sobota, 23 lipca 2011

Hrabal, Bohumil: Bambini di Praga

Zamiatacz miejski, potężne chłopisko w kombinezonie, cały w kurzu, porośnięty kłakami niczym kaktus, długimi ruchami miotły zamiatał bruk uliczny, gwiżdżąc powolną frazę symfonii... Właśnie przerwał zamiatanie, oparł się plecami o drabinę przy latarni i głośno się użalił:
- Ależ ci ludzie są głupi! Straaaasznie głupi! O rany, jacy głupi!
Pan Wiktor schodząc po drabinie postawił nogę na głowie zamiatacza. Zamiatacz namacał bucik, później kostkę. Podniósł więc oczy i popatrzył w nogawki.
- Człowieku, skąd pan idzie?
- Z nieba.
- No a jak tam jest?
- Doskonale!
- W takim razie katolicy mają szczęście - powiedział zamiatacz odsuwając się.
I znów ujął miotłę i długimi ruchami niczym metronom zaczął poganiać przed sobą papierki i liście i obłoczek kurzu.
- Ależ ci ludzie są głupi! Straaaasznie głupi! O rany, jacy głupi! Gdyby wiedzieli, co to jest porządna muzyka! - krzyczał zamiatacz, po czym zaczął gwizdać wybijając sobie takt miotłą niczym metronomem.
[s. 29]

O rany, jaka ta książka jest głupia ;) Dawno nic tak pokręconego nie czytałem. Rewelacja.

piątek, 22 lipca 2011

Kaczorowski, Aleksander: Praskie łowy

Średnio jest to napisane - historia jest stworzona i poprowadzona bez polotu. Tak jakby koncept był następujący - opowieść trochę o tym, o czym mówią reportaże Szczygła, czyli o przepracowywaniu czeskich traum narodowych, związanych z postawami wobec kolejnych reżimów i kolejnych okupantów, ale opowieść bardzo osobista, zanurzona w indywidualnych doświadczeniach bohaterów, czasem Czechów, a czasem ludzi z zewnątrz, a jednak zakochanych w Pradze, przeżywających Pragę, mówiących o Pradze nierzadko lepiej, ciekawiej i z większymi emocjami niż jej rodowici mieszkańcy. Ale z dobrego konceptu wyszła realizacja nijaka. W wielopoziomowej konstrukcji tekstu raz po raz opowiadani zaczynają sami opowiadać, ale gdzieś się z czasem to gmatwa, przestaje być spójne, przestaje się łączyć jedno z drugim, więc autor dorzuca co i rusz seksualne aluzje albo opisy erotycznych przygód, które owszem, niby trochę dokładają do obrazu miasta, ale jednak bardziej to wygląda na rozpaczliwe łatanie tekstu niż na snucie przemyślanej opowieści.
Co jednak trzeba tej książce przyznać - to, że kiedy już zaczyna mówić o samej Pradze, robi to bezbłędnie. Tak, że ma się ochotę natychmiast pojechać i zobaczyć to miasto na własne oczy, posiedzieć w knajpach, pogadać z ludźmi, pójść na spacer, spróbować jedzenia... chociaż:
Czeska kuchnia; Miriam wzdrygnęła się na samą myśl o niej. Choćbyś nie wiem co zamówiła, zawsze dostawałaś brązowe mięso w brązowym sosie. Ciężkie sosy, gąbczaste knedle, obrzydliwe sałatki z kartofli... Miriam starała się nie brać tego świństwa do ust. Z konieczności została wegetarianką; [...]
[s. 138]

I generalnie, jeśli chodzi o sam język, to też dramatu nie ma, gdyby nie te niedostatki w opowieści, to czytałoby się całkiem przyjemnie. A, no i jeszcze taki nieuk jak ja ma okazję podłapać parę nazwisk malarzy i pisarzy, poza Kunderą,  Hrabalem i Muchą.

