poniedziałek, 24 stycznia 2011

Houellebecq, Michel: Platforma

Dawno już żadna książka mnie tak nie wciągnęła. I to, słowo harcerza, nie tylko zasługa szczegółowych opisów cipek. Ale jak to jest napisane! Pierwszy raz odkąd pamiętam, zdarzyło mi się oszukiwać. Mniej-więcej w połowie nie mogłem już wytrzymać, i zacząłem przerzucać strony od końca żeby się dowiedzieć, w jaki sposób oni się rozstaną. I dopiero kiedy to przeczytałem, uspokoiłem się i mogłem wrócić do normalnej lektury.

No, normalnej jak normalnej, w książce, w której co drugą stronę pół strony wypełnia dość szczegółowy opis seksu w jakiejś zaskakującej konfiguracji słowo normalny nabiera szczególnego znaczenia.

Dzisiaj już rzadko zdarza się spotkać kobietę, która przeżywa rozkosz i ma ochotę dać ją również drugiej osobie. Uwieść kobietę, której się nie zna, potem pójść z nią do łóżka, to wszystko jest przeważnie powodem konfliktów i nieporozumień. Jeśli zważyć, ile nudnych, męczących rozmów trzeba przeprowadzić, zanim się zaciągnie dziewczynę do łóżka, i że ta dziewczyna okazuje się w większości przypadków nieudaną kochanką, zawraca potem dupę, opowiadając o swoich kłopotach, o byłych narzeczonych - dając niby mimochodem do zrozumienia, że oni byli w łóżku o niebo lepsi - no i oczywiście trzeba z nią zostawać co najmniej do rana, łatwo pojąć, że mężczyźni wolą unikać tych wszystkich trosk i zapłacić niewielką sumę. Będąc już w pewnym wieku, mając już pewne doświadczenie, wolą unikać zakochiwania się; łatwiej jest iść na kurwy. Oczywiście nie kurwy na Zachodzie, z nimi nie warto, to istne ludzkie szczątki, zresztą mężczyźni na ogół nie mają kiedy, pracują ciężko przez cały rok. Więc większość nic nie robi; a niektórzy od czasu do czasu fundują sobie krótką wycieczkę w ramach turystyki seksualnej. Tak się dzieje w najlepszym wypadku: iść do łóżka z kurwą oznacza jeszcze zachowanie jakiegoś choćby minimalnego kontaktu ludzkiego. Inni uważają, że najłatwiej jest onanizować się, podłączając się do różnych erotycznych portali w Internecie albo oglądając filmy porno. Mały wytrysk, i po sprawie, święty spokój.
[s. 149]

W sumie zabawna koncepcja, dokonać radykalnej krytyki społeczeństw zachodnich przez pryzmat ich zakłamanych (albo atroficznych) zachowań seksualnych. Ale to nie o tym chyba, a przynajmniej nie tylko - bo równolegle, choć znacznie mniej obszernie i w inny sposób, prowadzona jest krytyka świata islamu (nuda; wewnętrzne rozszczepienie między słowem a czynem; brak perspektyw i zapętlenie w tym braku perspektyw, wreszcie ucieczki w przemoc jako dowód na organiczną niezdolność do wyrwania się z braku perspektyw - tu zresztą Ajami mi się nieźle skomponował), egzotyki dalekiego wschodu czy resztek socjalistycznego eksperymentu kubańskiego (mniej lub bardziej udane kopie Zachodu, odnajdujące swoją indywidualność tylko w samoponiżeniu wobec tegoż Zachodu, od którego to poniżenia rozpaczliwie starają się równocześnie uciec, schizofrenia totalna).

I w sumie z całej książki wyłania się tylko jeden wniosek. Albo masz niezwykłego, kosmicznego farta, i tworzysz z kimś niezwykły, jeden na milion związek, w którym i rozmawiać się chce i seks jest znakomity, i wtedy nawet cały świat dookoła, pomimo swojej generalnej miałkości, nie przeszkadza, albo kompletna padaka - najlepiej jest w ogóle nie wstawać z łóżka, bo nie ma po co.

Strasznie pesymistyczna książka. Ale doskonale napisana. No i są cycki w środku, dużo cycków.

Copti, Scandar; Shani, Yaron: Ajami

Przerażający film. Kompletnie, absolutnie i do wyrzygania przerażający.
I to nie tylko z powodu ilości ludzi, którzy w nim giną. Ani pewnej przypadkowości, losowości tych śmierci. To by go jedynie stawiało w gronie krwawych sensacji albo brutalnych dokumentów. Zresztą ten film jest i całkiem niezłą sensacją i całkiem dobrze sfabrykowanym (w sensie: udawania stylu) dokumentem.

Zupełnie przerażające jest uświadomienie sobie motywacji tych ludzi, którzy tam zabijają i idą na śmierć codziennie. A precyzyjniej tego - że oni tych motywacji w zasadzie nie mają, że oni w ogóle nie myślą, nie reagują na własną rękę, że jedyne, do czego są zdolni, to działanie stadne, reakcje, których wymaga od nich rodzina, towarzystwo, wspólnota religijna etc.

Nikt, kompletnie nikt w tym filmie nie jest istotą myślącą. Nawet pozornie wyzwolony Binj, który chciałby przeprowadzić się do innego miasta i ożenić z Żydówką, ostatecznie, gdy jedna grupa społeczna już go nie akceptuje (pretensje dawnych przyjaciół) a druga jeszcze nie (podejrzliwość policjantów), zamiast literalnie pierdolnąć to wszystko w diabły, wziąć dziewczynę i spieprzyć gdzieś na koniec świata, jest w stanie tylko się zaćpać na śmierć.
Nawet trzynastoletni, niby to taki wrażliwy, niewinny, uduchowiony chłopaczek Nasri, kiedy jego starszy brat ucieka z domu żeby dilować narkotykami, nie jest w stanie zrobić nic rozsądnego: obudzić matki, zadzwonić po policję czy choćby zagrozić takim telefonem; nie - jest tylko w stanie ślepo iść za bratem a w krytycznej chwili złapać za pistolet i strzelać do policjantów, no bo jak inaczej, brat to przecież rodzina...

A już najzupełniej przerażające jest uświadomienie sobie, że to nie jest tylko fabuła kryminalna. Że ta dokumentalizacja formy mówi, że to (w sensie takie coś) dzieje się naprawdę. Że takich bezmózgich kretynów, którzy zdolni są tylko dźgać się, strzelać, prać po ryjach w imię przynależności do jakiejś grupy, jest jedna trzecia świata. Że getta pod Paryżem i całe dzielnice Berlina są już przez nich opanowane. I że oni mnożą się szybciej niż się wyrzynają.

Kompletnie przerażający film.



Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Ajami-2009-465874

czwartek, 20 stycznia 2011

Pepetela: Tajny agent Jaime Bunda

Swoją drogą, był ciekaw, jak sobie radzi Antonino. Czy zbliżał się do końca roboty, czy jeszcze prowadził rekonesans? W życiu Bundy tyle rzeczy zmieniło się na lepsze, że sprawy osobiste też powinny przyjąć pomyślny obrót. Wyobraził sobie Antera przerażonego niczym nosorożec, który wbija róg w pień drzewa i odkrywa, że jest unieruchomiony. Oczami wyobraźni widział, jak handlarz kamangi błaga o litość. Zostawia swoje ciemne interesy, samochód, żonę, kraj. Zapewnia ludzi Antonina, że zrozumiał lekcję i błaga, żeby nie wybijali mu reszty zębów, bo przecież wyrwali mu już jeden złoty. Bunda nagle wybudził się z pięknego snu. Czy Antero mógł mieć złoty ząb? Nie, to niemożliwe, przecież nie studiował w Związku Radzieckim. Tam złote zęby były symbolem luksusu, każdy student o tym marzył i dlatego upadł Związek Radziecki. Rząd nie był w stanie zapewnić każdemu studentowi z kraju lub zagranicy jednego złotego zęba.
Jakiś inwalida wojenny bez nogi zapukał do okna samochodu, prosząc o parę groszy na jedzenie. Ledwo trzymał się na kulach, był zmęczony albo dopiero uczył się nimi posługiwać. Miał na sobie mundur. Chociaż wszyscy wiedzieli, że połowa inwalidów nigdy na wojnie nie walczyła, wiadomo było, że szanuje się tylko tych żebraków, którzy noszą stare, wysłużone stroje wojskowe. Bunda, rozczulony pięknym snem na jawie, dał żebrakowi pokaźny datek.
[s. 142-143]

Siostra mnie sprezentowała, żebym zapoznał się z literaturą angolańską. Doedukował znaczy ;)

No i teraz tak... napisane to jest średnio. Płasko. Stylistycznie nijako. Ale czytam sobie nieco o Pepeteli i muszę założyć, że to nie dlatego, że on nie umie pisać, tylko dlatego, że chciał właśnie tak napisać.
Tematycznie jest to anty-kryminał, detektyw to kompletna dupa (i nawet nazwisko ma adekwatne, co, jak mniemam, też ma nas odpowiednio do niego ustosunkować), jak kogoś śledzi, to niewłaściwą osobę i nieudolnie, jak chce kogoś nastraszyć, to najpierw dostaje po ryju a potem łamią mu nogę, jak się bierze za rozwikłanie morderstwa, to od złej strony i tylko przypadek sprawia, że mordercę udaje się złapać, żyje w świecie powieści kryminalnych i swojej wizji samego siebie jako jednego z tych wielkich detektywów.
W tle tego wszystkiego pojawia się wątek korupcji na szczytach władzy, konszachtów mafii-wojska-policji-rządu-biznesu, personalnych rozgrywek o wysokie stanowiska etc., pojawia się wojna, nieustannie obecna od 25 lat1, i są to wątki poznawczo ciekawe dla osoby nieznającej angolańskich realiów, ale też niezbyt fascynujące.

I dopiero to, co pojawia się jeszcze bardziej w tle jest chyba główną treścią tej książki i tym, co wyłapuje się najprzyjemniej. A są to drobiazgi pokazujące, jak społeczeństwo, które wyzwoliło się 25 lat wcześniej z jarzmów kolonializmu,  które narzuciło sobie samo formę nowoczesnego społeczeństwa demokratycznego na wzór europejski, i które próbowało tę formę utrzymać pomimo wojny domowej, które próbowało w zgodzie z nią zbudować struktury władzy, gospodarkę, hierarchię społeczną, jest jednak z gruntu odmienne od tych europejskich społeczeństw, na których chce się wzorować.
Jak na każdym kroku spotykamy myślenie magiczne, rozumowanie za pomocą symboli i stereotypów (obrazów rzeczy zamiast rzeczy samych), przywiązanie do struktur rodzinnych/klanowych większe niż do - umownie - wybieralnych, na których zwykle oparte są urzędy, rządy, wojsko, korporacje etc. w Europie, mitologizowanie władzy etc. etc.
Cały ten proces myślowy Bundy przytoczony powyżej jest tego świetnym przykładem: magiczna kreacja, ignorowanie rzeczywistości. Kto sięgnie po książkę i znajdzie fragment o ochronnym zabiegu u lokalnego szamana/uzdrowiciela (nie pamiętam określenia), ten jeszcze zgrabniej zobaczy o co chodzi.

Nałożona na to historia detektywa-nieudacznika jest o tyle dobra, że bawi, a nie przeszkadza w wyłapaniu tych przemycanych dyskretnie diagnoz społecznych. Kudosy, za taką konstrukcję: napisać średnią książkę, która będzie dobra właśnie dzięki temu, że będzie średnia, to jest całkiem niezły level umiejętności operowania piórem.

A siostra uprzedzała, że nie jest to najlepsza książka Pepeteli, niestety chwilowo jedyna przetłumaczona na Polski. Czekam na kolejne.



[1] Książka jest z 2001 roku, u nas wydana dopiero w 2010. Uznaję, że diagnozy społeczne są aktualne na rok 2001.

środa, 19 stycznia 2011

Zanussi, Krzysztof: Barwy ochronne

Stefan mi polecił film i powiedział mniej więcej, tak, że najlepsze w nim jest to, że tak naprawdę nie możesz oglądając powiedzieć, który z nich [Kruszyński czy Szelestowski] ma rację - obaj ją mają tak samo.

I ja się w zasadzie zgadzam, przez prawie cały czas, aż do zakończenia. Bo w zakończeniu, kiedy Szelestowski udaje śmierć po to, aby zmusić Kruszyńskiego do okazania emocji, do pokazania słabości, ja myślę, że to już nie są barwy ochronne, to jest już identyfikacja. On się już z tym skurwysynem, którym jest na codzień, utożsamił, już nim żyje także poza uczelnią.

Bo na uczelni, to faktycznie - to jest strategia. Może lepsza, może gorsza, może tylko taka strategia pozwala(ła) człowiekowi nauki spokojnie uprawiać tę naukę. Ale poza nią - no nie, tu jednak jakaś moralność powinna obowiązywać.
Nieładnie, docencie Szelestowski, nieładnie.

Tak sobie myślałem, aż do teraz, bo teraz chciałem wkleić tradycyjnie link do filmweba i przeczytałem przy okazji, że jest to klasyk kina moralnego niepokoju i przenikliwa analiza konformizmu polskiej inteligencji.
Aha. No dobrze, to ja w zasadzie powinienem chyba dać podtytuł "czyli jak nieznajomość historii polskiej kinematografii zmieniła mi odbiór filmu", przeprosić i iść do domu, bo jak rozumiem czarny i biały były w tym filmie oznaczone i rozdzielone wprost.

Ale mogę też iść w zaparte i powiedzieć, że granice niemoralnego konformizmu się przez ostatnie trzydzieści lat chyba nieco przesunęły i film się zestarzał niezgodnie z zamysłem twórcy. Taki będę niepokorny, a co.


Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Barwy+ochronne-1976-1135#

Jarmusch, Jim: Noc na ziemi

Karolina całkiem trzeźwo zauważyła, że jestem filmowym ignorantem i postanowiła to naprawić. Po pierwszym podejściu nie mam nic przeciwko - Noc na ziemi to jeden z fajniejszych filmów, jakie udało mi się ostatnio zobaczyć.

