środa, 15 grudnia 2010

Eustachy Rylski, czyli o mojej ostatniej niemocy intelektualnej

Przeczytałem Warunek oraz Wyspę. Obie te książki już czytałem kiedyś, na studiach, ale o Warunku pamiętałem tyle, że mi się podobał, a o Wyspie nic.

Przeczytałem, leżą jak wyrzut sumienia od dwóch tygodni na biurku, a ja nie umiem zebrać myśli. Wyspa mi się podoba umiarkowanie, jakieś przegadane, przekombinowane te opowiadania; piękne, erudycyjne, ale nie umiem złapać o co chodzi. Za mądre dla mnie chyba.

Warunek natomiast podoba mi się bardzo, ale poza rzuceniem kilku haseł:
  • antyczna tragedia (w zakresie nieuchronności wyborów, niewidzialnej ręki losu kierującej poczynaniami bohaterów);
  • forma w znaczeniu gombrowiczowskim, tyle że w wersji poważnej i tragicznej właśnie;
  • wreszcie skojarzenie bardzo współczesne: Lech Kaczyński - dorabianie człowiekowi wymiaru historycznego, wkładanie go w kostium bohatera, który mu ewidentnie ciąży na ramionach, do którego on nijak nie pasuje; a potem konsekwentne propagowanie tej legendy po śmierci głównego zainteresowanego;
nie jestem w stanie sprecyzować swoich refleksji.

Tak to sobie więc zapamiętam hasłowo, a może kiedyś nadarzy się okazja do ponownej lektury w mniej zapracowanym czasie.

Aha, ale językowo bardzo mi Rylski smakuje. Chirurgiczna precyzja.

środa, 8 grudnia 2010

Wszystko to pic na wodę fotomontaż

Po tym jak napisałem o Dark City, że to rewelka na miarę Matriksa albo i lepiej (czy coś jak to), na fejsiuniu zaprotestował Majk-Wieczny-Malkontent mówiąc, że może z palca sypnąć tytułami znacznie lepszych filmów eksplorujących koncepcję virtual reality. I sypnął. Na część jego sugestii zareagowałem intuicyjnym sprzeciwem - wydawało mi się, że są fundamentalne różnice w podejściu do tego vr pomiędzy nimi a dwoma wymienionymi na początku. Części nie znałem.
Do dziś uzupełniłem zaległości i mogę pokusić się o próbę zestawienia.

Tytuł Czy istnieje "normalny świat zewnętrzny"? Czy bohater dostał się do vr z własnej woli / świadomie? Czy bohater może wyjść z vr?
Andy i Larry Wachowski: Matrix Nie1 Nie Nie2
Alex Proyas: Dark City Nie Nie Nie3
Christopher Nolan: Inception Tak Tak Tak
Richard Linklater: A Scanner Darkly Tak/Nie4 Nie Nie
David Cronenberg: eXistenZ Tak Tak Tak
Cameron Crowe: Vanilla Sky Tak Tak Nie5
Paul Verhoeven: Pamięć absolutna Tak Nie6 Tak
Steven Lisberger: Tron7 Tak Nie Tak
Josef Rusnak: The Thirteenth Floor Tak8 Nie Tak

