czwartek, 31 grudnia 2009

Piasecki, Sergiusz: Zapiski oficera Armii Czerwonej

Bardzo dobry tekst. Podczas lektury można generalnie zejść ze śmiechu, ale za każdym razem, kiedy sobie przypominałem, że ta książka, choć satyryczna, była pisana na podstawie osobistych doświadczeń i znajomości, nieuchronnie przychodziła jedna konstatacja: o kuuuurwaaaa...

Ale najlepsze jest to, że po książkach widać, jak pewien charakterystyczny, wschodni sposób myślenia przekładający się na codzienne funkcjonowanie jest trwały: książka z połowy XX wieku i niektóre reportaże Hugo-Badera z Białej gorączki, z XXI wieku - cały czas to samo.

Wprowadzenie w fabułę oraz info o genezie książki zrobiła już za mnie Wiki, więc co ja się będę.

Fragmentu nie będzie, bo narracja jest tak prowadzona, że musiałbym za dużo pisać, lenistwo zwycięża. Ale jak słowo honoru, warto ;)
Książkę pożyczył mi Radek - dziękuję bardzo!

Jansson, Tove: Lato

Nie znałem pozamuminkowej twórczości Jansson, a okazuje się, że warto:
Tu jest głęboko, pomyślała Sophia. Ona zapomniała, że ja jeszcze nigdy nie pływałam na głębokiej wodzie, nie mając nikogo przy sobie. Wyszła więc z wody i usiadłszy na stoku góry oświadczyła:
- Będzie dziś piękna pogoda.
Słońce zdążyło tymczasem wznieść się jeszcze wyżej. Cała wyspa błyszczała, morze lśniło, powietrze było lekkie jak puch.
- A ja umiem nurkować - powiedziała Sophia. - Czy ty wiesz jak to jest, kiedy się nurkuje?
- Oczywiście, że wiem - odparła babka. - Zostawia się wszystko, odbija się nogami i daje się nurka. Wodorosty ślizgają się po nogach, są brązowe, a woda jest przejrzysta, jaśniejsza w górze, no i te bąbelki. Człowiek ześlizguje się w dół, a potem zawraca i wznosi się ku górze, wynurza się na powierzchnię i oddycha. A potem pływa dalej. Daje się tylko unosić wodzie.
- I cały czas z otwartymi oczami? - wtrąciła Sophia.
- Naturalnie. Nikt nie nurkuje z zamkniętymi oczami.
- Czy uwierzysz, że ja też potrafię, choćbym ci tego nie pokazała? - dopytywało się dziecko.
- Tak, tak - odrzekła babka. - Ubieraj się już, żebyśmy zdążyły wrócić, nim on [1] się obudzi.
Poczuła pierwsze zmęczenie. Gdy wrócimy do domu, pomyślała, kiedy już będę znów w domu, chyba jeszcze się trochę prześpię. I muszę pamiętać, żeby mu powiedzieć, że to dziecko wciąż jeszcze boi się głębokiej wody.
[s. 9-10]
[1]Ojciec.
Lato pożyczyła mi Ania, której za to serdecznie :)

środa, 30 grudnia 2009

Boorman, John: Zardoz


Na ten film miałem ochotę już od dawna - kilka lat temu zobaczyłem to zdjęcie z Seanem Connerym i widok mojego ulubionego Jamesa Bonda w kozakach i czerwonych gaciach wstrząsnął mną do tego stopnia, że po prostu musiałem się przekonać, o co cho.

Wikipedia cytuje jedną z recenzji tego filmu: genuinely quirky movie, a trip into a future that seems ruled by perpetually stoned set decorators... - no, generalnie tak. Oglądanie tego filmu bez wsparcia w postaci jakiejś flaszki jest doświadczeniem bolesnym. I estetycznie i intelektualnie. Ciągi przyczynowo-skutkowe są traktowane dosyć swobodnie, prawdopodobieństwo zdarzeń zostało zawieszone całkowicie, chyba w imię koncepcji, że skoro to fantastyka, to prawdopodobieństwo nie ma sensu. Dzięki temu film w uroczy sposób również nie ma sensu.

Na koniec tej cudownej podróży dochodzimy do morału i morał sens ma, owszem; nie jest rewolucyjny, nie odsłoni nikomu ukrytego sensu wszechświata, ale tez nie poraża naiwnością. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, a lubi Seana, może sobie Zardoza obejrzeć. Przy odpowiednim nastawieniu nie będzie bolało, a punkcik do kolekcji obejrzanych wcieleń najlepszego Jamesa Bonda ever dojdzie.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt0070948/

wtorek, 29 grudnia 2009

Pustki: Kalambury

Jest tak: czytasz wiersze, i one Cię jakoś tam ruszają. Płyta z muzycznymi interpretacjami tych wierszy jest dobra wtedy kiedy rusza Cię nie mniej niż lektura oryginałów. Jak dla mnie, Kalambury trzymają naprawdę dobry poziom przez całą płytę, a w kilku miejscach fundują, mówiąc wprost, ciary na dupie.

Na majspejsie zespołu można posłuchać kilku piosenek:
http://www.myspace.com/pustkimusic

I takie na przykład tytułowe Kalambury? No ja nie mam pytań. Idę przez Warszawę, mam to na słuchawkach, mógłbym umrzeć w tym mieście. Albo Wesoły jestem. Muzyka wyciągnęła z tego tekstu niespodziewany ładunek przewrotności. Całkiem zabawne, że jedna z ciekawszych piosenek na płycie, Nieodwaga, jest do tekstu nie żadnej tam legendy polskiej poezji, ale Radka Łukasiewicza, muzyka Pustek. Brzmi mi trochę happysadowo, ale tak przyjemnie, że aż sam jestem zaskoczony. Może to moment, żeby jednak dać szansę zespołowi Happysad?

Na marginesie: fajny wywiad z zespołem był kilka tygodni temu w GW.

Phillips, Todd: The Hangover

Technikalia: http://www.filmweb.pl/f487211/Kac+Vegas,2009

Myślę, że ten film oglądany na trzeźwo byłby całkiem wesołą, acz nieco głupawą komedią.
Szczęśliwie oglądałem go pod wpływem znakomicie dobranych substancji zmieniających percepcję, i w takich okolicznościach jest to film prze-mistrzowski. Każdy, kto przynajmniej raz po dobrej zabawie próbował rekonstruować z kumplami sekwencję zdarzeń z poprzedniej nocy, ostro się uśmieje na widok tego, jak takie rekonstruowanie wygląda z zewnątrz.

Z tym arcydziełem kac-kinematografii zapoznał nas {roody}, za co mu szczerze dziękuję.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Keret, Etgar: Pizzeria "Kamikaze"

Z czterech opowiadań trzy już czytałem - w 8% z niczego albo w Rurach. Ale to jedno, którego nie czytałem, tytułowe, całkiem długie (63 strony!) Pizzeria "Kamikaze" - jest prze-mistrzowskie. Uprzedzam uczciwie, że kończy się nieco smutno, osoby smutne i generalnie niewstyló może wpędzić w stan melancholii.

Fragment do zapamietania jest fragmentem końcowym, tak więc siłą rzeczy nieco spoiluje - jeśli ktoś się przymierza do lektury, to ostrzegam, psuję:



Nocami wcale mi się nie śni, ale myślę o niej bardzo dużo. Ari powiedział, że taki mam już charakter - lecę na panny, z którymi nie mam żadnych szans być. Może ma rację, i może szanse rzeczywiście są małe, ale, z drugiej strony, powiedziała mi kiedyś, że półmartwy jest dla niej wystarczająco dobry, a kiedy wsiadła do busa, dała mi znak, że zaraz wraca, więc o co chodzi?
Na wszelki wypadek za każdym razem, kiedy zaczynam zmianę, robię jakiś drobiazg - przypinam plakietkę z imieniem do góry nogami, źle zawiązuję fartuch, cokolwiek, tak, żeby, jeśli kiedyś mimo wszystko wejdzie, nie była smutna.
[s. 63]

Tokarczuk, Olga: Dom dzienny, dom nocny

Człowiek z piłą

Jego nadejście obwieszczał zawsze hałas. Zgrzytliwe mechaniczne wycie, które jak niematerialna piłka odbijało się od stoków doliny i zatrzymywało zawsze w okolicach tarasu. Podnosiliśmy zaniepokojeni głowy, sukom jeżyła się sierść, kozy zaczynały przestraszony galop wokół drzewa, do którego je wiązaliśmy. Potem dopiero pojawiał się on sam - wysoki, chudy mężczyzna, który wychodził z lasu i potrząsał nad głową spalinową piłą, jakby to był potężny karabin, a ten mężczyzna nie wyszedł wcale z brzozowego zagajnika, ale z pola bitewnego, spośród spalonych czołgów, spod gruzów wysadzonych mostów. W jego geście dostrzegaliśmy tryumf - to potrząsanie kawałem żelastwa, czasem nawet naciśnięcie na chwilę cyngla piły i wydobycie z niej hałasu, który rozsadzał dolinę na drobne części. "Hej, hej", krzyczał radośnie, "Idę!" I szedł zboczem w dół, wprost na nas, wywijając tą piłą, ścinając jej ostrzem siewki brzóz, młode kloniki i buczki, czubki traw. W jego ruchach była jakaś nadmierna zamaszystość, przesadzona żywotność, bo nawet trawy nie potrafiły za nim nadążyć i plątały mu się pod nogami, a wtedy on upadał, a my zamykaliśmy oczy, żeby nie widzieć, jak kaleczy się sam tym obnażonym, podłużnym ostrzem. Ale jemu nic się nie działo. Wstawał zaskoczony upadkiem i zaraz o nim zapominał, bo przed oczami miał nas na tarasie, tyle ciekawych oczu, tyle pustych dłoni gotowych do klaskania. Gdy przechodził drogę i wkraczał na ścieżkę, wiedzieliśmy już, że jest pijany. Piła zataczała wokół niego nieregularne, złowrogie kręgi, jakby chciała uciec od swego opętanego właściciela, jakby czuła się przez niego kuszona. "Przerżnąć wam coś?", pytał radośnie, spocony, zaczerwieniony, chwiejny.
I raz R. zrobił błąd. Kazał mu pociąć przewróconą czereśnię. Rozdygotane jazgotem ostrze wgryzło się w martwe drzewo i cięło je w nierówne kawały, a kiedy skończyło, wciąż nienasycone, cięło dalej powietrze w plastry. Oczy mężczyzny błądziły po pniach naszych lip i jabłoni, aż R. musiał stanąć przed nim i zasłonić swoim ciałem widok bezbronnych drzew. "A ten jesion", pytał mężczyzna, "czy nie zabiera wam słońca?" I potrząsał swoim orężem. R. odprowadził go za drogę, z powrotem na górę, i szedł z nim tak długo, aż tamten wywęszył inne mozliwości.
Mężczyzna z piłą wracał co jakiś czas, a my w panice zbieraliśmy filiżanki z tarasu i zamykaliśmy drzwi. Śledziliśmy jego rozczarowanie, gdy mijał nasz dom, pokrzykując w niebo: "Hej, przerżnąć wam coś? Przerżnąć?"
[s. 199-200]

Czasem robię sobie taką wycieczkę w górę. Jestem w centrum miasta i wyobrażam sobie siebie z wysokości, powiedzmy, 100 metrów. Ja jestem taką większą kropką, mój wzrok, wpatrzony we mnie pionowo, z góry, ogarnia krąg, w którym w każdej chwili znajduje się - ilu? - w centrum Warszawy pewnie kilka tysięcy ludzi. Z tych kilku tysięcy każdy żyje swoją historią, poza tymi, którzy mnie w danej chwili widzą, nikt z nich nie wie nawet o tym, że ja istnieję.

Nawet w małej, zapomnianej wioseczce w Kotlinie Kłodzkiej tych biegnących obok siebie historii, które czasem się krzyżują, czsami biegną równolegle, które albo już były, albo są, albo można się spodziewać, że będą, jest multum. Tokarczuk widzi je zresztą nie tylko w ludziach - swoją historię opowiada też cynowy talerz czy podmywany wodą dom.

Urzeka mnie w tej książce nie tylko to, co jest napisane, ale będący jej konsekwencją ogrom tego, co nie zostało napisane, a się wydarzy. Następnej wiosny Marta znowu się obudzi i zacznie wychodzić przed dom. Te historie będą się wydarzać niezależnie od tego, czy znajdzie się ktoś, kto mi je opisze.

niedziela, 27 grudnia 2009

Skauci: Great Poland

Nie jest to rewelacja i rewolucja, ale na pewno całkiem sensowny kawałek łagodnego, melodyjnie regującego ska. Na poranne rozbudzenie w sam raz, a jeśli wyrzucimy z playlisty społecznie zaangażowane kawałki, jak tytułowy Great Poland, to i na wieczorek taneczny przy herbacie i kokakoli. Stolik z ciastem oraz krzesła wędrują pod ściany, panowie proszą panie i zaaabaaawa!