Podobają mi się miasta nocą. Sam jeżdżę czasami, jak się wkurwię na świat, po Warszawie w nocy. Puste ulice. Oświetlenie, które pokazuje tylko fragment. Ukryci ludzie. Wymarłe ulice.
Nie rozumiałem za to nigdy gadatliwych taksówkarzy. Nie miałem nigdy ochoty na piętnastominutową przyjaźń bez zobowiązań, na kwadrans szczerości, z gościem, który jest dla mnie tylko rękami na kierownicy i oczami w lusterku. I teraz też nie mam na to ochoty, ale trochę przyjaźniej patrzę na zjawisko - metafora konfesjonału okazała się tu całkiem trafna.

Ale zanim dotarłem do metafory konfesjonału były trzy inne historie, wszystkie takie same, bez początku, bez końca, zlepione z fragmentów. Przy pierwszej mnie to denerwowało, chciałem wiedzieć co dalej, ale przy kolejnej już nie. Milion historii przelatuje koło mnie codziennie, o milionie ludzi nie wiem ani co było wcześniej ani co będzie dalej, dlaczego miałbym wiedzieć coś akurat o tych historiach? I kiedy już się z tym pogodziłem, to zrobiło się pięknie.

Każdej nocy, w każdym momencie, gdzieś koło mnie rozgrywają się dramaty ale i komedie1, a ja nic o nich nie wiem, może tylko czasami dojdzie do mnie jakiś ułamek opowieści. I kiedy mnie przytrafi się jakiś dramat, też nikt się o tym nie dowie. To fascynująca perspektywa, jakbym uniósł się na kilometry do góry i mógł popatrzeć na siebie w otoczeniu, jak na jednego z wielu. Bardzo, bardzo lubię sobie czasami taką perspektywę przypomnieć.

A na zasadzie skojarzenia słownego pójdę zaraz do biblioteki po Zawsze fragment Różewicza. Ciekawe, czy pasuje, czy to skojarzenie kompletnie chybione?

Technikalia: http://www.filmweb.pl/Noc.Na.Ziemi


[1] Czasem komedie kompletnie rozbrajające. Jak dynia, owca i bratowa na przykład:
http://www.youtube.com/watch?v=dCKxro6s7e8 i http://www.youtube.com/watch?v=0D3fVRPwLCA&feature=related

Varga, Krzysztof: Nagrobek z lastryko

Nie pamiętam innych książek Vargi, a na pewno czytałem przynajmniej Tequilę. Ale nie pamiętam. Nie mogę się ustosunkować do zachwytów na okładce, a zachwycają się m.in. Dariusz Nowacki czy Muniek, że to bardzo dojrzała proza. Może i dojrzała. Dla mnie niestety w sporej części niezrozumiała. W drugiej części, dokładniej.
Bo dopóki z perspektywy +80 lat opisywana jest nasza codzienność, to czyta mi się pysznie - znakomita perspektywa na diagnozę wielu chorób teraźniejszości, trochę nostalgii, trochę sentymentu, sporo zazdrości, wiele zdziwienia. Z punktu widzenia późnego wnuka nasza - miejscami chora - codzienność ukazuje znacznie zgrabniej swoje ironiczne, absurdalne oblicze.

Było gorące lato roku 2005 i Polska znów nie zakwalifikowała się do jednych mistrzostw, a w tych, do których się zakwalifikowała, dała dupy w podłym stylu.
[...]
Nie wiemy, co się stało, mówili bohaterowie straconych złudzeń, byliśmy przekonani, że wygramy, przeciwnik całkowicie nas zaskoczył swoją chęcią zwycięstwa, choć wszystko wskazywało na to, że Bóg nam sprzyja i słuszność jest po naszej stronie. Przez ostatnie miesiące niezwykle ciężko pracowaliśmy nad naszą wyższością moralną, wiele energii włożyliśmy w przewagę etyczną, często powtarzaliśmy najwznioślejsze pieśni; jesteśmy bardzo rozczarowani i zawiedzeni, mówił polski trener w publicznym oświadczeniu dla mediów; nasze serca przepełnia smutek, ale także sportowa złość, ponieważ przegraliśmy niesprawiedliwie. Nie ulega wątpliwości, że cały czas byliśmy i nadal jesteśmy lepsi, w przyszłości chcemy zaś być jeszcze lepsi. Nasze racje moralne były bardzo dobrze przygotowane, konsultowaliśmy się z historykami i teologami, okazało się jednak, że w dzisiejszych czasach każdy ma swoje racje moralne i inni mają lepsze, nowsze, świeższe. Nie ma już dziś drużyn ze słabymi racjami moralnymi, nawet te zespoły, które jeszcze niedawno były słabeuszami, poczyniły ogromne postępy w relatywizacji i dziś zarówno indywidualne wyszkolenie, jak i zbiorowe działanie wychodzą im bardzo dobrze, co nas też głęboko zasmuca. Musimy teraz przemyśleć to bolesne niepowodzenie i wyciągnąć z niego wnioski. Najbliższe kilka lat planujemy poświęcić na budowę drużyny, która będzie potrafiła nawiązać walkę jak równy z równym z najsilniejszymi przeciwnikami. Pozostaniemy przy sprawdzonym stylu gry, ale oczywiście wzmocnimy i poprawimy nasze najbardziej udane zagrywki, zmyłki i kiwki. Świetnie też nam wychodziła gra w dziada, nasza koncepcja podawania sobie piłki w poprzek boiska - jak to mówią - nie miała sobie równych. Proszę mi pokazać drugi zespól z tak wysokim procentem podań w poprzek boiska. Poza tym najładniej ze wszystkich drużyn śpiewaliśmy Jeszcze Polska nie zginęła. To świadczy o bardzo wysokim morale drużyny.
[s. 129-131]

W tej części sporo jest też Warszawy, i to jest Warszawa opisywana z szorstką miłością - jest brudna, jest chaotyczna, jest rozpierdolona na wielu płaszczyznach, ale jest też jedyna w swoim rodzaju, jest miłością życia, może nie wymarzoną, ale jak się okazuje, jedyną możliwą.

Czasami chodził na filmy kung fu do kina Moskwa, bo było najbliżej jego domu na Mokotowie, a nie miał odpowiedniego nastroju na wielogodzinny marszospacer przez całe miasto. Wtedy kupował bilety na dwa lub trzy seanse z rzędu, a jeśli miał już naprawdę dosyć Klasztoru Shaolin i Wejścia smoka, jechał brudnym ikarusem na drugą stronę Wisły, do kina Sawa, które było parę kroków od mojego mieszkania, lecz kina Sawa nie ma od osiemdziesięciu lat i nie ma już nawet domów, które postawiono na jego miejscu. Warszawa mojego dziadka przestała istnieć, bo to miasto ma to do siebie, że co jakiś czas rozpieprza się dokumentnie i nic po nim nie zostaje prócz sentymentalnych wspomnień o ludziach i miejscach, ale ludzie poumierali, a miejsca zmieniły się nie do poznania.
[s. 155]

No i wreszcie, w tej części jest też główny bohater z krwi i kości, na którego przykro czasem patrzeć, ale to dlatego, że patrząc na niego w wielu miejscach patrzy się na siebie - przeciętnego człowieka z tego miejsca i z tego czasu.