[1] Jest tak zdeformowany i opresyjny, że wyjście z vr nie stanowi powrotu do żadnej "normalności" w interpretacji widza.
[2] Z powodu opisanego powyżej. Może tylko wpaść z deszczu pod rynnę.
[3] Może przejąć kontrolę nad vr, ale nie ma żadnego "zewnątrz".
[4] Ta sytuacja balansowania pomiędzy narkotycznym odurzeniem a permanentną inwigilacją jest teoretycznie do zmiany, ostatecznie to ludzie sami wygenerowali sobie taki świat, ale w praktyce sytuacja jest beznadziejna. Tak bym widział pesymistyczne przesłanie tego filmu.
[5] Może, pod warunkiem zaakceptopwania rychłej śmierci ze starości, OIDP - tego filmu sobie nie przypomniałem teraz na potrzeby zestawienia, może źle pamiętam.
[6] Generalnie "zamazywanie pamięci" jest operacją dobrowolną, ale akurat ten bohater został jej poddany bez zgody - OIDP.
[7] Tego mi Majk nie sugerował, przypadkiem oglądałem w tym samym czasie i okazało się, że tematyka podobna. Choć oczywiście podejście kompletnie inne i inna realizacja, ostatecznie ten film od pozostałych dzieli blisko 20 lat.
[8] Albo i nie - w finałowej scenie bohater przyjął na wiarę, że wydostał się do prawdziwego świata, nie próbował wyjechać za miasto i jechać do oporu ;)


Po takim zestawieniu podtrzymuję moją opinię, że jeśli chodzi o zupełne podstawy konstrukcyjne opowiadanej historii, Dark City i Matrix są filmami zupełnie innymi od pozostałych. W zasadzie tylko one ukazują vr jako coś nadanego z góry, jako coś, w czym można obudzić się pewnego dnia - to znaczy uzyskać świadomość przebywania w vr, i co gorsza - nie mieć wyjścia z tej sytuacji. w Pozostałych filmach to vr to rodzaj gry, albo wyzwania, przygody, czasem nieporozumienia lub kary, ale zawsze istnieje pewien zewnętrzny świat, do którego można - zwykle z trudem, nie bez przeszkód, z narażeniem życia, ale można się wydostać.
Filmy różnią się także w ocenie tego vr. Są takie, które zdają się mówić (jak 13th floor), że to zabawa niebezpieczna, gra, w którą grać nie wolno - inne (Incepcja) nadają wszystkiemu posmak stosunkowo bezpiecznej, choć oczywiście niepożądanej przez ogół spokojnych mieszczan tej ziemi, awanturniczej przygody, czy nawet pewnego rodzaju luksusu (Vanilla Sky).

Tak czy owak, są to filmy z gruntu inne niż Dark City i Matrix - te bowiem proponują zadać sobie pytanie: "a co, jeśli nasz świat to faktycznie tylko iluzja, i co, jeśli z tej iluzji nie ma wyjścia?".

Z całego tego zestawienia jeszcze tylko dwie pozycje delikatnie wyróżniają się, jeśli chodzi o pomysł: A Scanner Darkly zaskakuje niezwykle mrocznym przesłaniem - to nasz świat my sami (my - w sensie rządy, które wybieraliśmy, wybory, których dokonywaliśmy, dyktowane głupotą, wygodnictwem, lenistwem etc.) zmieniliśmy w vr, z której nie ma już ucieczki; 13th floor finałowym niedopowiedzeniem, bo ja interpretuję je na korzyść filmu jako niedopowiedzenie (można na niekorzyść - jako tandetny happy end) oraz spostrzeżeniem, że to, co kreowane jest wewnątrz vr również w pewnym sensie zasługuje na miano życia.


No, to teraz czekam na majkowe protesty, a tymczasem sobie ku pamięci krótkie opinie o w/w:

  • Christopher Nolan: Inception - znakomita przygodówka. Czysta rozrywka, świetne efekty, prosto rozrysowany plan gry,no naprawdę miodzio. Tylko te wątki rodzinne miejscami nieco przesłodzone.
  • Richard Linklater: A Scanner Darkly - mocne uderzenie. Ogląda się czasami męcząco, z uwagi na "narkotyczne" zachowania bohaterów, ale generalnie warto się przebić, w pesymistyczny sposób daje do myślenia. Godna odnotowania koncepcja graficzna, wcześniej takiej nie widziałem.
  • David Cronenberg: eXistenZ - trochę pierwowzór Incepcji, tylko bardziej odrażający i z małą ilością efektów. Ale ogląda się pysznie.
  • Cameron Crowe: Vanilla Sky - nie pamiętam, dawno oglądałem.
  • Paul Verhoeven: Pamięć absolutna - jw.
  • Steven Lisberger: Tron - niby klasyk, ale zestarzał się brzydko. Czekam na Legacy.
  • Josef Rusnak: The Thirteenth Floor - bardzo ładny film, w zasadzie prawie do końca nie wiedziałem o co chodzi i co jest grane. A na końcu albo rozczarowanie tandetą albo porozumiewawcze mrugnięcie okiem. Ja wolę wierzyć w to drugie. Generalnie warto.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Tyrmand, Leopold: Gorzki smak czekolady Lucullus