Spora część płyty jest do odsłuchania na majspejsie Skautów: http://www.myspace.com/skauci, więc już nic od siebie nie będę wrzucał. Niesamowicie pozytywnego kopa daje kawałek nagrany z Earl Jacobem: Rób Dub, poza tym na pewno warto obadać instrumentalny 007 vs. J23. Janek czy James, James czy Janek, to trudne pytanie. Jak dorosnę to chcę być jak James Bond, ale jednak w tym pojedynku zawsze będę po stronie naszego człowieka w Abwehrze :]

Z tego, czego nie ma na majspejsie, tekstowo podpadł mi niezwykle "Piękni Młodzi i Bogaci":
Mam gdzieś kluby z selekcją na bramce
Wolę selektora muzy, gdy już dobrze mam i tańczę


nadal jestem młody i nadal buntuję się przeciwko systemowi, oi!

sobota, 26 grudnia 2009

Saramago, José: Wszystkie Imiona

Zaskakująca książka, jeśli chodzi o styl. Saramago zaczyna jak nie on. Zamknięte zdania, znaki interpunkcyjne. Zupełnie inny rytm lektury. Dopiero po pewnym czasie zaczynają się pojawiać charakterystyczne dla niego długie struktury dialogowe, sygnalizowane wielkimi literami i przecinkami, i stopniowo jest ich coraz więcej, ale do końca tekst nie osiąga tej płynności, która mi się tak spodobała w innych książkach[1]. W dodatku gdzieś w połowie pojawia się na jakiś czas eksperyment z narracją pierwszoosobową - disturbing...

Sama opowieść też sprawiła mi trudność. Z jednej strony irytujący opis urzędniczej codzienności w Portugalii; czas akcji nie jest określony, albo ja go nie wyłapałem, ale sytuacje urzędowe są nakreślone tak, jakby wydarzały się sto lat temu. Świat, w którym porusza się główny bohater, pan José, to świat ściśle sformalizowanych relacji międzyludzkich, utartych ścieżek, katalogu ustandaryzowanych rozmów, schematycznych rozkładów dnia. To świat krępujący ruchy, bez miejsca na spontaniczność, kreatywność, niespodziankę. Z drugiej strony zupełnie wariacka historia człowieka, który nagle zaczyna w idiotyczny, chaotyczny, nieporadny sposób kogoś poszukiwać. To poszukiwanie jest tak niezdarne, a od pewnego momentu tak bezsensowne, że zaczyna irytować tak samo jak ta urzędnicza codzienność, dla której, zdawałoby się, miało być przeciwwagą.
Przeczytałem i nie miałem pojęcia, co z tej lektury wynika. No, historia, no, szukał, i jakby trochę znalazł, ale nie znalazł, przy okazji wyrywał się z dotychczasowego życia, i trochę się wyrwał, a trochę nie, w sumie taka opowieść bez puenty. Odłożyłem Wszystkie Imiona i sięgnąłem po następna książkę na półce "do przeczytania" - Podróż ludzi Księgi Tokarczuk. I mi się odsłoniło. Generalnie to zupełnie inaczej napisana książka, ale o tym samym. Nie zawsze chodzi o to, żeby znaleźć - czasami o to, żeby szukać, a nawet o to, żeby po prostu ruszyć się z miejsca do tego szukania, żeby coś zacząć, żeby coś drgnęło w tym jak jest, żeby odsłoniła się jakaś drobna możliwość tego, jak mogłoby być.


[1] Link do poprzednich postów będzie, jak tylko odkryję, czemu nie działa przeszukiwanie bloga.

piątek, 25 grudnia 2009

Tokarczuk, Olga: Podróż ludzi Księgi

Każda podróż zaczyna się od stanu, który można by określić jako zachłyśnięcie się przestrzenią. Ciało ledwie zauważalnie drży z podniecenia, w głowie się kręci od mijanych obrazów. Dopiero po dłuższej chwili człowiek wyrwany dobrowolnie lub siłą okoliczności z miejsca, w którym żył, wraca do tego, co zostawił za sobą. Ludzie identyfikują się z miejscem, gdzie zapuszczają korzenie, jakby życie bez tego wrastania w ziemię było tylko namiastką, czymś bez znaczenia. Jednakże wraz z pozostawianiem za sobą mijanych kamieni milowych przeszłość, zmaterializowana w konkretne miejsca, blednie i coraz bardziej zamazywana bywa tym, co rozpościera się przed oczami. Droga z koleinami wyżłobionymi kołami wozów, przydrożne studnie, obcy ludzie, kapliczki świętych ustawione na rozstajach, wsie widziane z oddali, ogromna przestrzeń rozpięta na trzech wymiarach ziemi, horyzontu i nieba.
Na początku podróży nie tyle ważny jest cel, co samo przesuwanie się w przestrzeni i czasie. Myśl ma wtedy tyle miejsca, że może leniwie płynąć, a wzrok prostuje się na rozległym krajobrazie niczym płatki rozkwitającego maku. Krawędzie niepokojów i lęków stają się jakby łagodniejsze, jakby umowne. Świat widziany z poruszającego się punktu wygląda na bardziej harmonijny i ostateczny w swym kształcie.
A jednak podróżowanie jest najgłębszym doświadczeniem przemijalności i zmiany oraz nieprzywiązywania się do szczegółu. To własnie cecha, szczegół, jest sednem bezruchu, bo istota rzeczy ciagle się zmienia. Sytuacje z przeszłości, oglądane oczami podróżnego, często odkrywają nowe znaczenia. Podróżujący ludzie stają się mądrzejsi nie tylko dlatego, że wciąż doświadczają nowych widoków i zdarzeń, ale przez to, że sami dla siebie stają się mijanym pejzażem, na który można popatrzeć z kojącego dystansu. Dostrzega się wtedy więcej niż szczegóły. Ich układ nie wydaje się już ostateczny i jednoznaczny. Zmienia się w zależności od punktu widzenia.

[s. 45-46]

Wolę styl pisarski późniejszej Tokarczuk, w tej książce jeszcze nie ma tej siły obrazu, która sobie autorka później ładnie wypracowała. Sama historia jest urzekająco prosta i w sumie można ja sprowadzić do morału: czasem w podróży nie jest ważny sam cel, a droga. Czasem cel okazuje się inny, niż się pierwotnie wydawało. Czasem podróż w ogóle nie jest potrzeba do tego, aby dotrzeć do celu, tylko raczej żeby zrozumieć, co jest celem. Tak czy inaczej, podróż się przydaje. W życiu powinno być miejsce na jakąś dawkę podróży.

Pozostaje pytanie: czy warto czytać książkę, książeczkę w zasadzie, nieco naiwną, która da się sprowadzić do pięciozdaniowego morału? Jeśli ktoś nie czuje, że musi znać całą twórczość Tokarczuk, to chyba jednak zasugerowałbym poświęcenie czasu na inne jej książki, chociażby na Biegunów.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Keret, Etgar: 8% z niczego

W czasie mojego ostatniego powrotnego lotu z Nowego Jorku zakochała się we mnie stewardesa. Wiem, co sobie myślicie: że jestem szpanerem czy mitomanem, czy może nawet obydwoma na raz. Że mam się za strasznie przystojnego albo przynajmniej chcę, żebyście wy mnie za takiego mieli. Ale ja się nie mam i ona naprawdę się we mnie zakochała. To się zaczęło po starcie, przy roznoszeniu napoi, kiedy powiedziałem, że nic nie chcę, a ona uparła się zaserwować mi sok pomidorowy. Tak naprawdę podejrzenia miałem już wcześniej, kiedy podczas tego instruktażu przed startem cały czas patrzyła mi w oczy, jakby wszystkie te wyjasnienia były tylko dla mnie. Jakby nie dość tego, przy posiłku, kiedy wszystko zjadłem, przyniosła mi jeszcze bułeczkę.
- Została tylko jedna - wytłumaczyła dziewczynce obok mnie, wpatrzonej w bułeczkę żarłocznym wzrokiem - a pan prosił wcześniej.
A ja nie prosiłem. Krótko mówiąc - strasznie się na mnie napaliła. Ta dziewczynka koło mnie tez zauważyła.
- Ona wariuje za tobą - powiedziała, kiedy jej mama, czy kto to był, poszła do toalety. - Leć na to, leć na nią od razu. Zerżnij ją tak, tu, w samolocie, jak jest pochylona nad wózkiem z duty free, jak Sylvię Kristel w Emmanuell. No, już, wymłóć ją, koleś, stuknij ją tak, żeby się rozleciała, za mnie też.
Trochę mnie to przemówienie dziewczynki zaskoczyło. Taka delikatna, blondyneczka, z trudem dzisięcioletnia, i nagle całe to "zerżnij ją" i Emmanuelle. Zawstydzony, próbowałem zmienić temat.
- To twój pierwszy wyjazd za granicę, dziecinko? - spytałem - Mamusia zabrała cię na wycieczkę?
- Ona nie jest moją matką - rozgniewała się dziewczynka - a ja nie jestem dziecinką. Jestem przebranym karłem a ona mnie pilotuje. I nie powtarzaj tego nikomu, ale ta straszna spódnica to tylko dlatego, że mam w dupie dwa kilo heroiny.

[fragment opowiadania Jetlag, s. 80-81]

Czytałem wcześniej Rury i jestem nadal pod takim samy wrażeniem. Jak dla mnie - mistrz krótkich, absurdalnych opowiadań. Każdy tekst jest trochę jakby narkotykowy sen - zupełnie abstrakcyjne scenariusze rozgrywają się tak, jakby były całkowicie naturalne.

piątek, 18 grudnia 2009

Powiśle w żałobie

Nie myślałem, że we wprowadzaniu żałoby znajdzie się ktoś bardziej gorliwy od miłościwie nam panującego, ale jednak:


wtorek, 15 grudnia 2009

Mankell, Henning: Mężczyzna, który się uśmiechał

Drugi wieczór z Mankellem, znowu 4 godziny, tym razem tylko 360 stron. Nie tak ciekawa ta książka, jak poprzednia ;)

1. Maleństwo mnie opierdoliła, że z dupy zacząłem czytać, bo powinienem chronologicznie. Ale to mi się podoba, takie Jameso-Bondowskie to jest, że historia głównego bohatera owszem, jakoś spaja całość, ale każda książka daje się czytać osobno.

2. Tak sobie myślę - nie pamiętam żadnego filmu ani serialu kryminalnego z USA z pierwszej połowy lat 90. W tej chwili jestem przyzwyczajony do dynamiki działania policji z seriali typu CSI i ta szwedzka policja z książek Mankella wydaje mi się najbardziej nudną, dupowatą i nieporadną organizacją ever. I teraz nie wiem, gdzie tkwi różnica: w pracy policji pomiędzy rokiem 1994 a 2009? w obrazowaniu tej pracy w książce i w filmie? w pracy policji hamerykańskiej i szwedzkiej? czy w stylu pisarskim Mankella?

Jeśli ktoś ma więcej danych porównawczych to poproszę :)

Uchitel, Aleksei: Zakładnik

Info: http://www.filmweb.pl/f481929/Zak%C5%82adnik,2008

Byli my na tym filmie tydzień temu z Maleństwem i fakt, że przez tydzień zapomniałem o nim napisać jest chyba wystarczającą recenzją.

Krótka, dobrze opowiedziana historia kilkorga ludzi, z których przynajmniej jeden próbuje zachować ludzkie odruchy, ale i tak mu się nie udaje, bo w zwierzęcej wojnie zwierzęcy instynkt przetrwania musi wziąć górę.

Dobry film, który, jeśli ktoś się za bardzo przywiązał do wizji czystej, precyzyjnej, nowoczesnej, technicznej wojny w stylu filmów amerykańskich o armii amerykańskiej, może być zdrowym powrotem do rzeczywistości. Ale na pewno nie jest żadnym katharsis, ulatuje z pamięci kilka chwil po wyjściu z kina.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Aga Zaryan: Umiera piękno

W końcu, dwa lata po wydaniu, dotarłem do tej płyty. No i niestety - jest to raczej znajomość jednorazowa niż na długie lata. Wokalnie - bardzo fajnie. Aga Zaryan ma miły, ciepły głos, w którym się można zasłuchać, zwłaszcza w zimowy wieczór. Do tego delikatna, jazzująca muzyka. No i - niestety - zupełnie do mnie nie trafiające słowa.

O ile się dobrze zorientowałem, koncepcja tej płyty była taka, żeby pokazać nie tyle walczącą Warszawę, ile koniec normalnego życia, które w tym mieście było -  miłości, radości, tego tytułowego piękna. I w ogóle to do mnie nie przemawia. Poza dwoma tekstami Krystyny Krahelskiej, cała reszta mnie w ogole nie dotyka; słucham i jestem całkowicie obojętny. Nawet tytułowa Umiera piękno, jest moim zdaniem tylko wannabe: miało być krótko, mocno, poruszająco, wyszło arcypatetycznie i miałko.

Także z płyt spod znaku MPW zostanę przy Powstaniu Warszawskim i Gajcym.



Mankell, Henning: Fałszywy trop

Jakiś czas temu przeczytałem w Polityce artykuł o skandynawskich kryminalach:
http://www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/1500993,1,kryminaly-z-polnocy.read, i postanowiłem spróbować. Kryminały czytałem kilka razy w życiu - nie jestem fanem gatunku. Ja zwykle czytam po coś, a kryminały traktuję trochę jak taką lekturę po nic - dla zabicia czasu, czytadło podróżne albo ostateczny odwód na wypadek wydawniczej posuchy, kiedy nie przychodzi do głowy nic, co by się naprawdę chciało przeczytać.