Nie przyszedłem się z tobą kochać, przyszedłem się kłócić, powiedział mój dziadek, który wcale nie chciał ruchać się z Amelią, bo jeśli to zrobią, to na co jeszcze będzie czekał w życiu, prócz śmierci?
[s. 183]

Możesz nie wracać w ogóle, życzę powodzenia na nowej drodze życia, napisała mu następnego dnia po ucieczce Anna, w typowym dla siebie żmijowym tonie, tak bardzo denerwującym dziadka. Anna miała skłonność do emfazy, o czym dziadek raczył jej często i uprzejmie przypominać. Wiesz, poszedłbym do kina, mówił któregoś wieczoru dziadek. A babcia na to: Tak? Proszę bardzo, idź, idź sobie śmiało. I nie przejmuj się mną wcale, najlepiej idź z jakąś swoją koleżanką, przecież tyle ich masz, na pewno będziecie się świetnie bawić, krzyżyk wam na drogę. W ogóle nie ma sprawy, idź, przecież musisz się zabawić, oderwać od rzeczywistości. Babcia tak bardzo namawiała go na to kino, że dziadek zostawał w końcu w domu, bo odechciewało mu się zupełnie sztuki filmowej.
[s. 184]

Ale kiedy w książce wybucha wojna, ja przestaję rozumieć. Kto, z kim, przeciwko komu, jak, dlaczego, i czemu potem wszystko jest jedną wielką papką, tego nie wiem. Czy to miał być tylko ponury pastisz naszych narodowych męczeńskich ciągot? Jeśli tak, to trochę wydumany i przekombinowany. Czy może to o coś w ogóle innego chodziło? Ale kompletnie nie rozumiem o co. I bohater mi gdzieś ginie. Bo wnuk nie ma w sobie nic z dziadka, ani kręgosłupa, ani wyobraźni, ani pomysłu na siebie ani pomysłu na świat. Nawet mówić o sobie nie umie tak, jak umiał dziadek. Może zaprezentowaniu tej smutnej prognozy służy część druga? Ale znowu, jeśli tak, to wydumane to i przekombinowane.

Do połowy mi się podoba ta książka.

czwartek, 13 stycznia 2011

Wenders, Wim: Paris, Texas

Znakomicie zrobiony film. Rewelka krajobrazy. Świetny główny bohater. Perfekcyjnie dopracowana muzyka, w pierwszej części podtrzymująca wrażenie rozciągania, rozwlekania czasu, w drugiej akcentująca emocje. Dialogi, czy raczej monologi z pierwszej części niesamowicie wkręcające w nastrój tajemnicy. Kilka ironicznych momentów, jak chociażby dwukrotne kompletnie nie-w-czas zasypianie podobno niesypiającego nigdy bohatera. No generalnie pyszności.

I to wszystko po co? Po nic. Po to, żeby pokazać kompletnego znaczeniowego pustaka: trudne uczucia, ucieczki, wyrzeczenia, och, ach. Dupa. To już więcej sensu z Lisbon story wyciągnąłem, a przecież też narzekałem.

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Pary%C5%BC%2C+Teksas-1984-8558

środa, 12 stycznia 2011

Kubrick, Stanley: Barry Lyndon

... czyli jak słodko przepieprzyć przed ekranem trzy godziny z życia1.

Epicki rozmach Thackeraya Kubrick postanowił przenieść na ekran za pomocą przepięknych pejzaży oraz niemiłosiernych dłużyzn. W trakcie których można sobie podziwiać pejzaże. Jak dla mnie OK. Znajdowałem w życiu gorsze sposoby na spędzenie 3 godzin.

Nie czytałem tylko oryginału i jedna rzecz mnie nurtuje - jeśli kto czytał, to może mi powie - czy główny bohater w książce też był takim wkurwiająco flegmatycznym typem, któremu wypowiedzenie kwestii trzysekundowej zajmowało sekund dziewięć - wliczając sześć sekund na inicjalną pauzę? Naprawdę, dłużyzny kiedy nic się nie dzieje są mniej irytujące niż te, kiedy on się zbiera do mówienia.

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Barry+Lyndon-1975-4063

[1] Nie można być aż takim liczykrupą. To piękna rozkosz przepierdolić kawał życia. Tę jedną, jedyną rzecz, którą się dostało. Na to trzeba mieć gest. Nie można być ściubolem, co to liczy każdą godzinę, że to trzeba tak, a to trzeba tak. Życie to w końcu strata jest. (A. Stasiuk w wywiadzie dla DF:http://wyborcza.pl/1,75480,8720972,Mam_romanse_z_geografia.htm)

Andruchowycz, Jurij: Dwanaście kręgów

Właśnie wtedy zauważył, że rozpaczliwie żałuje tego swojego (Wiesz, wszystko we mnie zamiera, gdy pomyślę, że tego wieczora mogłem tam nie dotrzeć) szaleństwa. Dość było, myślał, jeszcze przez pół godziny siedzieć na tyłku, Bomczyk właśnie trzeci raz brał po pięćdziesiątce, dość było się nie śpieszyć, sama mówiła, że tylko na pięć minut, że tylko do znajomych, dość było się minąć, niechby komuś innemu tak się poszczęściło, a ja dziś byłbym sobą, a nie kimś, żyłbym własnym życiem, zaliczałbym baby na prawo i lewo, podrywał młode kózki, takie jak ta, wiosny przynosiłyby drżenie, jak dwadzieścia lat temu, i nie stawałbym się potencjalnym patentowanym impotentem. To ostatnie wyrażenie, nawet jeśli nie nadzwyczaj wyszukane, brało się z jego upodobania do wszelkich ozdobników fonetycznych. Bo nawet sam na sam z własnymi potokami i monologami Artur Pepa nie przestawał być zawodowym literatem.
[s. 93-94]

Brzmi znajomo. Poza tym byciem zawodowym literatem. Brzmi nie tylko znajomo, brzmi ładnie i znajomo. Brzmi jak sympatyczna opowieść dobrego kumpla - tak się to czyta, jakby mi ktoś, kogo znam i lubię, i kto umie dobrze opowiadać, i kogo lubię słuchać, opowiadał o życiu. I, niestety, mniej-więcej tyleż samo jest w tym wartości. Piękna to jest historia, ale trochę o wszystkim i o niczym. O zagubieniu i odnalezieniu miłości. O niefortunnej fascynacji krajem skazanym chyba na pogrążenie w mętności, niejasności i lokalności (w takim sensie, że kto się tam nie urodził, nigdy do końca nie zrozumie). O tym kraju trochę. O młodości.

Najbardziej chyba o zagubieniu i odnalezieniu, w szerokim rozumieniu - tak jak szerokie są zwykle horyzonty przyjacielskiej, lekko podpitej pogawędki.