czwartek, 21 lipca 2011

Szczygieł, Mariusz: Gottland

To wiemy: niewielki naród, aby przetrwać w niesprzyjających okolicznościach, musi się dostosować. Wyniósł to z czasów Habsburgów i Protektoratu Czech i Moraw.
Pisarz Pavel Kohout zwraca uwagę, że po wojnie w Czechosłowacji nie było sowieckich wojsk, nie było żadnego puczu, komuniści mieli autentyczne poparcie, a w wyborach 1946 roku zdobyli ponad czterdzieści procent głosów. Naród czeski zaznał zaboru i okupacji w 1938 roku, zdradziły go Wielka Brytania i Francja, więc gdy komuniści przejmowali władzę, wydawało się, że Związek Radziecki jest jedynym pewnym oparciem.
Zresztą sto lat wcześniej budziciel czeskiej świadomości narodowej František Palacký przewidywał, że jeśli Czesi kiedykolwiek zbliżą się z Rosją, będzie to z ich strony akt desperacji.
- Dlatego - mówi Pavel Kohout - później tak trudno było przyznać się tym, którzy poparli komunistów, że nieświadomie oddali przysługę diabłu. A to stało się jasne bardzo szybko.
[s. 81-82]

Zbiór rewelacyjnych tekstów - o czym w sumie pewnie wiedział każdy poza mną: tłumaczenia na kilka języków, finał Nike 2007, Nike Czytelników, Europejska Nagroda Literacka 2009, to nie przytrafia się każdej polskiej książce... - który pokazuje z jednej strony zaskakujące1 podobieństwa losów Czech i Polski na przestrzeni ostatnich stu lat, a jednocześnie wyraźne różnice. Różnice chociażby w dzisiejszym podejściu do tego, co się działo pomiędzy 1946 a 1989 rokiem. To niemówienie, podczas kiedy w naszym pięknym kraju zdaje się, że nie słuchać nic poza mówieniem, jest niezwykłe i niespodziewane. Ale może "małe narody" tak właśnie mają, może to metoda na przetrwanie, na wytrzymanie nie tylko z innymi, ale też samemu ze sobą? W zasadzie prawie to samo pokazywał rok temu Czeski błąd.

Miałem jeszcze gdzieś całkiem fajny fragment o "narodzie zbyt małym żeby ginąć bohatersko, ale wystarczająco dużym, żeby starać się przeżyć", ale mi zginął. Żałuję okrutnie.

Co do samego stylu pisarskiego jeszcze - zwrócił mi na to uwagę przedwczoraj Bako, kiedy zaczynałem lekturę, a po zakończeniu mogę potwierdzić - choć Szczygieł pisze znakomicie, to jednak na dłuższą metę jego charakterystyczny sposób konstruowania tekstów staje się irytujący. Zawsze to samo: przeplatają się dwa czasy, opcjonalnie opowieść jest serią obrazków opatrzonych datami (i zawsze w czasie teraźniejszym historycznym), albo wynika z "w tym samym czasie rozgrywających się pozornie ze sobą niezwiązanych zdarzeń". Ładnie wychodzi, ale w zbiorze kilku identycznie skonstruowanych tekstów zaczyna męczyć.



---
[1] Zaskakujące głównie dlatego, że z polskocentrycznej perspektywy, któż na codzień myśli o Czechach jako o uczestnikach tych samych wydarzeń?