Ciekawie układają się drogi młodego neofity morskiego w nieznanym porcie. Jakby nie maszerował krętymi portowymi zaułkami o drewnianych, zmurszałych chodnikach, zawsze trafi do knajpy. [...]
Szwendając się z rękami w kieszeniach, pozornie bez celu, miałem jednak cel, który uświadomiłem sobie znakomicie. Musiałem znaleźć jakiegoś Polaka. [...]
Poznanie odbyło się w sposób niewymuszony.
Po wejściu do brudnej, ciemnej knajpy oparłem się o kontuar i zażądałem piwa. Ogromny, zwalisty jak bryła skalna, Norweg, który wypełniał przestrzeń między kontuarem a półkami, nalał mi piwa i spytał wskazując paluchem, jak żerdź od płotu, na mnie:
- Tysker (Niemiec)?
- No, ikke (nie)! - odparłem trzęsąc głową w straszliwym oburzeniu.
- Who are you? - indagował dalej, tym razem po angielsku.
- Gówno cię to obchodzi - zakończyłem konwersację po polsku, raz, aby się przekonał do reszty, że rzeczywiście nie jestem Niemcem, po drugie, że zaczynał mnie już denerwować.
Na dźwięk tych słów z głębi podniosła się jakaś postać średniego wzrostu, ubrana nie tyle z waszecia, ile z rybacka, o smętnych, niebieskich oczkach, perkatym nosie i najeżonym blond wąsiku pod nim. Pan ten podszedł żeglarskim, kołyszącym się krokiem do mnie, popatrzył mi długo i tkliwie w oczy i zapytał, zaciągając z lekka:
- Co ty tu robisz?
Muszę przyznać, że podobny sposób witania rodaka w okolicach Koła Polarnego na Półwyspie Skandynawskim wyprowadził mnie trochę z równowagi. Powitania ziomków na dalekiej obczyźnie mają być nacechowane entuzjazmem, a nie objawiać się w formie idiotycznych pytań. Toteż odparłem niedbale:
- Czekam na siedemnastkę...
- To ty z Warszawy - zaopiniował pewnie mój rozmówca.
Na to zgodziłem się bez wahania.
[s. 75-76]

I takich to wesołych fragmentów w książce można znaleźć ze dwa, może trzy. Opowiadań łącznie jest 10, na stron łącznie 325, nadają się zaś do czytania 3 "morskie": Kajaluk, Niedziela w Stavanger i Tübingen ma białe kominy.

Te są chropowate, kanciaste, jakby grubo ciosane językowo, ale da się je czytać z niejaką przyjemnością. Pozostałe sprawiają wrażenie pogadanek ze Sztandaru młodych - drętwe, moralizatorskie, napuszone, przegadane i nadal niezgrabne językowo. Wcześniej czytałem Tyrmanda Złego i Dziennik 1954 i jestem rozczarowany jak cholera.
 