Można po lekturze pomyśleć sobie, że momenty zagubienia i odnalezienia są życiowo przełomowe, można sobie chwilę porozmyślać o tym, co jest naprawdę ważne, o wiośnie, o przygodzie, o podróży, o przyjaźni, o miłości, o wolności.

Ale, tak jak po wieczornej, przyjacielskiej, lekko podpitej pogawędce, zwykle rano nie zostaje w pamięci żaden konkret, może kilka wiekopomnych cytatów, tak z tą książką jest podobnie. To jeszcze jeden na koniec:

Dopiero w trzydziestym siódmym roku życia Artur Pepa poczuł, że ma serce. Wszystko zaczęło się od przebudzeń w środku nocy, kiedy niespodziewanie lądował sam na sam z gęstą, czarną pustką, na wpół zanurzony w poszarpanych resztkach snów. Druga połowa była w pełni świadoma swego zaczepienia w tu-i-teraz, ale to nie przynosiło ulgi. Sam dla siebie postanowił przyjąć, że to przez alkohol. I rzeczywiście, przeklęta tachykardia natychmiast dawała się we znaki po szczególnie intensywnych balach i jam-sessions ze stawaniem na głowie i przemieszczaniem otchłani. Dość było porządnie wystartować po południu (dwa razy po sto, sok pomidorowy, cokolwiek), osiągnąć pełną prędkość wieczorem (moonlight and vodka, take me away) i wreszcie ostatecznie utknąć na pierwszej lepszej imprezie aż do świtu, z rozpędu dopijając resztki ze wszystkich butelek i rozgrzebując wszystkie paczki papierosów (kto leci do nocnego, ja?) - tak, dość było kolejny raz przejść przez te wszystkie nocne etapy, a następnego dnia z pewnością i nieodmiennie to powracało. Ktoś widział, jak pewnego razu Pepa zemdlał w kawiarni, jak papieros wpadł do filiżanki kawy, jak stołek - metalowa nóżka na śliskiej podłodze - ze zgrzytem odjechał w bok. On sam tego nie widział, zapadł się na kilka minut w samotność i izolację, na dno jednolitego, mętnego migotania i monotonnego dzwonienia (czyżby tam miało być tak samo, myślał potem, tylko mętne migotanie i monotonne dzwonienie?). Tak, wtedy to stało się jasne, jak pot, który go oblał, gdy tylko trochę mu przeszło.
Szczerze mówiąc, wypadek w kawiarni nie był pierwszy. Doszło już do tego, że Artur Pepa zaczynał przywykać i nawet lubić te stany - z tym samym oddaniem, z jakim rzucał się naprzeciw oszałamiającemu splotowi emocji przy przejściach ze stanu trzeźwości do upojenia. Coś jednak było w tym nagłym szaleństwie rozrywającego się serca, w jego drżącym podskakiwaniu gdzieś do gardła, w tej żelaznej dłoni, która nie bez zręczności łowcy ptaków lubiła go ścisnąć i nie puszczać. "Dobrze, że stało się właśnie tak - czasem przekonywał sam siebie. - Teraz przynajmniej wiem, co mi przypadło. Nagłe zatrzymanie akcji serca to w sumie nie najgorszy wariant, mogło być coś znacznie bardziej powolnego i wyniszczającego". Po czym przeglądał w pamięci niektóre inne warianty: rozrastanie się w ciele jakichś amebokształtnych, nieforemnych tworów, metamorfozy braku odporności, przerażający i poniżający zanik mięśni czy nieubłagane opadanie w wegetacyjną przepaść Alzheimera - nie, zdecydowanie wylosował tę lepszą możliwość. Choć niekiedy, odczuwając pośród nocy, gdzieś między drugą i czwartą, nieubłagany powrót arytmii, mimo wszystko się bał. Bał się, że jego serce któregoś razu nie wytrzyma i pęknie - i nie dlatego, że mogłoby nie wytrzymać i pęknąć, ale ze strachu, że może nie wytrzymać i pęknąć. Innymi słowy, bał się bać.
[s. 80-82]



Aha - nota na okładce mówi, że książka prezentuje "charakterystyczną dla Andruchowycza karnawałową logikę". No... nie do końca. Trochę, ale w wersji bardzo soft. Czytałem wcześniej Perwersję i nic o niej nie napisałem, bo nic nie zrozumiałem. Znaczy się, zrozumiałem na poziomie wyrazu i zdania, ale już na poziomie akapitu mi się to łączyło średnio, a na poziomie rozdziału w ogóle. A między rozdziałami kompletna sieczka. Oczywiście szacun za taką żonglerkę narracjami i stylami, ale jak dla mnie Perwersja to była zbytnia perwersja, to której zrozumienia potrzebowałbym tłumacza z polskiego na bardziej polski. A tu nie potrzebowałem.

Polański, Roman: Nóż w wodzie

Historia marynarza skaczącego na potłuczone butelki poucza nas o tym, że czasami warto obdarzyć refleksją swój image. Bo może się okazać, że wykreowana przez nas figura dawno już nas przerosła, nie umiemy sprostać jej wymaganiom, co gorsza, jest za późno na jej modyfikację. Ktoś powiedział "sprawdzam" - i jedyne co pozostaje to grać do końca albo stracić twarz.
A reszta filmu bardzo elegancko tej historii akompaniuje.

Z innej natomiast strony, to warto oglądając zwrócić uwagę na Krystynę. Na to, jak wygląda na wodzie a jak na lądzie. O fizyczny wygląd chodzi, ale też o zachowanie. Całą tę skoncentrowaną na dwóch męskich bohaterach historię możnaby skrócić moim zdaniem do anegdoty o marynarzu, ale Krystyna, o - Krystyna, to jest prawdziwa refleksja nad wolnością osobistą!

Technikalia: http://www.filmweb.pl/Noz.W.Wodzie

Banksy: Exit Through the Gift Shop

Buhaha. Buhahahhaha. A potem jeszcze raz hue hue hue.
Prześmieszny film. Poczytałem sobie potem trochę internetu ale w końcu nie wiem, czy ten cały Thierry Guetta to jest wymysł Banksy'ego czy nie, czy to jest jego świadoma (współ)kreacja czy nie. Ale tak czy nie, sytuacja jest przezabawna. I sama postać też, zwłaszcza jej niesamowite wysiłki językowe - te próby plastycznych opisów zasługują na upamiętnienie:
Banksy, he was like... he was all like... he was like... he was like... like... I liked him very much.

No. I ironiczne podsumowania Banksy'ego, Fairey'a i Invadera - 10 punktów z plusem. A sam tytuł to punkt dodatkowy :)

Tylko nie do końca wiem, czy nie jest ten film nieco zbyt hermetyczny. Ja ze streetartem mam wspólnego tyle, że coś słyszałem, coś widziałem, mam kolegę, który się taką aktywnością para. I mi ten film w żaden sposób nie przybliżył całej idei, społeczności, whatever. Owszem, pokazał mi wiele rzeczy, których nie znałem, ale samego konceptu jakoś mi nie naświetlił lepiej, co wiedziałem to wiem, co myślałem to myślę. Jeśli jednym z zamierzeń reżyserskich było zbliżenie ludzi, którym ten świat jest całkiem obcy, do postrzegania streetartu jako formy sztuki, czy - nie używając wielkich słów - choćby formy pozytywnej i niegroźnej aktywności, to obawiam się, że mogło się nie udać. Ale jeśli takiego zamierzenia nie było, to film perfekcja.