Cytatu więc nie będzie, bo co tu sobie zapamiętywać z opowiastki, której tytuł w zasadzie mówi wszystko. Mamy morderstwa, mamy uskładany z trudem, wcale nie taki oczywisty trop, który jednak (tadam!) na końcu okazuje się fałszywy, a mordercą jest ktoś, kogośmy się w tej roli w ogóle nie spodziewali. To znaczy - nie do końca. My, czytelnicy, byśmy się spodziewali, bo juz od połowy książki wiadomo, kto morduje. Nie wie tego prowadzący książkowe śledztwo policjant. I to mnie w tej książce urzekło - nie czekałem w napięciu, żeby się dowiedzieć "kto zabił", tylko żeby się przekonać, kiedy i jak się tego dowie Kurt Wallander, i czy dowie się tego, zanim sam stanie się kolejną ofiarą? Ostatecznie się dowiedział, oczywiście, ale przy okazji dowiedział się też paru innych rzeczy, które, to też całkiem interesujące wrażenie, budują silną atmosferę szwedzkiego rozczarowania szwedzkością.

Anyway, od 20:00 do 24:00 wczoraj łyknąłem bez minuty przerwy 460 stron tekstu i mogę szczerze polecić - oczywiście jako czasozabijacz - sobie: do sprawdzenia lekturę kolejnych autorów z w/w arytukułu, innym: Henninga Mankella na pewno.

niedziela, 13 grudnia 2009

Hugo-Bader, Jacek: Biała gorączka

Musialem zdobyć jakieś łachmany. Poratował mnie Kałasznikow. Ale nie ten od karabinu, tylko Wiktor - znakomity dziennikarz państwowej telewizji, którego putinowcy wywalili z pracy. W portkach i kurtce, które mi podarował, sprzątał w piwnicy, ale mimo to ciągle wyglądałem zbyt elegancko. Wytarzałem się w wyschniętej kałuży. W czwartek, dziewiątego czerwca, o siódmej rano, spotykam się na Plieszce z Emmą i Sasza, jej mężczyzną. Zaczynają dzień od kawy i herbaty w plastikowych kubkach. Najtaniej jest w barku na Dworcu Jarosławskim, stacji dla pociągów podmiejskich.
[Bomżycha (2005), s. 373]

Fascynujące w reportażach Hugo-Badera jest to, jak bardzo od środka one są pisane. Żeby napisać o moskiewskich włóczęgach, będzie z nimi chodził cały dzień, kilka dni, jadł, pił z nimi, spał z nimi. W tych tekstach najpierw jest życie, i to z perspektywy osoby je przeżywającej (jak jest?), a dopiero w konsekwencji tego pojawia się analiza gospodarcza, polityczna, społeczna (dlaczego jest tak, jak jest?). Trudno się od tego zbioru oderwać. Przy czym chyba wszystkie reportaże były publikowane na bieżąco w GW, więc jeśli ktoś czytał wtedy, to zaskoczenia nie będzie.

To jeśli chodzi o sam warsztat pisarski - a jeśli chodzi o teksty: przerażające. Owszem, niektóre są ciekawe i kolorowe, jak ten o szamanach z Tuwy, ale większość to dla mnie świadectwo dzikiego wschodu.

Natasza Zinowiew opowiada.
- Rencista jest ubezpieczony, ale jak nie zapłacisz, nie zrobią operacji. Nawet nie podejdą do twojego łóżka. Koło Toliczka leżał taki. Krzyczał z bólu a oni nie podchodzili. No bo z czym podejdą? Jak tylko przyszliśmy, od razu wzięli od nas pieniądze na żarowkę, bo nie świeciła przy naszym łóżku. I na światło wzięli pieniądze. Ale można przynieść swoje.
- Światło?!
- Żarówkę. Mydło, proszek do szorowania, płyn do dezynfekcji. Wszystko kupowałam. Potem dałam tysiąc hrywien na krew, a po operacji powiedzieli, że mam zapłacić siedem i pół tysiąca. No to dałam osiem tysięcy i myślałem, że to będzie wszystko, a lekarz pokazuje taaaki spis, żebym z nim poszła do apteki i kupiła. Lekarstwa, wata, kroplówki, spirytus, woda utleniona, igły, strzykawki... Bardzo dużo. Oddaję to pielęgniarkom, a one robią zastrzyki i co trzeba. Ale w zabiegowym nic ci nie zrobią, jak nie dasz gumowych rękawiczek. W sumie wycięcie nerki kosztowało piętnaście tysięcy hrywien. W maju zeszłego roku to było dwa i pół tysiąca dolarów. Poszły wszystkie oszczędności i trzeba było sprzedać Tolikową pasiekę. Piętnaście uli za osiem tysięcy hrywien. Nie została nam ani jedna kopiejka. A na wypisie ze szpitala stoi jak wół: "Leczenie bezpłatne".
[Symfonia kurewska c-moll (2009), s. 227]

Babcia Natalia nie nazywała Lenina inaczej jak "ryża sobaka". Przeżyła ponad sto lat, z których ostatnie spędziła w łóżku, bez przerwy słuchając radia. Każde niepowodzenie władzy radzieckiej, nieurodzaj, pożar, katastrofę kolejową a nawet huragany i śmierć Gagarina, nagradzała gromkimi oklaskami.
Ubóstwiała oglądać w telewizji film Lenin w październiku. Widziała go dziesiątki razy. W finałowej scenie krasnoarmiejcy pędzą przez plac do Pałacu Zimowego, wskakują na ogrodzenie... a babcia wyrywa z gniazdka wtyczkę od telewizora. "Nie dobiegniecie" - mówiła.
[Wiśniowy sad (2005), s. 247]

środa, 9 grudnia 2009

Saramago, José: Kamienna Tratwa

Wychodzi, że mam całkowicie odmienny gust od mojej siostry - jak dla mnie najsłabsza z poznanych do tej pory książek Saramago. Co nie znaczy, że słaba. Jak zwykle bardzo dobrze napisana, ma ujmująco trafne i rozbrajająco zabawne momenty, ale w sumie nie mówi o niczym. Taka jest trochę w stylu Prostej historii - no, płyniemy, jedziemy, kochamy się, przeżywamy dramaty życiowe, ale wszystko to i tak nic, bo świat się toczy do przodu. Doceniam kunszt pisarski, ale odkładam na półkę ze znużeniem. W poprzednich lekturach tego autora było znacznie więcej życia. Ale przeczytać warto, bo można znaleźć na przykład całkiem trzeźwy komentarz do współczesnego przekazu medialnego:
Od mieszkańca Północy nie usłyszelibyśmy tego, co usłyszymy, kiedy się zatrzymamy, aby zapytać tego człowieka usadowionego na grzbiecie osła, co tez myśli o niesamowitym wydarzeniu, jakim jest oddzielenie się Półwyspu Iberyjskiego od Europy, ściąga on wodze, Prrr, i odpowiada, nie przebierając w słowach, To wszystko wygłupy. Roque Lozano ocenia wszystko po wyglądzie, dzięki temu wykształcił swój trzeźwy osąd, proszę spojrzeć na sielski spokój tych pól, przejrzystość nieba, zrównoważenie kamieni, góry Morena i Aracena identyczne od chwili swych narodzin albo przynajmniej od chwili naszych narodzin, Ale przecież telewizja pokazała całemu światu, jak Pireneje pękają niczym arbuz, zarzekamy się, sięgając po metaforę zrozumiałą dla rolniczych umysłów, Nie wierzę telewizji, dopóki nie zobaczę na własne oczy, te, które wyjedzą mi robaki, nie wierzę [...]
[s. 63-64]

Albo fragmenty tak dowcipne, że - nie ukrywam - aż się popłakałem ze smiechu:

Zrozpaczony amerykański uczony, i to z tych najlepszych, doprowadzony do ostateczności, oświadczył na pokładzie statku hydrograficznego, w obliczu wiatrów i horyzontów, Stwierdzam, że jest niemożliwe, żeby półwysep się poruszał, lecz pewien Włoch, choć znacznie mniej uczony, jednak mając za sobą precedens historyczny i naukowy, wymamrotał, ale nie tak cicho, by go nie usłyszała ta opatrznościowa istota, która wszystko podsłuchuje, E pur si muove.
[s. 126]
Jednakże skoro są tacy Europejczycy, są też owacy. [...] Mamy takich, którzy obserwują przejeżdżający pociąg i popadają w przygnębienie z tęsknoty za podróżą, w która nie wyruszą, takich, którzy nie mogą patrzeć na ptaka na niebie, nie odczuwając pragnienia alkionicznego lotu, takich, którym niknący za horyzontem statek wyrywa z piersi drżące westchnienie, narzeczona pomyślała, że to z powodu jej bliskości, tylko on wiedział, że to z powodu dali.
[s. 147]
Chodzi o to, zauważali Kanadyjczycy, że jeśli nie zmieni się kurs, to my będziemy gospodarzami, powstanie tu druga Nowa Ziemia, i wcale nie wiedzą biedni Iberyjczycy, co ich czeka, zabójcze zimno, lód, jedyną korzyścią będzie to, że Portugalczycy znajdą się blisko Sztokfisza, którego tak uwielbiają, stracą lato ale zyskają papu.
[s. 258]

wtorek, 8 grudnia 2009

Kult: Hurra!

Kilka dni temu Bartek napisał na fejsie o piosence Jutro wszystko zmieni się:
Kazik Staszewski napisał bardzo dobry tekst, do tego fajna melodia, dęciaki i mamy stary dobry Kult.
No... nie. Nie, kurwa, i jeszcze raz nie. Jeśli za stary dobry Kult uznajemy takie płyty jak Your eyes, Spokojnie czy Posłuchaj, to do Ciebie, to to nie są nawet popłuczyny po tamtych. Oczywiście, po Poligono Industrial nie da się już spaść niżej, tak więc ta płyta musiała być odbiciem od dna. I jest nawet całkiem mocnym odbiciem - spokojnie dorównuje Salonowi, a może nawet go przebija. Ale stary dobry Kult skończył się dawno temu, tylko jakoś sami muzycy, a zwłaszcza lider, tego nie odnotował. Od prawie 10 lat Kazik Staszewski nie napisał w żadnym swoim scenicznym wcieleniu tekstu dorównującego temu, co wydawał na świat wcześniej.
KNŻ - LMDLM, rok 1999. OK, w tym roku bardzo mocna reaktywacja, ale ze starym repertuarem.
Kazik - Melassa, 2000. Potem dobre projekty z cudzym repertuarem: Weilla i Waitsa, ale własne projekty słabe: 41, Los się musi odmienić, wreszcie Silny Kazik tak żenujący, że aż szkoda czasu na opisywanie.
Kult - OKSK, rok 1998 - a potem już tylko równia pochyła.

Dobra, w międzyczasie było kilka zabawnych występów i zabawnych tekstów z Dupą, bardzo przyzwoity projekt Buldog, ale nie oszukujmy się - starego dobrego Kultu w tym nigdzie nie było, nie ma i już nie będzie, bo stary dobry Kult wymagałby starego dobrego Kazika, a taki już od 10 lat nie istnieje - został tylko stary Kazik, kropka. Muzycznie ta płyta jest faktycznie całkiem dobra - ale Kult od zawsze stał na 3 filarach - dobrej muzyce, rozpoznawalnych dęciakach i znakomitych tekstach. Bez któregokolwiek z nich to nie jest już stary dobry Kult. A, z całym szacunkiem, nowej jakości tą płyta też nie wypracowali.

Podsumowując: nadające się do słuchania utwory na tej płycie to Nie mamy szans, Kiedy ucichną działa już i My chcemy trzymać w garści świat. Warto odnotować pierwsze od dawna przyzwoite wydanie, ktoś w SP Records w końcu się obudził i zorientował, że mamy rok 2009 a nie 1989.

Na marginesie tej płyty rozegrała się jeszcze słynna Kurwa gate, którą jednakowoż całkiem zgrabnie opisali już na blogach Roody i Człowiek-Łoś.
Ten drugi wrzucił też osobną recenzję płyty - warto się.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Maleo Reggae Rockers: Addis Abeba


Jeśli chodzi o poziom bujania, to panowie bez zmian dają radę. Płyta daje pozytywnego kopa, fajnie się słucha - w sam raz na słuchawki na rano, w drodze do pracy. Natomiast mam wrażenie, że z płyty na płytę jest to coraz bardziej reggae religijne. No ja wiem, że generalnie w tej muzyce często-gęsto dziękujemy dża za wszystko, ale w tych tekstach jakoś tego zbyt wiele. Na poprzednich płytach albo było tej liryki religijnej nieco mniej, albo była lepiej zakamuflowana ;>

Najfajniejszej piosenki na płycie można sobie posłuchać na jutubie, akurat jest do niej klip, średnio fajny a nawet slaby, ale zawsze:

Bart, Andrzej: Rien ne va plus

Nie wiem, cóż takiego było w tym narodzie, że każdy człowiek, nawet mu nieprzychylny, po dłuższym pobycie tutaj uważał za zaszczyt przyjąć te jego cechy, które przedtem uważał za śmieszne. Być może pochlebiam sobie, ale mnie, cudzoziemca, najdłużej tu zasiedziałego, nie brały takie chętki.
[s. 163]
Bart spisał historię Polski 1794-1968 w pigułce; co więcej, spisał ją przyjmując perspektywę bezstronnego obserwatora z zewnątrz. W magiczny sposób zaklęty w swoim portrecie włoski szlachcic z II połowy XVIII wieku na prawie 300 lat trafia do odległego i dziwnego kraju - Polski; może o niej opowiadać jako człowiek, który jednocześnie wie o tym co się dzieje mało - tyle tylko, ile mu[1] zostanie powiedziane, sam w żadnych wydarzeniach nie uczestniczy, i dużo - bo ma bardzo szeroki kontekst kulturowy dobrze wykształconego i obytego na salonach Europejczyka.

