tam jak na lekarstwo.

Dwa, że "reportaże" to srogie nieporozumienie. Może to gonzo, może to po prostu inspirowane faktami opowiadania lub fabularyzowane eseje, cholera wie. Ale nie reportaże.

Generalnie bohater tych opowiadań miał podobny pomysł na wycieczkę, jak Stefan i ja w 2010 i 2011 roku. Nasze szlaki może nie pokrywały się idealnie, ale w sporym stopniu. Po co myśmy tam pojechali? Czy mi również powinno być tak bardzo, kurwa, wstyd? Może. Pomijam smakowite fragmenty narkotyczno-przygodowe, którymi zwłaszcza nasycony jest początek; cytuję kawałek z dalszych części książki.

Do Sudaku pojechałem już bez przekonania. Szedłem przez rozkurwione miasteczko, w głowę waliło mnie ruskie techno i chciałem stąd uciekać. Doszedłem do morza i wtedy, odwracając głowę w prawo, zobaczyłem starą genueńską twierdzę. Na skale, która przypominała kobiecą pierś. I wtedy, patrząc na tę twierdzę, pojąłem, że po raz pierwszy, odkąd tu przyjechałem, patrzę na coś pięknego. Na coś pięknego zwyczajnym, obiektywnym pięknem, choć podobno obiektywnego piękna nie ma. A jednak było. To nie było perwersyjne piękno, to nie było piękno, którego trzeba było się doszukiwać - to było zwyczajne piękno, którego już od tak dawna nie widziałem, którego tak łaknąłem, że z miejsca pomaszerowałem w tamtą stronę. Tak wzruszony, że w oczach stanęły mi łzy.
[s. 159]
W sumie ten ładny fragment jest wskazówką co do całości. Zaczyna się rozrywkowo i lektura dalej płynie przyjemnie - bo tekst jest napisany naprawdę zręcznie - ale, pisana na przynajmniej kilka miesięcy przed ostatnim Majdanem i jego konsekwencjami, książka czytana w ich kontekście rozwija się po prostu mrocznie. W kolejnych rozdziałach ten mrok wypełza coraz wyraźniej.