A jako PS refleksja, że to jeden z tych filmów, dla których lekko archaiczne kino Muranów zostało wprost stworzone. 

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Wyj%C5%9Bcie+przez+sklep+z+pami%C4%85tkami-2010-559694

wtorek, 4 stycznia 2011

Małyszek, Tomasz: Kraina Pozytywek

Wszystkie zegary pokrywała jasna emalia, a w ich kopertach ukryto mechanizmy pozytywek. Na tarczach widać było fregaty z czarnymi żaglami, kobiety podające dłonie aniołom, wysokie wieże przebijające księżyc. Zegary odmierzały beznamiętnie czas choroby, a gdy włączały się melodie pozytywek, były to hymny na cześć ich pani, która latami ginęła z bólu, bo nikt nie potrafił jej pomów. Na meblach stały figurki wyrzeźbione w koralu. Ich podstawy zdobiły inskrypcje naśladujące wiersze Petrarki. Nie chwaliły jednak miłości do Laury, lecz opisywały jej koniec.
[s. 318-319]

Co to niby jest ta kraina pozytywek? Pytanie wydaje się kluczowe, bo sama okładka informuje, że Nie jest to nowa historia Kaina i Abla, ale raczej opowieść o zagubionych braciach, z których tylko jeden odnalazł krainę pozytywek. Ale tak sobie myślę, że aż tak kluczowe nie jest. Coś z czasem, trwaniem na pewno. Kiedy się zestawi ostatnie zdania książki z akapitem zacytowanym powyżej, coś z tym, co z nas zostaje, co będzie mówić o nas kiedy nas już nie będzie. Może nawet nie tyle o nas ile o tym, o czym my sami mówiliśmy swoim życiem. Coś z ciągłością idei może, i chyba ze spokojem, jaki ze świadomości tej ciągłości może wynikać.
Przy czym nie należy mylić ciągłości idei z tradycją, bo ten tekst jest cały pochwałą nowoczesności - owszem, tutaj nowoczesności w wydaniu z przełomu XIX i XX wieku, ale wciąż nowoczesności. Ci, którzy tej nowoczesności nie potrafią zrozumieć, nie potrafią się jej oddać, ci mentalnie nieprzystający, wariują lub umierają za życia, stają się zjawami rodem z romantycznych ballad.
Słodkie przesłanie w dzisiejszym świecie fejsbuka (książka pochodzi z 2001 roku, więc może trafniejsze byłoby "w dzisiejszym świecie Internetu", hue hue hue, ale wersja z fejsbukiem brzmi bardziej przerażająco). I to przesłanie wydaje mi się istotniejsze od pytania o "krainę pozytywek".

Może trafiłem z interpretacją, może nie, jak kto ma lepszy pomysł to poproszę, a tymczasem jeszcze się na chwilę zachwycę nad konstrukcją: cztery równoległe wątki, w tym dwa zagnieżdżone ;) - i to jak ładnie połączone! W miarę coraz większego przenikania się historii, coraz mniej wyraźne stają się podziały formalne: od wyraźnie rozdzielonych rozdziałów w części pierwszej do przeskoków ze zdania na zdanie w części drugiej, aż do momentu, kiedy pozostaje tylko jedna historia. Zgrabnie.

A żeby nie było wątpliwości, że choć po części jest to powieść przygodowa, to na zakończenie zachowam sobie elegancki żołnierski cytacik:

- Nie ma nic gorszego od kobiet, które przesadnie się pacykują - wtrącił się Scholz. - To dopiero są aktorki. Noszą na sobie kilka worów złomu, spryskują się świństwami, że aż dech zapiera i nawet nie można się do nich zbliżyć. Prawda jest taka, że ja lubię, jak baba pachnie naturalnie. I powinna być gruba. Przynajmniej jak wybuchnie wojna, nie trzeba jej karmić. A to ważne dla żołnierza. Poza tym może dużo udźwignąć, jeśli trzeba się ewakuować. Nie ma nic gorszego od aktorki i nic lepszego od kucharki.
[s. 243]

Fincher, David: The Social Network

W zasadzie wszystko co było do powiedzenia, powiedział już Wojtek Orliński w GW. Mój komentarz jest jedynie taki, że ani mnie to ziębi ani grzeje. Narzędzie, jakie stworzył Zuckerberg (z kolegami?), mnie interesuje. Sam Zuckerberg - niekoniecznie. A akurat o narzędziu w tym filmie jest stosunkowo mało, opowieść skupia się na twórcy, na jego charakterze, na jego działaniach, daje pożywkę pod rozważania o jego moralności (braku?). Jak ktoś lubi, to ma nad czym myśleć.

Jak ktoś nie lubi, to może popatrzeć sobie chociaż na dobrą grę Jessego Eisenberga, któremu udało się zbudować naprawdę znakomitego nerda. Nerda właśnie, a nie geeka - znajomi moi toczyli ostatnio spór o różnicę znaczeniową i myślę, że porównanie Zuckerberga z Leonardem z The Big Bang Theory dobrze pokazuje różnicę. Ta kreacja plus parę momentów do śmiechu (a humoru w filmie nie brakuje) naprawdę wystarczą, żeby zniwelować posmak lekkiej tandety, którą trącą te wszystkie rozważania o prawdziwej przyjaźni, która kończy się nieodwołalnie gdy w grę wchodzą miliony dolarów.

Szczęśliwie to nie wszystko jest jeszcze jedna bonusowa ciekawostka, dla której warto ten film obejrzeć - postać Seana Parkera, współzałożyciela Napstera.
Jakiż (według filmu) status celebryty ma ten człowiek! Choć z finansami krucho, choć przedsięwzięcie nie wypaliło, jakim gwiazdorem, autorytetem, bożyszczem jest dla ówczesnej młodzieży nawet 4 lata po zamknięciu (no, ok, zalegalizowaniu) serwisu. Ilu przeciętnych licealistów czy studentów u nas, w Polandii, rozpoznałoby nazwisko któregoś z twórców gadu-gadu czy naszej-klasy?

A poza tym, to w końcu mi się rozjaśniło nieco w kwestii funkcjonowania społeczności studenckich w amerykańskich szkołach wyższych; oglądałem już milion głupich i głupszych filmów osadzonych w tamtych realiach, ale jakoś nigdy ta cała idea houses i fraternities nie trafiła do mnie tak jasno. A, no i potwierdziło mi się funkcjonowanie słowa zfejsbukować. Można zfejsbukować kogoś. Językowo jest to tak ekscytujące, że chyba zaraz pójdę i kogoś zfejsbukuję.



Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Social+Network%2C+The-2010-528258

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Trzy filmy, które mnie niezbyt obeszły

... i o których nie mam wiele do powiedzenia; chcę wszakże pamiętać, że je już raz widziałem i nie miałem wiele do powiedzenia.