Po pierwsze - dobrze sobie spojrzeć na historię Polski z lekkim dystansem.
Po drugie - znakomicie, dynamicznie napisany tekst, bardzo wciagający.
Po trzecie - rien ne va plus to, patrząc na całokształt twórczości Barta, tytuł niesamowicie ironiczny. Ten tekst jest punktem spajającym wszystkie inne jego teksty. Przewijają się tu nazwiska, historie, miejsca, które potem pojawiły się w jego twórczości jeszcze raz; znowu jako tło, epizod, a czasami rozwinięte do wymiarów pełnej historii - jak np. w Rewersie.


[1] A raczej przy nim. Cudowna perspektywa badawcza, jeśli się pamięta o tym, że obserwacja zawsze wpływa na obserwowany obiekt.

(czytałem wydanie WL, Kraków 2005)

md5sum

Skleroza w kwestiach podstawowych ;>

echo -n "ciąg" | md5sum

piątek, 4 grudnia 2009

Prezenty

Święta idą. Hurra.

Polityka jak co roku dorzuciła dodatek z pomyslami na prezenty; w tym roku szczęśliwie nie kupuję nic nikomu, poza rodzicami, dla których prezent już mam wybrany, ale kilka adresów warto zapamiętać na inne, niekoniecznie świateczne okazje:

http://colorfolk.pl/
http://czerwonamaszyna.pl/
http://www.pomyslowamanufaktura.com/
http://www.geektoys.pl/

środa, 2 grudnia 2009

Pablopavo: Dym (teledysk)

Smarzowski, Wojciech: Dom zły

Technikalia: http://www.filmweb.pl/f470384/Dom+z%C5%82y,2009

Oglądamy koszmar, który stopniowo zamienia się w zgrozę, potem w jeszcze większy koszmar, by w scenie finałowej osiągnąć wymiar absurdu niepodobny do niczego, co w polskim kinie kiedykolwiek pokazywano.
- pisze recenzent Polityki (http://www.polityka.pl/kultura/film/1501007,1,recenzja-filmu-dom-zly.read). Takie opinie o tym filmie słyszałem wcześniej, a że dodatkowo był on reklamowany jako thriller, nastawiałem się na ostrą sieczkę. Myślałem, że będę przerażony ogromem masakry, jaka się będzie działa na ekranie. Ostatecznie po to w pierwszej scenie dramatu pojawia się strzelba, żeby w kolejnych w końcu mogła wypalić. Po to w zajawkach filmu pojawiała się siekiera, żeby w samym filmie ktoś, a najlepiej kilku ktosi, tą siekierą mógł oberwać. Tymczasem thriller to nie jest odpowiednie określenie tego filmu. Krwi tam faktycznie trochę, ale jak na średnią ze światowej kinematografii, to nie aż tak wiele. Z innego miejsca przychodzi ten koszmar i zgroza.

Akcja rozkręca się powoli i do momentu drugiej rozmowy porucznika Mroza z partyjniakiem Ziębą, do tej żonglerki donosami, zdjęciami, kwitami i zeznaniami, byłem nieco zniecierpliwiony. Czekałem, aż się ta zapowiadana groza w końcu rozkręci. Ta scena mnie, mówiąc wprost, pierdolnęła przez głowę jak wspomniana wyżej siekiera - bo nagle się okazało, gdzie jest dramat, gdzie on cały czas był, w jaki sposób wszyscy, od pierwszej sekundy filmu, chcąc czy nie chcąc, brali w nim udział.

Całą recenzję w Polityce przeczytałem dopiero dzisiaj i generalnie nie mam wiele do dodania. Może tyle, że warto się uważnie wpatrywać w ekran - film jest znakomicie nakręcony (przebitki flashbackowe oraz z czarno-białej kamery bez dźwięku) i pełen drobnych smaczków - typu kolejka do wódki i gryza ogórka czy Trybuna Ludu. Znakomity film, w każdym razie.

Tylko mi jedna rzecz nie daje spokoju - filologiczne przeczucie, że specyficzna konstrukcja tytułu: Dom zły, jest do czegoś nawiązaniem. Tylko do czego?

poniedziałek, 30 listopada 2009

Haneke, Michael: Biała Wstążka

Technikalia tutaj: http://www.filmweb.pl/f467482/Bia%C5%82a+wst%C4%85%C5%BCka,2009

W recenzjach krytyków ochy, achy, zachwyty, orgazmy, gwiazdek tyle, że wystarczyłoby na obdzielenie generałami jakiejś całkiem sporej armii.
W kinie - 2 godziny nudy.

OK, to jest bardzo ładnie nakręcony film. Ujęcia, scenografia, kostiumy - no nie powiem, że genialne, ale na pewno bardzo przemyślane i bardzo dobre. Ale sama opowieść - ciągnie się, ciągnie, rozpływa w dygresjach, w detalach, w szczegółowo rozrysowanym tle. To, co mnie zwykle zachwyca w książkach, w kinie jest denerwujące.

Doceniam przekaz. Bardzo dobrze została pokazana tradycyjna wiejska społeczność w momencie, w którym umierają jej autorytety: baron jest śmieszny, gdy żona opuszcza go dla włoskiego kochanka; pastor jest tępy wręcz przysłowiową pruską tępotą; lekarz molestuje po kryjomu czternastoletnią córkę i znajduje przyjemność w upokarzaniu kochanki; nauczyciel jest cipą niezdolną do wypowiedzenia bez zająknięcia jednej własnej myśli. A wszyscy dookoła, w szczególności dzieci, mają te autorytety szanować - bo tak jest już świat urządzony, kropka. Trafia do mnie to niesprecyzowane a niepokojące przeczucie, że w takim opresyjnym środowisku musi narodzić się bunt. I to bunt oparty na ślepym gniewie, na potrzebie odreagowania. I że może, nie na pewno, ale może ten gniew, ta agresja, te pokłady frustracji będą miały coś wspólnego z historią Niemiec za kilka, kilkanaście czy dwadzieścia kilka lat.
Ale to nie zmienia faktu, że przez ponad dwie godziny ten film po prostu nudzi. No dobrze, ma coś ważnego do powiedzenia, no dobrze, mówi to ładnie, ale cholera, czemu nie może tego opowiedzieć odrobinkę ciekawiej?

niedziela, 29 listopada 2009

28.11.2009

Korzystając ze słonecznej pogody pojechali my z Maleństwem i Nikosem do Palmir, gdzie rozdziewiczyłem na głupich pstrykankach mój nowy aparat. Jak na małpkę, spisuje się akceptowalnie:




więcej na Picasie.

Wieczorem natomiast udali my się na koniec galaktyki, do Radia Luxembourg, na koncert The Bartenders i Vespy. No i, nie oszukujmy się, był ogień o mur, oporowo. Bartendersi stroili się 50 minut, grali 45, ale już Vespa zaproponowała prawie dwugodzinny set. Po pierwsze, muzyka przy której nie da się nie ruszać. Po drugie, panowie z Vespy są od wczoraj moimi prywatnymi królami konferansjerki. Po trzecie, znowu się zakochałem. Czyli jakby wszystko w porządku.

Chciałem sobie tu elegancko zembedować jakieś nagranko live Vespy, ale okazuje się, że w internetach sama chujnia. Ale wczoraj na koncercie kręcił się klip 100% na żywo żadnego udawania, więc może wkrótce.

środa, 25 listopada 2009

Więź 10/2009: Kijów-Warszawa: nadal wspólna sprawa?

Wyjątkowo sobie zapisuję tę lekturę czasopisma, bo też i po raz pierwszy coś mnie naszło na zakup Więzi. O istnieniu tego szacownego tytułu oczywiście wiedziałem (jak się ostatnio w zawstydzający mnie sposób okazało - nie wszystko), ale nigdy nie czytałem. Magia Facebooka - dodałem sobie Tygodnik Powszechny, na co Więź dodała mnie, co łyknąłem w celach obserwacyjnych. Zauważyłem, że ostatni numer jest poświęcony właśnie Ukrainie, co mnie zaciekawiło na tyle, że postanowiłem sobie kupić. No i tak to poznałem Więź.

Raczej nie będzie to znajomość długotrwała i zażyła. Może długotrwała tak, ale zażyla na pewno nie. Mam po lekturze wrażenie miałkości.
To, że z obu stron nastąpiło po magicznym czasie przełomu 2004 i 2005 roku, rozczarowanie drugą stroną i pewne ochłodzenie kontaktów, nie jest tezą odkrywczą. To po prostu widać, kropka. Dla kogoś, kto mniej-więcej ogarnia bieżące wydarzenia społeczno-polityczne, oraz ma podstawową wiedzę historyczną, także i przyczyny takiego stanu rzeczy nie są sekretem. Nie trzeba do tego tematycznego numeru Więzi.

Historie życiowe mieszkających w Polsce Ukraińców są całkiem ciekawe. Analiza aktualnej sceny politycznej Ukrainy jest bardzo interesująca - nie znałem jej za dobrze. Poruszające jest wspomnienie Mordu Lwowskiego. Poza tym - no niby coś tam jest napisane, ale mam wrażenie, że niepotrzebnie. A to kiepskie wrażenie.

Note to self: Więź więc kupuj, chłopcze miły, tylko jeśli Cię wybitnie zainteresuje temat przewodni.

Herbert, Zbigniew: Hermes, pies i gwiazda

Dojrzałość

Dobre jest to co minęło
dobre jest to co nadchodzi
a nawet dobra jest
teraźniejszość

  W gnieździe uplecionym z ciała
  żył ptak
  bił skrzydłami o serce
  nazywaliśmy go najczęściej: niepokój
  a czasem: miłość

  wieczorami
  szliśmy nad rwącą rzekę żalu
  można się było przejrzeć w rzece
  od stóp do głów

  teraz
  ptak upadł na dno chmury
  rzeka utonęła w piasku

  bezradni jak dzieci
  i doświadczeni jak starcy
  jesteśmy po prostu wolni
  to znaczy gotowi odejść
  
W nocy przychodzi miły staruszek
ujmującym gestem zaprasza
- jak się nazywasz - pytamy strwożeni

- Seneka - tak mówią ci którzy kończyli gimnazjum
a ci ktorzy nie znają łaciny
wołają mnie: umarły

Pijacy

Pijacy są to ludzie, którzy piją do dna i duszkiem.
Ale krzywią się, bo na dnie widzą znów siebie.
Przez szyjkę butelki obserwują dalekie światy. Gdyby
mieli silniejszą głowę i więcej smaku, byliby astronomami.

Piekło

Licząc od góry: komin, anteny, blaszany, pogięty dach. Przez okrągłe okno widać zaplątaną w sznury dziewczynę, którą księżyc zapomniał wciągnąć do siebie i zostawił na pastwę plotkarek i pająków. Niżej kobieta czyta list, chłodzi twarz pudrem i znów czyta. Na pierwszym piętrze młody człowiek chodzi tam i z powrotem i myśli: jak ja wyjdę na ulicę z tymi pogryzionymi wargami i w rozlatujących się butach. W kawiarni na dole pusto, bo to rano. Tylko jedna para w kącie. Trzymają się za ręce. On mówi: "Będziemy zawsze razem. Proszę pana czarną i oranżadę". Kelner idzie szybko za kotarę i tam dopiero wybucha śmiechem.

wtorek, 24 listopada 2009

Saramago, José: Baltazar i Blimunda

Od wschodu do zachodu słońca Baltazar, podobnie jak setki innych mężczyzn, może jest ich siedmiuset, może tysiąc, a może tysiąc dwustu, ładuje na taczki ziemię i kamienie, jeśli idzie o Baltazara, to hakiem przytrzymuje sobie stylisko łopaty, pracuje zaś prawą ręką, w trójnasób zręczną i silną, taka zresztą jest już od piętnastu lat, następnie rusza nie kończąca się procesja Corpus Homini, jeden za drugim wyrzucają gruz na zbocze, przysypując nie tylko las, ale i pola uprawne, przy okazji niejeden ogród z czasów mauretańskich zakończy swój żywot, biedaczysko, przez tyle stuleci rodził delikatną kapustę, świeżutką, chrupiącą sałatę, majeranek, pietruszkę i miętę, a teraz żegnajcie, przepyszne nowalijki, już nie popłynie woda tymi bruzdami, już nie przyjdzie ogrodnik, by rozrzucić kopczyk tamujący wodę i napoić spragnioną grządkę, podczas gdy sąsiednia już się rozkoszuje sytością. Mówi się, że niezbadane są losy świata, lecz jeszcze bardziej niezbadane są losy człowieka, bo może ten, co własnie teraz przechylił taczkę, z której w podskokach potoczyły się w dół kamienie i posypała ziemia, jest własnie owym ogrodnikiem, ale nie, to chyba nie on, bo nawet łza nie zabłysła mu w oku.
[s. 231]

Jak zwykle historia, którą snuje Saramago, rozpływa się, rozrasta pajęczą siecią małych historyjek, dygresji, uwag ogólnych i szczegółowych spostrzeżeń. Niby o niczym, a jednak jak napisane. Można sobie pisać w sumie banały, i może z tego wyjść kupa z muchą, specjalistą od takich tekstowych wydmuszek jest Coelho, ale można pisać niby-banały i jednocześnie coś mówić, witajcie w świecie Saramago.