wtorek, 12 lipca 2011

Milewski, Piotr: Rok nie wyrok

Gangsterzy i dilerzy spędzą Święto Dziękczynienia raczej banalnie: obżerając się przed telewizorami. Khaisha1 znów wyjeżdża ze swoim kosmosem i pyta, kto będzie oglądał paradę Macy's. Bez parady - jak wiadomo - święto jest w Ameryce nieważne. A "największy dom towarowy świata" organizuje, od lat dwudziestych ubiegłego wieku, największą na świecie paradę dziękczynną. Główną atrakcją są piętnastometrowe balony, wyobrażające różne wesołe stworzonka rodem z komiksów i filmów animowanych. Jest też pięciuset klaunów, dziesięć orkiestr marszowych i osiemset dziewcząt w miniówach, które machają pomponami, kibicując złotemu cielcowi bezwstydnej konsumpcji. No i Santa Claus/Hanukkah Joe zachęcający gromkim "Ho, ho, ho!" do robienia gwiazdkowych zakupów właśnie w Macy's. Jak mawiał David Hannum, a nie P.T. Barnum, nowy frajer rodzi się co minutę. Bandyci spoglądają na terapeutkę z politowaniem. Sport będą oglądać. Futbol znaczy, bo bejsbol jest dla białasów.
Kto przygotuje pokarm? Samice2. Żaden z panów zgromadzonych w sali nigdy nawet nie próbował nic ugotować. Zostaną pochwalone za kreatywność i wysiłek? Przygotowanie pokarmu to zasrany obowiązek samicy, powinna być zadowolona, że pan zje. I wypije. I nie kopnie.
- Czy moja chwali czek, gdy prezentuję? - pyta retorycznie Uroda3. - O jaki ładny, różowiutki, jak super pachnie i jaki mięciutki? No! Więc ja żarcia też nie chwalę.
- Wódeczka?
- Alkohol nie jest substancją odurzającą, którą preferuję - stwierdza Tian. - Lecz śmigam do ojca, a dla ojca alkohol jest substancją odurzającą, którą preferuje. Ostro preferuje!
Uroda unosi brew.
- Jestem w połowie Portoryko. Od strony matki. Będzie jazda.
- Co polewa rodzina?
- Przecież mówię, że Portoryko w połowie jestem. Pijemy, jak podleci. Piwo, wino, rum, wódka, burbon, brandy, koktajle...
Omar skoncentruje się na pokarmie.
- W Święto Dziękczynienia musisz oszamać tyle, żeby przez tydzień chorować. Jak byłem mały, pamiętam, przybiegałem z boja, co pięć minut, na chatę, zajrzeć do kuchni, i za każdym razem inny zapach mnie witał. Indyk, żurawina, nadzienie, sosy, kukurydza w kolbach, słodkie ziemniaki, włoska kapusta, chleb kukurydziany, placek z dyni, placek owocowy... - wylicza. - Całe święta to są dla mnie te zapachy różnych pokarmów, od rana, co się unoszą w powietrzu. Nie jem nic przez dwadzieścia cztery, szykuję miejscówkę na całe żarcie, co matka z babką zgotują.
A Elia w ogóle nie będzie obchodził Święta Dziękczynienia. Czemu? Bo jest z Izraela. Obchodzi inne święta, żydowskie. A jakie? Chanukę na przykład.
- I co robicie w taką Chanukę? - interesuje się Uroda.
- Jemy, śpiewamy.
- Co jecie?
- Pieczeń wołową, czasem pieczoną perliczkę, placki ziemniaczane ze śmietaną albo sosem jabłkowym, zieloną fasolkę, ciasto na miodzie z migdałami, dzieci dostają czekoladki i cukierki.
- W karty gracie?
- Nie.
- W warcaby?
- Też nie, nasze święta są religijne.
- Ale ten drejdel* puszczacie, komu się będzie dłużej kręcił, co nie?
- A drejdel to tak.
- Czyli macie jakieś gry świąteczne?
- Mamy.
- Szkoda, że takie chujowe... - zauważa Tian.
Idziemy świętować.

* Chanukowy bąk - świąteczna zabawka dla dzieci.

[s. 154-155]

---

[1] Terapeutka.
[2] Oryg.: females
[3] Oryg.: Lookie
Trzy powyższe były wyjaśnione w przypisach wcześniej, podaję tu osobno dla zachowania jasności cytatu - ww.