1. Curtis, Richard: Love actually - super, słodziak, wzruszyłem się i rozpłakałem, a jak dorosnę to chcę być jak Hugh Grant. Moment równoległych monologów angielsko-portugalskich jest godny zapamiętania, a poza tym to już niewiele. Ale z kategorii romantycznych komedii to naprawdę najlepsze co kiedykolwiek widziałem.

2. Wenders, Wim: Lisbon story - jezu, co za nuda. Część miejsc poznałem części nie, ale generalnie chyba się niesamowicie na plus zmieniła Lizbona w ostatnich 15 latach? Ale poza zaciekawieniem widokami, to kaszana, tylko muzyka fajna. Choć może skoro to film, w którym (jak doczytałem) chodziło reżyserowi głównie o muzykę i dźwięk, to moje podsumowanie jest całkiem pochlebne?

3. Polański, Roman: Ghost Writer - bardzo fajna sensacja z bardzo ironicznym zakończeniem, sam smak. Ale na dłuższą metę nic, co by zapadało w pamięć. Można sobie podczas oglądania odnotować: o, trafna uwaga o funkcjonowaniu dzisiejszych mediów czy o, trafne podsumowanie świata polityki, ale trafne nie znaczy świeże czy odkrywcze.

sobota, 1 stycznia 2011

Zajdel, Janusz A.: Cylinder Van Troffa

A mi się nie podobało. To znaczy podobało mi się nawet, ale jakoś tak bez rewelacji - sztywne językowo, bez ekscytacji jeśli chodzi o warstwę fabularną, i w zasadzie tylko sobie zapamiętam niesformułowane chyba (OIDP) wprost, ale wynikające z tekstu pytanie o granice ciekawości naukowej. Czy mając możliwość przekonania się na własne oczy o losach świata za sto, tysiąc, milion lat, w zamian za porzucenie mojego życia tu i teraz - skorzystałbym, czy nie? Lubię moje życie teraz. Ale prawdziwy naukowiec pewnie by skorzystał.

Bo drugie pytanie, pytanie postawione w tekście wprost, o granice ingerencji naukowej w rozwój gatunku ludzkiego, wcale mnie nie zainteresowało. Wcale a wcale, e-e.

Dukaj, Jacek: Inne Pieśni

Berbelek zapalił tytońca. Oparty o framugę okna, strzepywał popiół na zewnątrz, na ośnieżony dach.
- Strategos wie - rzekł powoli - iż najlepsze plany to te, które nie wymagają od wykorzystywanych w nich ludzi postępowania wbrew ich naturze, lecz właśnie w zgodzie z nią; tym bardziej wie to kratistos. Najtrudniej przejrzeć oszustwo zbudowane z tysiąca drobnych prawd, gdzie fałsz istnieje wyłącznie w sposobie ich złożenia, w umyśle strategosa. Zawsze lepiej użyć do osiągnięcia danego celu przedmiot po to właśnie istniejący, aniżeli inny, wbrew jego przeznaczeniu. Nóż, by przeciąć, powróć, by związać, Babuczkina, by zdradził.
[s. 544]

Jestem bardziej niż pod wrażeniem, choć zrozumiałem chyba niewiele.
Przede wszystkim, z moim kulawym wykształceniem miałem spore kłopoty, żeby w ogóle przez tę książkę przebrnąć. Zanim się przestawiłem z językowych naleciałości łacińskich na ten język zbudowany w oparciu o grekę, sporo mi pewnie umknęło.
Zanim zrozumiałem do końca zasady rządzące tym światem, umknęło mi pewnie drugie tyle. Ach, gdybym w swoim czasie zapoznał się i postarał zapamiętać Arystotelesa, wszystko byłoby o wiele prostsze. Jacek Dukaj nie tylko przeczytał i zrozumiał, ale jeszcze wykonał gigantyczną pracę wyobrażenia sobie i opisania świata rządzonego zupełnie innymi zasadami od znanych nam teraz - podobnego, a jednak odmiennego w każdym fragmencie.

Ogrom tej pracy jest wręcz porażający - kompleksowość, złożoność i kompletność tego wykreowanego świata ścina z nóg. Tylko że... no właśnie. Mam wrażenie, że jeśli mi moja mądrzejsza koleżanka Kasia, która przyznała się, że przeczytała dwa razy, nie powie o co chodziło, to nie będę się mógł pochwalić, że zrozumiałem do końca. Bo w końcu nie wiem co dokładnie zobaczył pan Berbelek, kiedy z ostatnim cięciem krzywego ostrza zrozumiał wyraz twarzy umierającego adynatosa (s. 627) - ulgę? strach? może zrozumienie? A skoro tego nie wiem, to co mam na przykład myśleć, gdy mówi: taka jest moja natura. Chcę tego, śnię o tej bitwie, to mój cel (s. 594) - czy wiedział czego chce? czy był zaskoczony? czy przyjęta forma go przerosła, czy to jemu udało się przerosnąć formę strategosa i stworzyć nową? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.

To zachowam sobie tylko dwa fragmenty i zaczekam na okazję do rozmowy z Kasią.


- O czym myślisz, esthlos?
- To chyba oznaka nadchodzącej starości, gdy przeszłość zaczyna zwyciężać nad teraźniejszością. - Potrząsnął głową.
Rumia zatrzymała nóż nad łososiem.
- Ja też pamiętam, tamtego roku zamarzł cały Rein, przed wyjazdem odwiedziłeś nas, esthlos, z córką i synem. Och, przepraszam.
- Abel, tak.
- Przepraszam, przepraszam, tak mi przykro.
Machnął ręką z chustą, otarł nią usta.
- Nie ma powodu, by było ci przykro. Zawsze zastanawiała mnie ta forma. Co właściwie kryje się za podobnymi wyrazami współczucia? Przecież nie współczucie, do niego zdolni są tylko najbliżsi, z którymi łączy nas podobieństwo Formy. Czy chodzi więc o pocieszenie żałobnika? Może o okazanie szacunku? Ale komu? Zmarłemu? Obcy człowiek przychodzi i mówi, jak mu przykro; podczas gdy wiem, że przykro mu nie jest. I to jeszcze w momentach takiego napięcia uczuć: po śmierci, podczas pogrzebów, całopaleń. Dziwię się, że nie dochodzi do bójek nad grobami. Właściwie - jak o tym pomyśleć - to pewnie akurat by się Ablowi spodobało, jako rodzaj pośmiertnego hołdu. Mhmmm.
Dotknęła jego dłoni.
- Po prostu chciałam przeprosić za przywołanie wspomnienia Abla.
- Dlaczego miałabyś za to przepraszać? Dlaczego miałbym unikać wspomnień o nim? Czy był zbrodniarzem, człowiekiem złym, małym i podłym?
[s. 568-569]