Paula i Karol: Overshare

Słucham od 2 dni i nie mogę przestać. Permanentny banan na ryju. Dawno tak nie miałem :)

Bo to było tak. Jakoś w okolicach wiosny Stefan mnie zapytał, czy słyszałem Paulę i Karola, i że to ten sam Karol, który jest w Stanie Miłości i Zaufania. Nie słyszałem, więc od razu zajumałem od Stefana Goodnight Warsaw EP, chwilę później pobiegłem na koncert w ramach pikniku Gazety w Królikarni... no i słów brak. Muzyka, która nawet nie to, że pasuje do lata, ona generuje lato w każdym miejscu i każdym momencie gdzie zabrzmi. I to nie byle które lato. To najlepsze, najbardziej beztroskie lato, kiedy miałem 17 czy może 18 lat, długie wakacje, brak było życiowych obciążeń typu praca a kieszonkowe w sam raz wystarczyło na korzystanie z tej beztroski. Przyjaciele byli dookoła, może jakaś największa miłość mojego życia też, a może właśnie ją poznawałem albo przyjaciele pomagali mi zapomnieć po rozstaniu z nią, to zresztą nie takie ważne. Mieliśmy plany, najlepszy i najbardziej niezwykły wyjazd przed nami, przygoda za każdym zakrętem, rozmowy nocami tak pełne treści i znaczeń, że dziś trudno sobie wyobrazić, że ich się tyle mogło zmieścić w tych krótkich godzinach pomiędzy późnym zmrokiem a wczesnym świtem.

Nie wiem zresztą czy takie, dokładnie tak beztroskie i pełne możliwości lato kiedykolwiek mnie spotkało, ale znowu: to nie takie ważne, Paula i Karol odtwarzają je w postaci archetypicznej - to jest lato, które chcę pamiętać, którego potrzebuję, kiedy dookoła piździawa, praca dziś skończyła się późno a jutro zacznie wcześnie, w portfelu niedostatek hajsu a o szansie na miłość mojego życia przypominają mi tylko te wszystkie amerykańskie romantyczne komedie, w których on czy ona, w sensie ten właściwy on czy ona pojawiają się w okolicach czterdziestki, że niby nigdy nie jest za późno.

No i tak się zaczęło. A potem na przykład pędziłem jak dziki prosiak na Jarocin w piątek na godzinę 15:00 żeby ich posłuchać1, a kopie EP-ki trzymałem na telefonie, w radiu samochodowym, w mp3-ce oraz na komputerze w domu i w pracy, żeby przypadkiem nie znaleźć się nigdy w sytuacji, kiedy zostanę bez tej muzyki pod ręką.

W sobotę byłem na ich koncercie w ramach re:wizji - mnóstwo ludzi, beztroska zabawa, podskoki, uśmiechy na twarzach. I długo oczekiwana przyjemność - premiera płyty. Wróciłem z zabaw wszelakich do domu o 4 rano, a do szkoły miałem wstawać o 6:30, ale przed pójściem spać jeszcze usiadłem i zgrałem sobie nowy nabytek do mp3, żeby mieć na długie wykładowe godziny następnego dnia :)

Cóż, można oczywiście zarzucić tej płycie, jak i całemu zespołowi, że muzyka to takie plumkanie, żaden przełom na światową skalę. I że teksty proste, w sumie o wszystkim i o niczym. Ale to plumkanie i prostota jak dla mnie stanowią siłę całego projektu, to one generują ten ładunek radości i beztroski, to one sprawiają, że ludzie bujają się z uśmiechami na ustach na koncertach.
Na płycie troszeczkę tego ładunku energii zniknęło, trochę za sprawą nowych aranżacji - na przykład Goodnight Warsaw w wersji z EPki, surowej (opis ze strony - casiotone version - mówi wszystko), wydaje mi się lepsza niż dopracowana w rytmach country wersja z płyty. Trochę też pewnie za sprawą doboru piosenek - tego, że na płycie nie ma 5, 6, 7, 8 żałuję okrutnie.
Ale tak czy inaczej, produkcja jest to pyszna. Kawałek lata w środku zimy.