Generalnie historia jako historia do mnie trafiła tylko po części. Tytułowi Baltazar i Blimunda - wcale. Ale tło: król, klasztor w Mafrze, ksiądz Bartłomiej Wawrzyniec, Lizbona, jak najbardziej. Przy czym ta książka się w zasadzie czyta sama, więc nawet jeśli podczas lektury Baltazar i Blimunda nie przyciągają wzroku tak, jak by może powinni, to i tak nie jest nudno.

[...] jest to więc dzień taki sam jak inne, padają te same słowa i nikt nie zauważa zdumienia malującego się na twarzy Jana Franciszka, który siedzi przy kominie mimo panującego upału, nawet Blimunda tego nie spostrzegła, była bowiem zajęta Baltazarem, który dopiero co wszedł, powiedział dobry wieczór i poprosił ojca o błogosławieństwo, nie słuchając odpowiedzi, jak się jest synem przez wiele lat, to czasem okazuje się taki brak uwagi, a więc było to tak, Pobłogosław mnie, ojcze, stary powoli podnosi rękę, tak wolno, jakby już tylko na to starczało mu siły, to jego ostatni gest, nie dokończony, gdyż ręka osunęła się na fałdy kapoty, obok drugiej ręki, i gdy Baltazar wreszcie obrócił się, by przyjąć ojcowskie błogosławieństwo, widzi, że stary opiera się o ścianę, ręce zwisają mu bezwładnie, głowa opadła na piersi, Czy ojciec źle się czuje, pytanie jest zupełnie zbędne, zapewne wszyscy by oniemieli, gdyby Jan Franciszek odpowiedział, Umarłem, co byłoby najprawdziwszą z prawd. Polało się trochę zwykłych w takich wypadkach łez, Álvaro Diogo nie poszedł do pracy, Gabriel zaś po powrocie do domu, chcąc nie chcąc, musiał udawać smutnego, choć był w świetnym humorze, wracał bowiem prosto z raju, oby tylko ogień piekielny nie zaczął go przypiekać między udami.
Jan Franciszek pozostawił ogródek i stary dom. Kiedyś miał kawałek ziemi na wzgórzu Vela. Przez całe lata czyścił go z kamieni, by wreszcie motyka sięgnęła pulchnej ziemi. Nie miało to sensu, znów pełno tam kamieni, właściwie po co człowiek przychodzi na ten świat.
[s. 296]

środa, 18 listopada 2009

Spięty: Antyszanty

1. Bez dwóch zdań Spięty jest mistrzem słowa. Teksty, które układa, zarówno fantastycznie brzmią jak i fantastycznie znaczą.

2. Muzycznie - jest różnie. Niektóre kawałki, jak Ma czar karma czy Bajka o śmierci podobają mi się bez dyskusji, inne, jak Opuszczone porty, raczej mi nie podpadają.

3. Ale nawet w tych, które mi nie podpadają, warto zauważyc i docenić mnogość dźwięków - jakieś pobrzękiwania, postukiwania, szmery. Nie wiem, nie umiem ocenić, jak bardzo ta płyta jest szantowa a jak bardzo jest właśnie anty, ale te wszystkie dźwięki tworzą klimat przygody, poszukiwania, wyprawy, ruchu. I ten klimat mi całkowicie podchodzi.

4. A najbardziej mi się Ma czar karma (do odsłuchania na majspejsie spiętego) oraz Kalikimaka, spiratowane przez kogoś:
Kalikimaka

Lankosz, Borys: Rewers

Technikalia: http://www.filmweb.pl/f501455/Rewers,2009
Naprawdę dobry film. Maleństwu nie podobały się wstawki współczesne, ale pomyślałem sobie nad tym trochę, i jednak bez nich nie miałby ten film sensu. Tzn. inaczej - bez nich byłby tylko czarną komedią (kryminałem?) w realiach lat 50. Kontynuacja współczesna robi z tym filmem to, co Andrzej Bart zrobił z wydarzeniami z łódzkiego Getta w Fabryce muchołapek - pokazuje, że o tym, co było, można mówić, można to oceniać, ale nie można jednoznacznie i obiektywnie ocenić.

Poza tym - znakomita gra aktorska, w zasadzie wszystkich poza Agatą Buzek. Rewelacyjnie nakreślone postaci, cudowne dialogi - napisanie czegoś tak czerstwego, tak drażniącego a jednoczesnie tak zabawnego wymaga nie lada kunsztu. Co do Agaty Buzek, to historia jest taka, że ja jej po prostu szczerze nie znoszę, w związku z tym nie jestem w stanie jej obiektywnie ocenić. Nie podobała mi się, ale ona mi się nigdy nie podoba, więc w sumie to nic już nie znaczy.

Jedna rzecz co do tych wstawek współczesnych - młoda Buzek w roli staruszki wypada sztucznie; zdecydowanie lepiej wyszłaby jakaś aktorka w wieku naturalnie staruszkowatym.

I - na marginesie - zaczynam sobie myśleć, że każdy kawałek literatury, do którego dotknie się Bart (autor scenariusza), musi się zmienić w złoto.

wtorek, 17 listopada 2009

Pessoa, Fernando: Przesłanie

Zachód

Dwiema rękami - czynu i Losu -
Odkrywamy. Tym samym gestem, jedna ku niebu
Wznosi pochodnię drżącą i boską,
A druga odsłania welon.

Musiało stać się lub po prostu stało,
Że ręka na Zachodzie welon rozerwała;
To wiedza była duszą, a odwagą ciało
Tej ręki, która odsłaniała.

Mógł być Przypadek, Wola albo Burza -
Ręką, która wzniosła płonącą pochodnię;
Bóg był duszą, a ciałem była Portugalia
Tej ręki, która prowadziła płomień.


Ja tam się na poezji nie znam, jak dla mnie te wiersze są takie sobie, ale pewnie skoro w świat poszła opinia, że Pessoa to najwybitniejszy poeta portugalski, to coś w tym musi być.
To, co mnie w tych wierszach urzeka, to mesjanistyczne przesłanie - dobrze wiedzieć, że nie tylko polscy wieszcze narodowi mieli takie ciągoty do wyjątkowości.

Saramago, José: Rok śmierci Ricardo Reisa

Obmyśla się inne napady. Podczas gdy Portugalia modli się i śpiewa, bo nadszedł okres świąt i pielgrzymek, wiele mistycznych kantyczek, wiele sztucznych ogni i wina, wiele viry a Minho, wiele orkiestr, wiele aniołów o białych skrzydłach za obrazami, w skwarze, który wreszcie jest reakcją nieba na przedłużającą się zimę, bez uchylania się jeszcze od wysłania nam od czasu do czasu rozproszonych deszczów i burz, podczas gdy Tomas Alcaide śpiewa w Teatrze Świętego Ludwika Rigoletto, i Manon, i Toscę, podczas gdy Liga Narodów decyduje się ostatecznie znieść sankcje przeciwko Włochom, podczas gdy Anglicy protestują przeciwko przelotowi sterowca Hindenburg ponad fabrykami i strategicznymi punktami Wielkiej Brytanii, mówi się, że niebawem nastąpi przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy. To już ich problem. Tylko wnikliwe oko i palec wyćwiczony w badaniach kartograficznych potrafiłby odnaleźć na mapie czarną kropkę i barbarzyńskie słowo, to nie z ich powodu nastąpi koniec świata. Bo, w końcu, nie jest dobre dla spokoju domowego ogniska mieszać się w życie sąsiadów, nawarzyli piwa, niech je piją (...)
[s. 343]


Ksiązka napisana znakomicie - język Saramago prowadzi sam siebie, jest dygresyjny, rozpasanie opisowy, czasami autorefleksyjny. To, co się w tej książce dzieje, dzieje się gdzieś w tle, jest jedną z fal tej rzeki opowieści, dzieje się w nagłówkach gazet, w krótkich relacjach z drugiej ręki, które niewykształcona służąca Lidia może, tak jak umie, powtórzyć panu doktorowi Reisowi, w dziwnym, jednorazowym wezwaniu na Policję, którego nie powinno być, ale jednak było, dziwne, ciekawe czemu, może to tylko pomyłka.
Może i lepiej dla Ricardo Reisa, że umarł własnie w 1936 roku - w nastepnych latach coraz trudniej byłoby mu udawać, że można żyć tak, jakby nic dookoła się nie zmieniało.

Do zapamiętania jeszcze kilka absolutnie rewelacyjnych fragmentów:

Pochłonięty porządkami, nie spostrzegł, że zaczęło padać, ale gwałtowne uderzenie deszczu zabębniło o szyby, Co za pogoda, podszedł do okna, żeby spojrzeć na ulicę, zobaczył staruszków na chodniku przed domem, jak owady zwabione światłem, i obaj przejmowali grozą jak insekty, jeden wysoki, drugi niski, każdy z parasolem, z głową uniesioną w górę jak modliszki, tym razem nie przestraszyli się kształtu, który się pojawił i ich obserwował, musiał wzmóc się deszcz, żeby zdecydowali się odejść w dół ulicy, uciekając przed wodą wylewającą się z przepełnionych rynien na dachu, gdy przyjdą do domu, złają ich żony, jeśli takowe posiadają, Cały mokry, jeszcze dostaniesz zapalenia płuc, a później służąca ma się zajmować wielkim panem, a oni odpowiedzą, W mieszkaniu dony Luizy już ktoś mieszka, to samotny mężczyzna, nie widać nikogo więcej, Patrzcie no, takie duże mieszkanie tylko dla jednego człowieka, co za marnotrawstwo, spytacie, skąd one wiedzą, że mieszkanie jest duże, pewnej odpowiedzi nie ma, możliwe, że w czasach dony Luizy przychodziły tam sprzątać, kobiety tego rodzaju chwytają się każdej możliwości, kiedy zarobki mężów są niskie albo gdy on odmawia im pieniędzy, żeby wydawać na wino i kochanki, ida więc wtedy nieszczęsne myć schody i prać ubrania, niektóre się w czymś specjalizują, tylko piorą albo tylko myją schody, i w ten sposób stają się mistrzyniami w swoim fachu, mają zasady, dumne są z bieli prześcieradeł, żółci stopni, o tych mówi się, że mogłyby służyć za obrus na ołtarzu, o tamtych, że można by z nich zjeść marmoladę, gdyby na nie spadła, dokądże to już nas prowadzi dygresja krasomówcza.
[s. 205-206]


Ricardo Reis nie unikał ponownego spotkania przy wyjściu. Rozmawiali, idąc korytarzem, spytał, czy Marcendzie podobała się sztuka, ona odpowiedziała, że trzeci akt ją wzruszył do łez, Przypadkiem zauważyłem, oznajmił on, i na tym zakończyli tę rozmowę, doktor Sampaio przywołał taksówkę, chciał wiedzieć, czy Ricardo Reis będzie im towarzyszył, gdyby przypadkiem zamierzał własnie wrocić do hotelu, byliby zachwyceni, a on odpowiedział, że nie, podziękował, Do jutra, dobranoc, cieszę się, że państwa poznałem, samochód odjechał. Miał ochotę pojechać razem z nimi, ale zdawał sobie sprawę, że byłoby to niestosowne, wszyscy czuliby się skrępowani, zakłopotani, siedzieliby w milczeniu, nie byłoby łatwo znaleźć inny temat rozmowy, a do tego doszłaby jeszcze kwestia miejsc w taksówce, na tylnym siedzeniu nie zmieściliby się we trójkę, doktor Sampaio nie chciałby jechac z przodu i zostawić córki z nieznajomym, tak, nieznajomym, w sprzyjającej ciemności, no cóż, nawet jeśli nie byłoby między nimi najmniejszego kontaktu fizycznego, ciemność zbliżyłaby ich aksamitnymi dłońmi, a jeszcze bardziej zbliżyłyby ich myśli powoli stające się myślami skrywanymi, ale nie tajonymi, nie można by tez posadzić Ricardo Reisa obok kierowcy, nie zaprasza się kogoś po to, aby jechał z przodu, obok licznika, wiadomo, że na końcu trasy siedzący najbliżej czuje się zobowiązany zapłacić, szczególnie, jeśli z powodu przeliczania albo jakichś przeszkód pieniądze długo się nie pojawiają, a ten z tyłu, który zaprosił i naprawdę chce zapłacić, mówi, że nie, proszę pana, nie pozwala kierowcy przyjąć pieniędzy od tego pana, ja płacę, cierpliwy szofer czeka, aż pasażerowie w końcu się zdecydują, rozmowa słyszana tysiące razy, nie brak groteskowych wydarzeń w życiu taksówkarza.
[s. 105-106]