Wszakże kroplą, która przelała czarę, okazał się najazd demokratów. Sekta uaktywniła się w Neurgii tego lata; nie od razu uderzyli do pana Berbeleka. Skoro już jednak powzięli zamiar, nie było ucieczki przed fanatykami. Stanowił dla nich ucieleśnienie ideałów kultu, drogę do spełnienia ich szalonych postulatów. Wszak pierwszym warunkiem demokracji jest pozbycie się kratistosów; zbudowaniu prawdziwych polis stoi na przeszkodzie aristokracja. Lepiej niż Kratistobójca znali cel Kratistobójcy. Dżurdża w imię demokracji! Wyrżnie wszystkich kratistosów, przepędzi królów, odtąd rządzić będzie Lud. Skradali się pod okna kamienicy, rzucali w nie kamykami, słali listy, manifesty, petycje błagalne, skrzynie książek autorstwa starożytnych i nowożytnych filozofów, jeden bełkot. Próbowali czepiać się jego powozu, zaskakiwali go na mieście, wślizgiwali się na przyjęcia, w których brał udział, jeden przecisnął się nawet kominem, pan Berbelek go zastrzelił, gdy wariat zwalił się w palenisko. Szaleńców jednak nie wystarczy konsekwentnie ignorować. Trzy noce temu młoda demokratka podpaliła się pod oknami jego kamienicy, długo wrzeszczała, płonąc, rozbudziła pół dzielnicy. Do jakiego stopnia było to żałosne: już na samym początku sprzeniewierzali się własnym ideałom, uznając nieskończoną wyższość Kratistobójcy. Zaiste, prawdę pisał Platon: nie wszystkie książki stanowią bezpieczną lekturę dla nieuformowanych umysłów.
[s. 577]

Bagdad Cafe

... czyli jak ze słabego filmu zrobić chujowe przedstawienie.

Albowiem wybraliśmy się ze Stefanem do niezwykle modnego (jak się okazało; nie byłem świadom) teatru Polonia na przedstawienie pt. Bagdad Cafe. Generalnie dramat i groza już na wejściu, bo się okazało dość prędko, że to musical, a ja na musicale reaguję wysypką, łapią mnie dreszcze, kicham i swędzi mnie pod kolanem. Lewym. No ale dobra, siedzimy, oglądamy, proste to jak konstrukcja cepa - dwie panie na życiowym zakręcie, w szerokiej perspektywie weltschmerz a w szczególe proza życia, dzieciaki się buntują, knajpa rdzewieje i nie przynosi dochodu, mężowie są złamasami (a raczej byli, bo panie ich właśnie bądź to opuściły bądź wywaliły za drzwi), widoków na życie brak, no bieda. Ale przetykane to wszystko wstawkami mocno artystycznymi, które mają nam ten ogrom biedy unaocznić, jak na przykład poginający przez scenę baletmistrz1 z wstążką (WTF?!, że się tak spytam). Następuje starcie postaw życiowych. Z jednej strony mamy konstruktywny optymizm, chęć zmiany, zamiłowanie do pracy i działania - uosabiane przez pochodzącą z (kto by pomyślał) Niemiec Jasmin. Z drugiej strony nieufność, wrogość wobec innego, rezygnację, rozmiłowanie w stagnacji i przywiązanie do wyobrażenia samej siebie w roli wiecznej ofiary przeciwności losu - reprezentowane przez córę dumnego narodu amerykańskiego, Brendę. Oczywiście ostatecznie koncepcja konstruktywna przeważa i panie zostają przyjaciółkami na całe życie, ale zanim do tego dojdzie mamy jeszcze kilka dygresji oraz przerwę techniczną.
Przerwa techniczna następuje po 70 minutach, kiedy po ciągnącym się jak flaki z olejem wstępie wszystko wyraźnie zmierza ku dobremu. Wtedy aktorzy schodzą ze sceny, goście są serdecznie zapraszani do wydania paru złociszy w teatralnym bufecie, a po dwudziestu minutach lecimy dalej z częścią drugą. Część druga trwa 20 minut i mieszczą się w niej:
- dramatyczny zwrot akcji;
- rozstanie bohaterek w gniewie;
- powrót stanu życiowej stagnacji i uświadomienie sobie własnej pomyłki przez Brendę;
- powrót Jasmin, wielkie pojednanie i potwierdzenie przyjaźni już na całe życie (BFF, duh!).
I jeszcze kilka smakowitych dygresji. Na przykład jedna taka, która szczególnie zapada w pamięć: chór ośmiu mocno zniewieściałych męskich bohaterów w skomplikowanym układzie taneczno-wokalnym objaśnia istotę męskiej przyjaźni. Dowiedzieliśmy się ze Stefanem, że chodzi o to, aby się w knajpach prać po ryjach ze wszystkimi, którzy nie są naszymi przyjaciółmi, a poza knajpami patrzeć sobie głęboko w oczy bez słów, bo w prawdziwej męskiej przyjaźni słowa nie są potrzebne.

No dobra, żeby nie przeciągać - Stefan chciał wyjść po pierwszej "połowie", a ja go namówiłem na pozostanie, za co chciałbym oficjalnie przeprosić. Albowiem druga połowa nie tylko nie uratowała tego kiczowatego widowiska, ale pogrążyła je doszczętnie, obnażając nieudolność konstrukcyjną i koncepcyjną. Amen.

A z napisaniem tego poczekałem kilka dni, bo chciałem sobie najpierw obejrzeć oryginał, czyli film Percy'ego Adlona Bagdad Cafe z 1987 roku. Kombinowałem bowiem, że może to kupa z muchą to przedstawienie, ale może to nie wina samego przestawienia, tylko materiału, z jakiego to przestawienie zostało zrobione.
Otóż nie. Oryginalny film jest, owszem, słaby (z perspektywy 23 lat; po prostu słabo się zestarzał, pewnie w 1987 roku był całkiem zgrabny), ale nie aż tak słaby. Przede wszystkim - nie jest musicalem, i to już jest mu policzone na plus. Jest piosenka tytułowa (Calling you, w wersji Jandy spolszczona), ale całej reszty prze-pustych przyśpiewek nie ma. Ludzie rozmawiają ze sobą jak ludzie. Po drugie: zamiast chłopca ze wstążką jest turysta, który rozbija namiot w okolicy i bawi się rzucaniem bumerangu, wciągając w tę rozrywkę kilkoro lokalsów, co ma jakiś sens - baletmistrz natomiast nie miał kompletnie żadnego.
Po trzecie, Brenda jest po prostu standardowo nieufna wobec innego i nieznanego, ale nie pielęgnuje z uporem swojego nieszczęścia; ostrożnie, ale przyjmuje pozytywną zmianę. Dzięki temu rozwój akcji jest w miarę równomierny. OK, również przez to na końcu następuje jakaś absolutna tandeta typu powrót męża (który tak naprawdę nigdzie nie odjechał, tylko stał na pobliskim wzgórzu i obserwował przemianę żony przez lornetkę - WTFFFFF?!), ale mimo wszystko, daje się to łyknąć bez nadmiaru niesmaku.
Generalnie w filmie widać jakiś plan, miała być komedia, z perspektywy roku 2011 wyszła umiarkowanie zabawna, ale z perspektywy 1987 pewnie była urocza. W przedstawieniu nie widać nic, a próba ratowania efektu humorystycznego dodaniem jąkającego się policjanta jest nic więcej niż żenująca.


[1] Tancerka baletowa to baletnica; tancerz baletowy to baletmistrz. Jak nieskromnie!