Książka, która jest idealnym uzupełnieniem serialu The Wire - o Ameryce innej niż ta z pocztówek, a nawet innej niż ta z doniesień medialnych, które przebijają się na naszą stronę Atlantyku. O Ameryce tak daleko od american dream, że chyba dalej się nie da. W zasadzie nawet o pewnym rodzaju american nightmare. Ludzie, o których to jest, nie wiem, czy nawet powiedzieliby o sobie, że są Amerykanami. Nie głosują, nie pracują, nie płacą podatków, nie uczą się, nie zakładają rodzin - nie w oficjalnym tego słowa znaczeniu - ba!, nawet nie posługują się już angielskim, nie takim, jakiego można nauczyć się z jakiejkolwiek książki. Ale to, co w sumie bardziej przerażające, to wizja państwa, które stoi niejako po drugiej stronie muru. Państwa, które swoje wewnętrzne problemy potrafi rozwiązywać jedynie systemem kar i represji. Które utraciło resztki ludzkiego oblicza, stało się rozrośniętą biurokratyczną machiną, mającą na wszystko ujednoliconą odpowiedź: procedura, standaryzacja, dostosowanie, kara.

Mało mam w sumie styczności z moim lokalnym aparatem państwowym. Płacę podatki, skarbówka nic ode mnie nie chce. Policja mnie nie zatrzymuje jakoś do kontroli. Firmy nie prowadzę, w konflikty z prawem udaje mi się chwilowo nie popadać. Może mam jakieś wyidealizowane spojrzenie na nasze państwo, ale myślę sobie, że takiej beznadziei, takiego stopnia skomplikowania, takiego odczłowieczenia, które pozostawia w kliencie/petencie/interesancie tylko bezradność i kumulujący się gniew, to chyba u nas nie ma. A jeśli kiedyś i u nas będzie tak, jak Ameryce w wersji Milewskiego, to pora spierdalać. Tylko gdzie?

Przy okazji na marginesie - świetny język. Czyta się jednym tchem. I naprawdę udane, a jeśli nie zawsze udane, to przynajmniej ciekawe podejście do tłumaczenia na polski tego slangu. Może w cytowanym kawałku nie widać tego aż tak dobrze, ale zapewniam - warto na to zwrócić podczas lektury uwagę.

I do obejrzenia serialu też zachęcam. Mistrzowski - no i zamknięty, pięć sezonów i szlus, więc nie ma ryzyka, że się człowiek wkręci w kolejny niekończący się tasiemiec.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Piątek, Tomasz: Wąż w kaplicy

- Znałem takiego [wynalazcę; rozmowa toczy się w kontekście konstruktora pierwszych, eksperymentalnych samochodów w Krakowie przed I Wojną - ww] w Warszawie - powiedział pan Władysław i wszyscy zwrócili się nagle w jego stronę, albowiem przez ostatni miesiąc milczał. - Znałem takiego w Warszawie, w Szkole Głównej. Na swoim stryszku laboratorium prawdziwe sobie urządził. O niczym innym nie chciał wiedzieć, tylko coś tam majstrował, ze słoiczków kolby sobie porobił, menzurki, na nich ołówkiem miary porysował. Chciał nowe czernidło do butów czy do kałamarzy wynaleźć. Ale patrzcie - zamiast czernidła wyszedł mu płyn wybuchowy. Gdy to zobaczył, zrozumiał, jak to swoje laboratorium odkupić, znaczy swoją winę. Zrobił bombę i poszedł z nią do teatru, gdzie wiedział, że lożę trzyma generał Samodinow, i zamachnął się na niego...
- I zabił?
- Nie. bo go ordynans do loży wpuścić nie chciał. Ale zginął z ta bombą w drzwiach. I winę odkupił - a to może i lepiej, że człowieka nie zabił.

[s. 64]

No i dupa. Mogło być cudownie, bo ja, element z ducha antypolski, antykatolicki, niepatriotyczny, przeszyty zdradzieckim kosmopolityzmem, na nic innego wszak nie czekam jak na okazję do wyśmiania, wydrwienia, wyszydzenia polskiej tradycji, polskiej wiary, polskiej historii, polskiego bohaterstwa i męczeństwa, polskiego patriotyzmu. Ale tutaj wyszła jakaś dęta historiozofia czy historyczna/historiozoficzna fantastyka i cały plan wziął w łeb. Próba zrozumienia fenomenu polskiego straceńczego patriotyzmu przechodzi w poważną (patetyczną znaczy) refleksję, że wyjaśnienia nie ma. No to fajnie, 205 stron na nic. I nawet czytało się jakoś mniej płynnie niż ostatnio.