Oto tytuły własności i zasiedlenia, wypisano na frontonie, że to grób Pani Dionisii de Seabra Pessoa, pod okapem tej wartowni, gdzie, to romantyczny pomysł, na wysokości wewnętrznych zawiasów drzwi śpi strażnik, jeszcze jedno imię, nic więcej, Fernando Pessoa, z datami urodzenia i śmierci, i złocona urna, która oznajmia, To tutaj, i wtedy znowu zaczyna padać. Przyjechał z tak daleka, z Rio de Janeiro, płynął noce i dni po morskich falach, tak bliska i zarazem tak daleka wydaje mu się dzisiaj ta podróż, i co teraz ma robić, sam w tej alei, pośród pośmiertnych mieszkań, z otwartym parasolem, w porze obiadu, z daleka dobiega go przytłumiony dźwięk dzwonu, spodziewał się, że będzie coś czuł, kiedy tutaj przyjdzie, kiedy dotknie tych okuć, głębokie wzruszenie, rozdarcie, wewnętrzne trzęsienie ziemi, jak wielkiego miasta bezgłośnie walącego się w gruzy, rozpadające się portyki i białe wieże, a w końcu tylko słabe pieczenie oczu, które minęło tak samo szybko, jak się pojawiło, nie dało nawet czasu, żeby o nim pomysleć i wzruszyć się tym myśleniem.
[s. 39]


A, na marginesie - koncept, że po śmierci każdy z nas dostaje jeszcze bonusowe 9 miesięcy stopniowego zanikania, tak jak przed urodzeniem miał 9 miesięcy stopniowego pojawiania się, jest całkiem wesoły i pociągający. Ja bym chyba chciał.

poniedziałek, 16 listopada 2009

"Kosmos teatru Gardzienice" - SWPS, 15.11.2009

1. Sama organizacja to całkiem wesoła sprawa. Zakładam, że w Gardzienicach pewna partyzantka organizacyjna jest nieunikniona, a nawet jest bardzo na miejscu; myślę, że gdybym pojechał do Gardzienic, nastawiałbym się właśnie na niewygody, opóźnienia, lekki chaos - wszystko to, co tworzy specyficzny klimat przygody. Ale nie pojechałem do Gardzienic - Gardzienice przyjechały do Warszawy. Gardzienice weszły w kostium "normalnego" teatru i pokazały, że im w tym kostiumie bardzo, bardzo niewygodnie. Szacowny pan Dyrektor i Reżyser, który tłumaczy, że:
a) na spektakl się nie rozbieramy z kurtek, bo sala nieogrzewana i jeszcze w budowie;
b) nie spodziewał się tylu osób, zresztą mówił, żeby nie przychodzić, a jednak ludzie przyszli (WTF?);
c) część osób zapłaciła za bilety, a część ma zaproszenia, a miejsc siedzących może nie wystarczyć dla wszystkich, więc najpierw zaprosi Państwa z biletami, a potem z zaproszeniami, no i może wszyscy się zmieszczą, a może nie,
i który ponadto:
d) osobiście rozsadza widzów w prowizorycznie zmontowanej sali teatralnej, aby się wszyscy zmieścili;
e) apeluje do siedzącej młodzieży, aby ustąpiła miejsca na widowni osobom starszym, jak to nakazuje dobry obyczaj -
jest groteskowy. Policzenie miejsc na widowni nie jest skomplikowane. Dystrybucja biletów w systemie: ilość rozdanych zaproszeń plus ilość sprzedanych biletów NIE przekracza łącznej liczby miejsc nie jest operacją logistycznie skomplikowaną. Generalnie wszystko skończyło się dobrze: chyba każdy mial gdzie siedzieć, niektórzy siedzieli w emocjonującej, kilkudziesięciocentymetrowej odległości od aktorów, było OK. Ale ten stan OK został okupiony półgodzinnym opóźnieniem związanym z ręcznym rozsadzaniem widzów. I przy okazji - jako przedstawiciel kulturalnej młodzieży, gdyby zaistniała taka konieczność, na pewno bym ustąpił miejsca na widowni osobie starszej. Ale jako - nawet bardzo młody - posiadacz biletu za kilkadziesiąt złotych, na pewno bym się na to ostro wkurwił.

2. Metamorfozy według Apulejusza to dla mnie spektakl niezrozumiały. Dostrzegłem myśl przewodnią: napięcie między dwoma rodzajami miłości - fizyczną, dionizyjską, i duchową, apollińską, reprezentowaną przez jej - powiedzmy - spadkobiercę, Chrystusa. Poza tym był tam śpiew, taniec, dużo ruchu, dużo scenicznego drobiazgu, jednoczesna gra wielu aktorów, w wielu miejscach sceny, w jednym dzieje się coś, co nazwać by można głównym elementem akcji, ale w kilku innych też trwa ruch, zachodzi zmiana - i z tej mnogości jakoś nie mogłem wyłowić wiele sensu. Nigdy nie aspirowałem do roli znawcy teatru; pewnie czegoś nie zauważyłem, pewnie mi coś umknęło. Ale wyszedłem z tego spektaklu z takim poczuciem, że to było bardzo ładne, bardzo energiczne wiele hałasu o nic.

3. Intermedium, czyli wystawa fotografii, animacji oraz mini-recital Karoliny Cichej. Wystawa fotografii jak wystawa fotografii, oczywiście miło popatrzeć na zdjęcia z wielu spektakli z 30 lat Gardzienic, ale. Ja raczej stałem jak idiota sakramencki tuz przed sceną i wpatrywałem się w dokonania harfistki. Nazwiska nie pamiętam, ale grę owszem. Fascynująco uspokajająca.
Później Karolina Cicha wykonała 3 piosenki, 2 znane z płyty Gajcy, jedną, której nie znałem. Śpiewa rewelacyjnie, gra rewelacyjnie, jest piękna i urzekająco łagodna. Oczywiście się zakochałem.

4. Ifigenia w A. (według Eurypidesa) z orkiestrą Fresco Sonare; dla tej godziny oglądania warto było się tam pojawić, wysiedzieć w chłodnej i niewygodnej sali i nawet przemęczyć się przez wcześniejszy spektakl. Taka energia, jaka popłyneła ze sceny, to jest moc, jaką rzadko spotykam nawet na koncertach. Sama opowiedziana historia jest prosta, zresztą historia Ifigenii jest raczej znana, tu na potrzeby spektaklu nieco jeszcze uproszczona; na pierwszy plan wyszedł, moim zdaniem, dramat Klitajmestry. A może tylko ja zwróciłem na niego największą uwagę? Dramat matki, która nie rozumie tego, co się własnie dzieje z jej rodziną. Nie może zrozumieć - bo taka jest jej pozycja jako kobiety, że nie ma wiedzy niezbędnej do rozumienia, ale musi zrozumieć, bo bez zrozumienia nie ocali nawet tego, co po śmierci jednej z córek mogłoby jeszcze rodziną pozostać.
A sam dramat Ifigenii - bardzo pomysłowo oddany dzięki odegraniu go przez dwie aktorki.

No i tyle. Zanim tam poszedłem, Bartek, który Gardzienice widział już kilka razy, przekonywał mnie, że ekscytacji nie będzie. Przez pierwsze półtorej godziny tego wieczoru byłem gotów przyznać mu rację - ale Ifigenia w A. całkowicie to zmieniła. Moc, żelazo nie klęka.

czwartek, 12 listopada 2009

Saramago, José: Ewangelia według Jezusa Chrystusa

Trzeba wejść w narracyjny rytm tej lektury, co nie jest takie znowu łatwe: tekst jest pełen dialogów, ale żaden z nich nie jest zapisany w tradycyjnej formie; wszystko tekstem ciągłym, jedynie przecinki i wielkie litery są wskazówkami, gdzie się kończy wypowiedź jednej postaci a zaczyna następnej. A odczytanie tych dialogów jest kluczowe, bo cała książka to dialog: Jezusa, w najprostszym tego słowa znaczeniu dobrego człowieka, i starotestamentowego Boga, również mówiąc wprost: skurwysyna.
To, że starotestamentowy Bóg jest skurwysynem, nie jest myślą szczególnie odkrywczą: wystarczy średnio uważna lektura Pisma, żeby dojść do takiego wniosku. Ale koncept Jezusa, który wcale nie chce być jego synem, zostaje nim bez własnej wiedzy i wbrew własnej woli, ma bolesną świadomość, że jeśli wypełni wolę swojego ojca przyczyni się tylko do rozszerzenia jego okrutnego panowania na cały świat, i próbuje się przeciwko temu zbuntować - jest dla mnie nowy i ciekawy.
Nawet jeżeli, ostatecznie, dobry Jezus przegrywa to starcie.

Jezus umiera, umiera, a życie już go opuszcza, kiedy nagle niebo otwiera się na oścież ponad jego głową i pojawia się Bóg, ubrany tak samo jak na łodzi, a jego głos rozbrzmiewa na całej ziemi, Ty jesteś mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. Wówczas Jezus rozumie, że został wprowadzony w błąd tak samo, jak składany w ofierze baranek, że od początku początków było wiadomo, że będzie żyć po to, by umrzeć taką śmiercią, wtedy stanęła mu w pamięci rzeka krwi i cierpienia, która z jego boku wypłynie i zaleje całą ziemię, i krzyknął prosto w otwarte niebo, tam gdzie uśmiechał się Bóg, Ludzie, przebaczcie mu, bo nie wie, co uczynił. Potem umierał, śniąc, był w Nazarecie i słyszał mówiącego doń ojca, który wzruszał ramionami i też się uśmiechał, Ani ja nie mogę ci zadać wszystkich pytań, ani ty nie możesz mi udzielić wszystkich odpowiedzi. Była w nim jeszcze resztka życia, kiedy poczuł, że jakaś gąbka zamoczona w wodzie z octem ociera jego wargi, spojrzał wówczas w dół i spostrzegł oddalającego się mężczyznę z wiadrem i tyczką na ramieniu. Nie zdołał już jednak zobaczyć położonej na ziemi czarnej miski, do której kapała jego krew.
[s. 318]


I jeszcze jedna rzecz przy okazji tej lektury:

Jakby poruszając się wewnątrz wirującej kolumny powietrza, Józef wszedł do domu, zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie, pozostając tak przez blisko minutę po to, by oczy mogły się przyzwyczaić do półmroku. Obok niego lampka migotała blado, prawie nie wydzielając światła, niepotrzebnego zresztą. Maria leżała na plecach wpatrzona w jakiś punkt przed sobą i wydawało się, że czeka. Nie mówiąc ani słowa, Józef zbliżył się i powoli zdjął prześcieradło, którym była przykryta. Ona odwróciła wzrok, podciągnęła nieco dolną część tuniki, lecz tylko do wysokości brzucha, wtedy gdy on już się pochylał, czyniąc tak samo ze swoją własną tuniką. Wtenczas Maria rozchyliła nogi, lub tez rozchyliła je jeszcze podczas snu i tak już została, powodowana przedziwną poranna ospałością albo przeczuciem zamężnej kobiety, znającej swoje powinności. Bóg, który jest wszędzie, był i tam, lecz będąc tym, czym jest, a więc czystym duchem, nie mógł zobaczyć jak skóra jednego dotykała skóry drugiego, jak ciało jego wniknęło w ciało jej, obydwa do tego są stworzone, i prawdopodobnie nawet już go tam nie było, kiedy uświęcone nasienie Józefa rozlało się po uświęconym wnętrzu Marii. Oboje zaś uświęciło to, że byli źródłem i pucharem życia. Są doprawdy rzeczy, których sam Bóg nie rozumie, chociaż je stworzył. Wyszedłszy zatem na podwórko nie mógł Bóg uslyszeć agonalnego głosu, czegoś na podobieństwo rzężenia, które wydobyło się z ust mężczyzny w chwili przełomowej, ani tym bardziej cichutkiego jęku, którego kobieta nie była w stanie powstrzymać.
[s. 15]

Pogrubione fragmenty w tekście powyżej były w moim egzemplarzu książki podkreślone przez kogoś ołówkiem. A na marginesie widniały następujące zapiski (pisownia oryginalna):
"wątpienie negacja Bożych przymiotów"
"akt seksualny Józefa i Maryi*!"
"poczęcie Maryi?"
a 2 strony wcześniej, przed początkiem rozdziału:
"poranek Józefa i Maryi"
"kontrowersja - Niepokalane Poczęcie?"

I teraz ja się pytam - co, do ciężkiej kurwy, powoduje ludźmi, którzy zapisują na marginesach książek takie oczywistości tudzież takie brednie? No bo przecież nie filologiczny zapał do zaznaczania zakładkami i fiszkami ważnych zdań - z tym się kłócą z dupy wybrane podkreślenia.
Cokolwiek by to nie było, ja mam przez to -10 punktów do radości czytania.

(oznaczenia stron wg wydania SAWW, Poznań, 1992)

* w całym tekście konsekwentnie stosowane jest imię Maria, tak przy okazji

wtorek, 10 listopada 2009

Bart, Andrzej: Fabryka muchołapek


- Myślisz, że jesteśmy w sobie zakochani? - Pytanie niespodziewane, a Dora patrzy najpoważniej.
- Kto wie, czy to nie miłość od pierwszego wejrzenia. - Nic piękniejszego nie moglem jej ofiarować. Może dlatego powiedziałem to po czesku, którego nie znałem.
- Ale to wszystko przecież niemożliwe.
- Tak? To w takim razie co tu robimy? - Jak u paranoików w zwyczaju, musiałem przygwoździć ją żelazną logiką. - Zresztą nie myśl o tym. Zamknij oczy. Odpocznij... - Aby jej pokazać, że to nietrudne, sam na chwilę zamknąłem oczy.
Kiedy je otworzyłem, zaczęło robić się jasno, a Dory nigdzie nie było.
[s. 153]


Książka, którą w recenzjach porównywano do "Procesu" Kafki; może i, ale tylko jeśli chodzi o zamglony, nieczytelny, zagmatwany świat, świat niemożliwy, urojony, przez który trzeba się przedzierać - strona po stronie.