KitKat

Michał przywiózł mi (dzięki!) z Japonii KitKaty smakowe. Żarłem i robiłem notatki:

 Wasabi - myślałem, że wasabi jest ostre, a to jest mdłe. I raczej takie bez smaku.
 Tiramisu - bardzo słodkie, nawet jak na tiramisu. Ale smakuje poprawnie, w sensie tym, czym powinno.
Roasted tea - nie wiem, czy to to, i czy dobrze zidentyfikowałem. Kwaskowate.
Zielona herbata - smak wyraźnie herbaciany, gorzkawy. Nie lubię zielonej herbaty, ale smak miało poprawny, w sensie taki właśnie, jakiego nie lubię.







I jeszcze dwa, do których nie mogę znaleźć obrazków. Jakaś taka herbata suszona, proszkowana... cholera wie. Niezłe. Nieco mdławe, ale też ze słodkawym posmakiem. Chyba najlepsze ze wszystkich.

I coś w stylu zielonego groszku, jakichś fasolek? - tak samo mdłe i nijakie jak wasabi.
Dobrze było spróbować, jestem bogatszy o nowe doznania, ale jeśli kiedyś pojadę do Japonii, to raczej nie będę zaczynał wycieczki od szukania tych smaków KitKata po kioskach i sklepach. Niemniej za sam pomysł, dosyć rozbudowany, bo podobno są limitowane serie smaków różne dla różnych miast, np. inne dla Tokio niż dla Kioto, należy się pewien respekt.

---

Update jeszcze - warto zwrócić uwagę na zielonkawy kolor polewy, widać go na zdjęciu "zielonej herbaty". Wasabi, herbaciane (poza roasted, które były brązowawo-pomarańczowe) i te groszkowate tez były w takich, w różnych tylko nieco odcieniach. Niezwykle apetyczne, jakby się glona wciągało. Ani jeden z tych wafelków nie był natomiast w kolorze, który dałoby się rozpoznać jako czekoladowy. Jasno- czy ciemnoczekoladowy, ale jakkolwiek czekoladowy. Nic.