Swojej [książki] nie mogłem napisać inaczej. Ani lepiej, ani gorzej. Walnięty melorecytator wychodzi przed publikę i gada. Jego mówienie jest jak pocenie się, oddychanie, mruganie powiekami. Powiedział - koniec spektaklu. Tu nie ma miejsca na rozum. Tylko intuicja.


To autor w wywiadzie dla GW. I tak się to właśnie czyta - trudno, trzeba podążać za intuicją autora, trzeba próbować rozpoznać, co się wydarzyło a co nie, czy wydarzyło się w Łodzi Barta czy w Łodzi Rumkowskiego, a jeśli nie wydarzyło się nigdy - czy powinno było się wydarzyć? Czy można to ocenić?

[...] Panie Kronsztad, przestał pan w końcu pracować w wydziale węglowym i został za karę zesłany do fabryki muchołapek...
- I bardzo mnie to uradowało. Chociaż odpowiedzialność miałem większą, bo Niemcy bardzo przestrzegali jakości. Doktor Schnittke, który zaopatrywał w muchołapki front wschodni, uważał, że żadna mucha nie ma prawa męczyć się dłużej niż czterdzieści trzy minuty. Inaczej byłoby to niehumanitarne...
[s. 73-74]


No właśnie; chyba niemożność oceny jest głównym przesłaniem tekstu. Pamiętać trzeba, oceniać trudno, bo jak ocenić cokolwiek w świecie, który w każdym najmniejszym detalu jest po prostu absurdalny?

poniedziałek, 9 listopada 2009

Baker, Robin: Wojny plemników. Niewierność, konflikt płci oraz inne batalie łóżkowe

Angielski tytuł: Sperm Wars - he, he, he...

Koncept książki jest taki, że mężczyźni - często nieświadomie, a więc raczej: ciała mężczyzn niż mężczyźni, dążą do umieszczenia swojego nasienia w jak największej ilości kobiet, kobiety natomiast (znowu: raczej ciała kobiet) do tego, aby jak najlepiej wyregulować to, jacy mężczyźni i w jakich momentach tego nasienia im dostarczają. Jednym z mechanizmów tej regulacji jest doprowadzanie do wojen plemników, czyli do sytuacji, w których sperma więcej niż jednego mężczyzny konkuruje ze sobą w ciele kobiety o szansę na zapłodnienie. Lepsza sperma (czyli: od lepszego siłowo lub strategicznie partnera) wygrywa, kobieta rozmnaża się z lepszym partnerem.

W zasadzie wszystkie seksualne zachowania człowieka: zdrada, masturbacja, gwałty, seks oralny, homoseksualizm, biseksualizm, prostytucja, są podporządkowane temu ogólnemu mechanizmowi. Służy mu także specjalizacja plemników - w spermie występują różne rodzaje plemników, wyspecjalizowane nie tylko w zapładnianiu, ale też w walce z plemnikami innych mężczyzn, w blokowaniu im drogi etc.

Nie znam się na tyle na naukowych podstawach tej książki, żeby stwierdzić, czy to wszystko jest potwierdzone i sprawdzone - ale krótkie googlanie doprowadziło mnie do tego artykułu, w którym np. można przeczytać, że:

Other parts of the theories for specialist sperm were severely criticised, when in a review of Baker and Bellis’s book, Roger Short pointed out that the sperm which had been designated ‘egg-getters’ were about as likely to be egg-getters as they were to contain little men. Twenty years previously, Short and three colleagues had published a paper in the scientific journal Nature, pointing out that these large-headed sperm were in fact production errors carrying twice the normal chromosome complement, and as a consequence they were incapable of producing a normal embryo. Somehow, Baker and Bellis had overlooked this publication.


Zakładam, że skoro mogli przeoczyć jeden z drobiazgów, na których w zasadzie ufundowana jest ta książka, to może mogli przeoczyć tez kilka innych.
Poza tym miałem czasami podczas lektury takie wrażenie, że oczywiście, prawdopodobnie da się wszystkie seksualne zachowania człowieka zredukować tylko do biologii, ale po co? Ja chyba jednak wolę zachować przekonanie, że odrobinę kontroli nad tym wszystkim sprawuję świadomie ja, a nie tylko moje ciało. I że mi nie zawsze musi chodzić akurat o dostarczenie nasienia; czasami, może, nie za często, ale jednak - o taki detal jak bliskość drugiego człowieka, czy coś ;>

Tak czy tak, jeśli ktoś się na biologii w podstawówce nie rumienił na dźwięk takich słów jak pochwa czy penis a lubi się czegoś o świecie dookoła dowiadywać, to przeczytać warto.

niedziela, 1 listopada 2009

Polegli Niezwyciężeni

Od Miejskie spacery


1 listopada nie umiem tam nie pojechać.

Morgenstern, Janusz: Mniejsze zło

Technikalia: http://www.filmweb.pl/f473779/Mniejsze+z%C5%82o,2009

W skrócie: groza.

Scenariusz opracowali Morgenstern z Januszem Andermanem. Nigdzie nie jest powiedziane, że to ekranizacja książki tego ostatniego Cały czas, i w sumie ekranizacją nie jest, ale film jest wyraźnie oparty o tekst; 'oparty o', 'na podstawie', jak zwał tak zwał, w każdym razie film powstał z tekstu. I przy okazji ten znakomity tekst najzwyczajniej w świecie wykastrował. Mniejsze zło to jest wspaniały przykład masakry udanego dzieła literackiego. Nic się w nim kupy nie trzyma. Z 30-40 lat wybrano do opowiedzenia 2. Historia krętacza została zamieniona w opowieść o trudnych wyborach moralnych i ostatecznym zwycięstwie prawdy i uczciwości. Historia człowieka w historię nieludzkiego systemu. Nie ma to sensu, jest nijakie, nudne i puste.

Do tego gra aktorska Lesława Żurka - rany, jak można być aż tak miałkim i drewnianym? Przy nim nawet bracia Mroczek zachwycają ekspresją!

I sposób realizacji: intensywność dialogów, dobór scen - ogląda się to jak nieudolnie skręconą próbkę amatorską sprzed 20-30 lat.

Straszne. Zmarnowane 110 minut. I tylko żal pozostał, bo książka jest naprawdę, naprawdę znakomita.

sobota, 31 października 2009

Hey: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!


Płyta jest znakomita muzycznie; trochę słabiej wypadają teksty, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo do tej pory to teksty były najmocniejszą stroną muzyki Nosowskiej, a co za tym idzie, także Hey. Tutaj są... dobre. Poprawne. Ale nie są taką wspaniałą literacką grą, jak np. te z Unisexblues.

Tematycznie płyta jest przewidywalna, co może nieco męczyć; mi po pierwszych odsłuchach najbardziej przypadły dwa poniższe:

Hey - Umieraj stąd

Hey - Chiński urzędnik państwowy

Za to nie da się nie zauważyć, że KN stała się (może zawsze była? nie wiem, wrócę do starszych płyt solowych i z Hey i się przekonam; zawsze wydawała mi się wokalistką dobrą, ale nie byłem pod aż takim wrażeniem jak teraz) znakomitą wokalistką - śpiewa na poziomie mistrzowskim, deklasując wszystkie inne damskie głosy na polskiej scenie.

Na marginesie: płyta wyszła w świetnym, pomysłowym opakowaniu - customizable :D

piątek, 30 października 2009

Łąki Łan, Fisz+Emade, Palladium, 29.10.2009

Łąki Łan na żywo to jest ogromny, niepowtarzalny ładunek pozytywnej energii :) Banan na paszczy przez cały czas ich grania.

Tworzywa nie widziałem na żywo dwa lata chyba (a może tylko rok? nie pamiętam); nie zarejestrowałem tego wcześniej, a może wcześniej tego nie było, ale zaczęli się całkiem fajnie bawić swoim repertuarem - np. regująco-plumkająca wersja Dynamitu jest znakomita!

czwartek, 29 października 2009

ES55 - back in the game!


Po smutnej śmierci mojego drogiego przyjaciela, Pentaksa Optio S10, który zginął z ręki niewiasty w odległym kraju, zakupiłem sobie następną mini-małpkę, Samsunga ES55. Ma wszystko, czego mi potrzeba - robi zdjęcia, jest mały, jest mały, mieści się w kieszeni, jest mały, jest lekki, jest mały i robi zdjęcia. Innymi słowy - po ponad dwóch miesiącach przerwy znowu mogę zasypywać Picasę stosami idiotycznych fotek. Hura!

środa, 28 października 2009

Sławiński, Bohdan: Królowa Tiramisu

Bez cytatu, bo książka mnie niesamowicie zirytowała. Nieprzyjemnie napisana, językiem niby nieskomplikowanym, trochę stylizowanym na leśmianizację, ale trochę nieudolnie, a w sumie jakoś drażniącym. Historia dobra, ale też jakoś denerwująca - miałki bohater, irytująca scenografia; niby trochę budzi emocje, u mnie głównie chęć buntu, stanowczego, w imieniu Piotrusia, ale jakoś tak nie do końca - i denerwuje przy tym.
No nie wiem. Chyba mi się jednak nie podobała bardziej niż podobała.

I tylko mi jedna myśl po niej została - dobrze, że się nie urodziłem w Gostyninie albo innym miasteczku porównywalnej wielkości. Im większe miasto, tym lepiej się w nim czuję. Warszawa jest dla mnie już całkiem akceptowalnej wielkości.

wtorek, 27 października 2009

Karpowicz, Ignacy: Gesty

Przyszedłem kilka minut za wcześnie, nienawidzę spóźnień, lecz mój dawny kolega z klasy, mój obecny doktor Drenaż Konta juz czekał. Nie rozpoznałem go, ponieważ wystąpił w stroju cywilnym: dzinsy, koszula w kratę i rozpinana bluza z kapturem. Na powitanie klepnął mnie w ramię. Chciałem, w odpowiedzi, rąbnąć go w szczękę.
[s. 81]


Bardzo zgrabnie napisana książka, z pewną, nie przesadną, ale akceptowalną ilością zabaw słowem, ironiczna i lekko drażniąca na poziomie opowieści, przyjemna na poziomie opowiadania.

"Mamo, a pamiętasz ciotkę, której wypadło szklane oko?", pytam. "O czym (nomen omen) ty mówisz?!", dziwi się matka. "O oku - odpowiadam. - I ciotce". "Ciotka Alina, ta warszawska, synek, pamiętasz? Ona miała korale z prawdziwego koralowca..."
Stosunek matki do cioci Aliny dobrze oddaje przymiotnik "ambiwalentny". Z jednej strony ciotka Alina prowadziła wielkopańskie, stołeczne życie, o którym matka marzyła: warszawska willa i zachodnie samochody, wakacje za granicą, tą prawdziwą, brak zobowiązań. Z drugiej - ciotce brakowało tego, co matka ceniła i co otrzymała w nadmiarze: dzieci.
Czasem wydaje mi się, że dostajemy własnie to, o co prosiliśmy, tylko w koncentracie; syndrom wody w proszku, której nie ma czym rozpuścić.
[s. 132-133]


Opowieść drażni, bo od poczatku miałbym ochotę na pewną niezwyczajność. Bohater zachęca do niezwyczajności. Chciałbym, żeby jego życie, które poznaję w momencie pewnego zwrotu, zakończyło się wyjątkowo - wyjątkowo dobrze, wyjątkowo źle, ale wyjątkowo. A kończy się zwyczajnie, zwyczajnie do wyrzygania. Cała jego historia okazuje się zwyczajna, on jest zwyczajny i zostanie zwyczajnie zapomniany. I nawet miłość jego życia o nim zapomni, nie później jak w ciągu tygodnia od pogrzebu. Może matka - matka ma szansę go pamietać.

W domu często słyszałem, że człowiek uczy się na błędach. Że musi sam się sparzyć, żeby zapamietać, jakby pamiętanie łączyło się z temperaturą. Misiek była stara suką, w moich oczach uchodziła za absolutną psią piękność. Tak ją zapamiętałem. Niedawno pomagałem matce w porządkach. W pudełku po butach znaleźliśmy kilkanaście starych fotografii. Na jednej stoi jakiś maluch, uśmiechnięty, a pies liże go po twarzy. Ten maluch to ja. Tak twierdzi moja matka. Ten pies, brzydki i chudy, powykręcany jak gałęzie starego orzecha, to Misiek. Tak twierdzi moja matka. Miśka zapamiętałem inaczej, siebie w ogóle. Wierzę matce.
Moja stara matka śpi krótko, porusza się z wyraźnym trudem, a jednak tyle pamięta, pamięta za mnie. Moja stara matka przypomina jakąś zapasową pamięć, pendrive'a. Wystarczy podłączyc ją do pożółkłej fotografii, a jej mózg zaczyna wyświetlać obrazy z przeszłości. Mówi krótkimi zdaniami, gubi wątki, wchodzi w dygresje i dygresje w dygresjach. Moja stara matka rzadko gotuje zupę pomidorową, rzadko wychodzi z domu, jesli już, to najchętniej do apteki. "W aptece jest bardzo miła obsługa", mówi. Ja jej wierzę. Wierzę mojej matce.
[s. 10]

poniedziałek, 26 października 2009

Chwin, Stefan: Złoty Pelikan

Usmiechnął się do siebie. Więc jednak rację miał ksiądz Józef? Więc przyszedł do kościoła św. Brygidy wcale nie po to, by zmazać swoją winę, tylko po to, by się utwierdzić w swojej pysze? Niepowtarzalny, rajski ptak wrażliwego sumienia! Więc ksiądz Tadeusz doskonale wyczuł tę jego paskudną, zamaskowana pychę egotyka, który wyjątkowością własnych win chce się wyodrębnić z szarego tłumu? I dlatego spowiedź skrócił do twardego żołnierskiego minimum, po czym zalecił Jakubowi najzupełniej standardową pokutę? Po prostu postawił go na bacznośc - jak pierwszego lepszego szeregowca grzechu! Kapłani znają się na ludziach, więc było to możliwe. Z pewnością każdy chetnie wmawia sobie, że jest zranionym Pelikanem czułego sumienia. Ale sumienie skrupulatne, wpatrzone w siebie jak Narcyz, krok tylko dzieli od zwykłej podłości.
[s. 86]


Mniej jest w tej książce tego pięknego, chwinowego pisania, więcej za to pięknej historii. Kiedy Chwin opowiadał o Gdańsku w "Krótkiej historii..." czy "Hanemannie", zauważał niezauważalne - tutaj opowiada o tym, jak się zaczyna zauważać.

Przewracając się na drugi bok, Jakub przypomniał sobie sławne zdanie pewnego filozofa, że "poezja po Auschwitz jest niemożliwa", ale duch języka tylko się usmiechnął wyrozumiale. - Drogi Jakubie, ależ własnie po Auschwitz poezja rozkwitła. Czy Auschwitz był moralną katastrofa Europy? Był. A ileż to talentów wypłynęło na falach tej katastrofy. Ruch wydawniczy w domach. Kolorowe okładki. Kalkulacja kosztów. Staranny dobór czcionek przyjemnych dla oka. I żądania: - Holocaust? Ależ, oczywiście, proszę bardzo, wydamy. Tylko żeby było interesujące! I najlepiej o cudownych ocaleniach. Bo już się trochę przejadło. O umarli, spopieleni, zmiażdżeni, zamarznięci, czemuście nie pomysleli o tym, żeby umierać interesująco. A tu zwykłe błoto w ustach, skóra obdarta do kości, całe nogi w odchodach i mistrzowie stypendiów, projektów, fundacji, konferencji, śniadań, obiadów i kolacji, bufetów i bankietów.
I duch języka, przemawiający w mrokach nocy, roztaczał przed Jakubem tajemniczą panoramę metamorfoz słowa, które wytrwale szukało Prawdy. Oto "komora gazowa" przeobrażała się w "grant w wysokości trzech tysięcy euro", "góra popiołów" w "roczny stiftung", "doły śmierci" w "kredowy papier, przyjemny w dotyku, z dobrymi ilustracjami", "vertreibung" zaś w "nagrodę literacką". Nawet "śmierc tysięcy uchodźców" na pokładzie sławnego "Gustloffa" zmieniała się w "wysoki nakład" i "pierwsze miejsce na liście bestsellerów", a "śmierć tysięcy ludzi w płonących wieżach World Trade Center" w wydrukowany na dobrej stronie "New Yorkera" "wiersz, który utrzyma napięcie żałoby" oraz jako "międzynarodowy sukces autora" niewątpliwie poprawi nadwątlone samopoczucie narodu, z którego autor się wywodzi."
[s. 132]


Czasem długo nie mogła zasnąć. - Słuchaj - szarpała go za rękaw, gdy kładł się na swoim posłaniu - oni tam, na Klasztornej - pokazywała palcem niewidzialnych wrogów, kryjących się gdzieś w ciemności - oni tam mi mówią, że ja po śmierci trafię od razu do Nieba. Słyszysz? Od razu! A ja ich mam gdzieś, rozumiesz! Wiesz - ja jestem sto razy lepsza niż ten ich Bóg. Bo - niech to sobie wreszcie wbiją do głowy! - to nie ja stworzyłam coś tak strasznego jak ten pieprzony świat. Ja jestem nic, śmiecie, brud, gówno, ale - oczy błyszczały jej z wściekłej, nieprzytomnej dumy - to nie ja, do kurwy nędzy, stworzyłam to wszystko. Słyszysz? Ja kradnę, szprycuję się, piję, ale to nie ja mam to na sumieniu! Oni mi mówią, że ja będę zbawiona, że ja będę sobie po śmierci siedzieć w Niebie jak u cioci na imieninach. "Pani Hildo - przedrzeźniała czyjś głos - pani taka biedna, taka chora! Pani dosyć się wycierpiała na Ziemi! Tam, w górze, tylko szczęście wieczne na pania czeka!".
A ja ich pytam wtedy: - To żebym ja mogła sobie siedzieć u Pana Boga za piecem, dobry, niewinny Jezus musiał zostać zamęczony na śmierć? Tak? To ja - słyszycie? - pluję na takie zbawienie! Ja nie chcę iśc do żadnego Nieba za taką wredną cenę! Rozumiesz? Tak im mówię! Won! Niech spływają z tym swoim zbawieniem, co na cudzej śmierci niewinnej stoi! Ja nie chcę takiego zbawienia! A ty nie śpij! - potrząsała nim, gdy znowu odwracał się do ściany. - Co jest? Masz mnie słuchać, jak do ciebie mówię! Nie śpij! Boże, co z ciebie za dupek!
[s. 192-193]


A tak poza wszystkim, to w pierwszym odruchu można by napisać, że to jest książka o przeznaczeniu. Ale raczej, chyba, jednak, o ile ja dobrze - to ona jest cała podszyta przypadkowością; ogólnym chaosem w mikro i makroskali.

niedziela, 25 października 2009

Chwin, Stefan: Esther

Popatrzyła na mnie dłużej: "Woli pan swój Heidelberg od Paryża?" "Nie byłem w Paryżu". Rzuciła kamyk w wodę. "Szkoda. Niechże się pan wybierze, jak pan będzie mógł. Warto". "Więc czemu pani tam nie została?" Patrzyła na taflę rzeki, na której marszczyły się ciemne wiry. "Czasami się wyjeżdża, czasami się zostaje. A miasta wszędzie podobne. I ludzie też. Za dnia weseli, szczęśliwi, mocni, a w nocy zasnąć nie mogą..."
Powoli odwróciła głowę. W jej oczach nie było blasku.
[s. 14]


Stefan Chwin zawsze mnie zachwycał słowem. Konstrukcją zdań. Porównaniami. Sposobem opisu rzeczy najprostszych, okiem do detalu. Jego książki to jest opowiedziana historia, ale w tej historii to milion drobiazgów, urywków, które trafiają do serca i do wyobraźni.

Gwiazdy tonęły w czarnym prostokącie okna, zegar wybijał godzinę, wiatr postukiwał okiennicą, a ja marzyłem, żeby coś się wreszcie stało, żeby ona zniknęła, żeby wyjechała na zawsze. Czekała na listy, chodziła na Wspólną, pytała Korbielowa, niech zniknie, niech się rozwieje bez śladu. Jej włosy związane czerwoną wstążką. Pierścionek zostawiony na szklanej półce, gdy wychodziła z łazienki. Tęczujące bańki na lawendowym mydle, którym przed chwilą myła ręce. Ciepła wilgoć ręcznika, którym wycierała włosy...
Nie widzieć. Nie słyszeć. Zasnąć.
[s. 45]

Wieczorem siedziałem z Andrzejem w salonie.
Jak co dzień zza drzwi dobiegały stłumione kroki matki, zegar mosiężnym dźwiękiem wybijał godzinę, szybkie uderzenia nożem na stolnicy zwiastowały niedaleką kolację, potem brzęk otwieranego okna, plusk wody, stuk zamykanych szaf. Ta zwyczajna melodia życia, napełniająca spokojem korytarze, plącząca się pod sufitem w nieruchomych szkiełkach żyrandola, leciutko kołysząca smużką pajęczyny na sufitowej sztukaterii, prześlizgiwała się wśród krzeseł, gasła i budziła się na nowo w osłoniętych portierami niszach, lecz myśmy w tej żywej, spokojnej melodii życia słyszeli tylko ciszę, jaka zostaje po oddalającym się na schodach stukocie korkowych obcasów.
Jeszcze nic się nie zmieniło. W pokoju na górze krzesła i stół stały tak, jak ona je ustawiła. Serweta okrywała blat, tak jak ona ją wygładziła dłonią. Dalie, które poprawiła wychodząc, nie zmieniły swego ułożenia w wazonie, tylko kilka płatków osypało się na kryształowy talerz. Nikt z nas nie wchodził do tego pustego pokoju, który zdawał się powoli stygnąć z żywego ciepła jej obecności, tylko czasem, gdy Janka uchylała drzwi, z korytarza widziałem na kredensie to puste miejsce po brązowych fotografiach dalekiego miasta, które panna Esther włożyła do skórzanej walizki. Czułem, jak ta wydłużająca się niesprawiedliwie cisza po jej krokach powoli rozszerza się na cały dom. Rzeczy, przyzwyczajone do jej dotknięć, zdawały się matowieć w oczach. Jeszcze nie wierzyliśmy, że to jest nieobecność prawdziwa, jeszcze się nam zdawało, że to jest tylko zwykłe "wyjście do panny Hirsz", "na spacer do Ogrodu Saskiego z panną Dałkowską", "na wieczór do Nałkowskich".
[s. 267-268]


Bo, tak generalnie, to jest opowieść o pustce, która pozostaje po. Po człowieku, po uczuciu, po miejscu, po zdarzeniu. I przy okazji - o Warszawie.

Opowieść o nieszczęśliwej miłości pana Stanisława do równie nieszczęśliwej, chłodnej i pięknej Izabeli, w głosie Andrzeja zmieniała się w czułą opowieść o mieście, w którym cierpienia dogasają jak płonący dom, z którego udało się uratować wszystko.
[s. 228]


Na marginesie - czy ja już kiedyś wspominałem, że kocham moje miasto?

piątek, 23 października 2009

Paul Scarron Junior: Piąty Jeździec Apokalipsy

Fascynujące w tej książce jest to, że tak zgrabnie autorowi (Andrzej Bart) udawało się ukrywać pod pseudonimem. Mój egzemplarz z BUW początkowo był nawet sklasyfikowany pod PQ (literatura romańska); późniejsze dopiski bibliotekarzy zmieniły klasyfikację na PG (literatura polska) i skreśliły wydrukowany na wewnętrznej stronie okładki tytuł orginału, zapisany po francusku, dopisując obok: "mistyfikacja".

Poza tą mistyfikacją jest to bardzo udana sensacja; zgrabnie napisana, ale na pewno nie na tyle, żeby zasługiwala na jakikolwiek cytat.

Wolę jednak Andrzeja Barta jako Andrzeja Barta.

poniedziałek, 19 października 2009

Bart, Andrzej: Pociąg do podróży


Bardzo dobra książka. Sama fabuła jest płytka jak kanał służewiecki, ale jak to się czyta! Dawno nie czytałem opowieści tak ładnie splecionej z refleksją nad samym aktem opowiadania.

Marcusowi M. Morganowi przyśniło się, że jest pterodaktylem, który owszem, zmieścił się w windzie i nawet przycupnął na pluszowej ławce, ale o wyjściu nie było już mowy, a liny, na których wisiała szamerowana złotem klatka, trzeszczały coraz bardziej. Wiedział, że to tylko sen, a jednak w żaden sposób nie poprawiło to sytuacji. Liny zerwały się wreszcie i uwolniona z kagańca winda poleciała w dół. Towarzyszący mu windziarz wysiadł natychmiast, korzystając ze sposobu znanego wszystkim windziarzom. Winda nabierała szybkości, a mimo to Marcus mógł dostrzec ludzi oczekujących na poszczególnych piętrach, a nawet rozmawiać z nimi. Staruszka w białej etoli poprosiła go o przejażdżkę z białym pudlem, którego dotąd przytulała do piersi. Kiki tak lubi spadanie... Pterodaktyl z psem, pomyślał Marcus, ale nawet ta śmieszna mysl nie zdołała go obudzić. Winda stała się teraz kolejką górską, pędzącą po tunelach piwnic. Ta zmiana prawa siły bezwładności do tego stopnia przestraszyła psa, że nie tylko zaczął dygotać, ale wył jeszcze. Marcusowi także chciało się wyć, lecz nie miał pojęcia, jak wyją pterodaktyle.
- Davidzie! - potrząsnęła jego ramieniem matka. Obudził się, ale przykryty kołdrą na głowę, nic nie zobaczył. Kiedy ją odchylił z zachowaniem wszelkiej ostrożności, nie było przy nim matki i nie miał na imię David.
[s. 43-44]

Kto z piszących nie chciał kiedyś opisać tego niezwykłego momentu, kiedy o szarej godzinie staje naprzeciw siebie dwóch mężczyzn, i tylko jeden z nich wraca potem do domu. Nawet pewien piewca uniwersyteckich campusów, którego bohaterowie najczęściej zawiązują romanse podczas sympozjów na niezrozumiale tematy, zwierzył mi się przed laty, że marzy mu się pojedynek do pierwszej krwi pomiędzy profesorami slawistyki. Poradzilem mu wtedy, aby nie walczyli o kobietę, lecz o zastosowanie strony biernej w języku bułgarskim.
[s. 189]