Rut, Přemysl: Lunatyczny przewodnik po Pradze

Święty Mikołaj i panna proszalna

"Mój Święty Mikołaju - westchnęła panna Aneżka, otwierając okno - ależ mam strapienie! Na co mi te kruczoczarne włosy, kocie oczy i talia osy, skoro nogi mam jak kaczka! Takie nogi nie doprowadzą mnie do ołtarza! Zmiłuj się nade mną, Święty Mikołaju, chociażby dla tego mojego Józefka! Za niego cię proszę, skoro dziś mamy piąty grudnia, to wsuń mi w pończochy takie nogi, żebym nie przynosiła mu wstydu w twoim kościele, amen".
Zaczął prószyć śnieg. Panna Aneżka pomyślała, że to dobry znak. Przewiesiła przez parapet dwie pończochy, które miała na lepsze okazje, przymknęła okno i zaciągnęła roletę.
Spała dobrze, bo trochę sobie przedtem popłakała, ale rano już nie mogła uleżeć w łóżku. Jeszcze było ciemno, kiedy podbiegła do okna - i znalazła pończochy wypełnione po brzegi nogami, jakich nie powstydziłyby się paryskie tancerki. Co prawda były zmarznięte na kość, ale panna Aneżka jęła na nich tak podskakiwać, aż poczuła w łydkach ogień. Kacze nogi odrzuciła kopniakiem w kąt jak stare drewniaki i wyszła z domu jako zupełnie inny człowiek, przynajmniej od pasa w dół.
"Skoro jestem teraz od pasa w dół innym człowiekiem, powinnam prowadzić od pasa w dół inne życie" - rozmyślała, a rozpustnicy oglądali się za nią z błyskiem w oku. Jeden do niej mrugnął, drugi klepnął ją po pupie, a trzeci dyskretnie wsunął jej za podwiązkę sto koron. Dopiero wtedy panna Aneżka doceniła w pełni podarunek Świętego Mikołaja. "Na takich nogach człowiek w zasadzie powinien zejść na złą drogę" - przekonywała samą siebie. I jeszcze tego samego wieczoru zamieniła pokoik z białą lampką na pokój pod czerwoną latarnią. Wyprowadziła się z domu z widokiem na Świętego Mikołaja do ciemnego podwórka na Ungelcie. Od tej pory Józefek jej nie widział, a Święty Mikołaj nie mógł na nią patrzeć.
"I jak ja teraz wyglądam? - przewracał się w chmurach z boku na bok i nie mógł zasnąć. - Ludzie tak lubią dostrzegać w świętych tajone grzechy, a ja mam wziąć na sumienie, że z porządnej dziewczyny zrobiłem dziewkę? Co to, to nie! Tak się nie będzie postępować z moimi darami!"
Mikołaj nie rzucał słów na wiatr. Pewien samotny pan, który o zmroku zapłacił za każdą nogę Aneżki tyle złota, ile ważyła, o świcie zażądał zwrotu pieniędzy. Był to smutny widok: piec, krzesło, umywalka, łóżko, wieszak i tapety na ścianach opowiadały historie z tysiąca i jednej nocy, ale Szeherezada milczała. Siedząc na posłaniu, wysłużoną pierzyną zasłaniała nogi. Znów były kacze. Madame nie potrafiła tego wyjaśnić, klient składał to na karb kobiecej niestałości, tylko Mikołaja nikt o nic nie pytał.
Aneżka w godzinę była na bruku. Jak inaczej wylatuje się z hotelu na godziny? Po raz ostatni rozejrzała się po pokoiku. Wydawało jej się, że dostrzegła w nim jeszcze większą zmianę na gorsze niż w swoich nogach. A przecież wszystko w nim było jak zawsze. Tylko ranek był mądrzejszy od wieczora. Aneżka zatrzasnęła drzwi.
Poszła tam, gdzie ją brzydkie nogi poniosły: przez plac Staromiejski do Świętego Mikołaja. Uklękła w ławce kościelnej i zaczęła płakać jak stara ulicznica.
Tak ją znalazł Józefek. O nic nie pytał. Wystarczyło mu, że się wstydziła. Ale - to typowe dla jej pokolenia - wstydziła się tylko swoich kaczych nóg.
- I po co mi to mówisz? Przecież ja to wiem! - powiedział ze śmiechem Józefek. - Chyba sobie nie wyobrażasz, że uganiam się za tobą dla twoich kruczoczarnych włosów, kocich oczu czy talii osy? Takich dziewczyn jest na kopy! Wystarczy wyjść na promenadę. Ale te twoje nogi... - spojrzał na nie, kręcąc głową - ... czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Słuchaj, Aneżko, czy w tych nogach nie mieszka czasem twoja dusza? Zwyczajne ciało nie może przecież tak wyglądać. Kiedy tak długo cię nie było, bardzo do nich tęskniłem i powiedziałem sobie, że dla tych twoich nóg wezmę sobie ciebie całą.
Ślub odbył się u świętego mikołaja. Ksiądz mówił o tym, że miłość zaczyna się wtedy, kiedy niedostatki jawią się nam jako zalety.

[s. 164-168]

Opowiadania raz lepsze raz gorsze, ale pisane bardzo fajnym językiem, zabawnym, takim trochę kojarzącym się z komiksami Baranowskiego. I do tego świetne fotki Pragi, a na końcu wyjaśnienia z jakich skrawków praskich faktów zbudowane są te bajki i fantazje.

Rudiš, Jaroslav: Niebo pod Berlinem

Siostra Katrin nazywa się Gisela Nebel, ale wszyscy mówią na nią Gazela, ponieważ ma długie nogi i szczupłe ciało, jeszcze dłuższe i chudsze niż Katrin. Jest trzy lata starsza, ma dwadzieścia osiem lat, pracowała jako barmanka, ale teraz opiekuje się pięcioletnim synem Alfredem, który zmieściłby się w szkolnym plecaczku, i trzydziestoletnim mężem Janem, który by się nie zmieścił nawet w dwudziestu plecaczkach.
Jan Nebel ma brodę i trzy podbródki. Pracuje jako szef zmiany w rzeźni supermarketu w Neuköllen i mówi, że jest jak jest, ale jest z tego zadowolony. Domowy barek zaopatruje w bawarskie piwo kwaśnicowe a lodówkę w płaty polędwicy.
Mieszkają w Kreuzbergu. Mieszkanie mają tanie i duże. Pod oknami wije im się u-jedynka, ale nie są tym zachwyceni, bo ich ponoć pociągi wyrywają ze snu, a ja wiem, o czym mówią, bo Żonię w Pradze pociągi też wyrywały ze snu. Nie była to ubana, ale pośpieszne na Hradec czy Ostrawę.
W ostatnią sobotę zaprosili nas na kolację. Gazela właśnie wróciła z Amsterdamu, gdzie mieszka jej koleżanka ze szkoły średniej. Podobało jej się tam.
Siostra mnie badawczo mierzyła wzrokiem i wciąż proponowała, że skręci jointa.

Katrin jej opowiadała, jak jechaliśmy we wtorek wieczorem ubaną z Kreuzbergu do Mitte, a naprzeciwko siedział Berlin Eastside, młody, otyły chłopak w spranych dżinsach i rozciągniętej koszulce, i czkał, i bekał, i czkał, tak samo jak ubana otwiera i zamyka drzwi. I tak samo jak ubana nigdy nie przestanie, tak nie mógł przestać czkać ten chłopak, od którego zajeżdżało piwem.
Od nas też zajeżdżało piwem. Poradziliśmy mu, żeby podniósł prawą rękę do góry, wstrzymał oddech i policzył do trzydziestu. To sprawdzona recepta, którą dostałem od babci i wożę po świecie. On wytrzeszczył oczy i wyciągnął lewą rękę. Było jasne, że to lewus i że nie jest dobrze.
- Jestem jakiś nazista czy co? Co do mnie masz - zaklął.
- Nic. Tylko pomóc chciałem.
- A widzisz gdzieś wokół kogoś, kto cię prosił?
- Cóż. Myślałem, że ty.
Katrin jęknęła. Na czole jej wystąpiła ciemna żyła, jak zawsze, kiedy się zezłości albo przestraszy.
Kilku ludzi coś zaszemrało, ale zaraz zanurzyło się w sobie.
Ten chłopak się podniósł, ruszył z pięścią do przodu, ale ja zrobiłem unik, dokładnie tak jak ziemia dotąd robi skuteczne uniki przed meteorytami, i on całą tą wściekłą siłą rąbnął pięścią w poręcz. Nie złamał jej, ale mało brakowało.
- Zabiję cię! - ryczał i było jasne, że ryczy na serio.

Gazela głaskała się po uchu i powiedziała, że to niesamowicie zajmujące. Jej mąż Jan przytakiwał, a sos od spaghetti ciekł mu po brodzie.

[s. 105-106]

Napisane to jest strasznie prostym, wręcz prymitywnym językiem, takim trochę w stylu naiwne dziecko obserwuje świat ze zdumieniem, ale co do samej treści, to spoko. Podtrzymuje mój obraz Berlina jako miasta wyluzowanego. Wszyscy mają w dupie ciebie i ty też możesz mieć w dupie wszystkich, a w ogóle, to dla każdego coś miłego. Maciusiu ostatnio wynalazł jakieś oferty mieszkań, z których wynikało, że taniej i fajniej w Berlinie niż w Warszawie. I to nie jest taka głupia koncepcja.

Może ja też tam pojadę, założę punkową kapelę i będzie mi się dobrze żyło?