A (prawie) wszystko jest do posłuchania tutaj: http://www.myspace.com/paulaikarol


[1] Chociaż reszta świata zjeżdżała tam dopiero na 20 na Comę. I na Masturbatora, jest ofiara będzie msza!

wtorek, 23 listopada 2010

Terry Pratchett

Pryzma [kompostu - ww] obróciła się i zaatakowała kwestora.
Magowie cofnęli się nieco.
- Nie jest chyba inteligentna, prawda? - upewnił się kwestor.
- Ona tylko przesuwa się powoli i wyżera, co złapie - uspokoił go dziekan.
- Wystarczy wsadzić jej spiczasty kapelusz, a nadawałaby się do grona profesorskiego - mruknął nadrektor.
[s. 149-150]

To cytat z Kosiarza, produkcji średnio udanej. Ostatnio łyknąłem także Blask fantastyczny - całkiem OK, Pomniejsze bóstwa - wyjątkowa słabizna i Ciekawe czasy - bardzo OK. W kolejce czeka jeszcze Piekło pocztowe1 i chyba na jakiś czas mi Pratchetta wystarczy. Lubię bardzo, ale ileż można się bawić?



[1] Dopisek z po przeczytaniu: bardzo mało magiczne ale bardzo fajnie napisane.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Aga Zaryan koncertowo - 20.11.2010

Byłem na koncercie w ramach festiwalu Niewinni Czarodzieje i muszę zanotować sobie uwagę uzupełniającą do mojego poprzedniego, dosyć chłodnego kontaktu z Agą Zaryan, przy okazji przesłuchiwania płyty Umiera piękno.

To jaki ona ma głos i jak potrafi śpiewać, i jak wykonuje improwizacje przechodząc od jednego jazzowego standardu do drugiego, to jest w ogóle jakiś wyższy poziom muzycznego nieba.
Kocham ją prawie tak mocno jak Karolinę Cichą.

Tylko repertuar nieco rozczarowujący, bo spodziewałem się więcej zapowiadanej w tytule koncertu Kaliny Jędrusik, ale nie ma co narzekać, ten głos rekompensuje wszystko.

piątek, 19 listopada 2010

Słobodzianek, Tadeusz: Nasza klasa

http://wyborcza.pl/1,106967,8104096,Tadeusz_Slobodzianek__Chce_komplikowac_odpowiedzi.html

"[...] próbuję zadać pytanie: dlaczego to, co się wydarzyło w lecie 1941 r., nie tylko w Jedwabnem czy Radziłowie, lecz także w rozmaitych wariantach w dziesiątkach miasteczek polskich, tak mnie tak dręczy? I tym swoim napięciem na ten temat chcę się podzielić z czytelnikiem czy widzem."

No dobra, ale to pytanie było już wielokrotnie stawiane w toku dyskusji.


"Ale nie jest moją rolą odpowiadać na te pytania. Moją rolą jest je postawić."

No to chyba diametralnie inaczej widzimy rolę pisarza. Bo ja bym chciał żeby pisarz był niejako przed czytelnikiem, prowokował do myślenia - jeśli pytania nie zostały jeszcze postawione, to je stawiał, ale jeśli zostały już postawione wiele razy, to choć próbował na nie odpowiedzieć.


http://wyborcza.pl/1,75402,8458926,Nike_2010__Co_sie_stalo_z_tamta_klasa_.html

"Nagradzamy go za sposób, w jaki o tym mówi, za formę dramatu, który w sposób wstrząsająco prosty, a jednocześnie niesłychanie przemyślany kreśli historię katów i ofiar, morderców i mordowanych."
Wstrząsająco prosty a jednocześnie niesłychanie przemyślany? Słodki jezu, ja czytałem ten sam tekst? Niesłychanie przemyślany? Najbardziej oczywisty z oczywistych, walący konstrukcją postaci po gębie jak sztachetą z płotu wyrwaną! A cały ten motyw klasy mógłby posłużyć do zadania jednakowoż pytania o genezę, o początek tej rysy, ale nie, nic, cisza, słoneczna klasa, było pięknie, i nagle bum, takie rozłamy jak grom z jasnego nieba. 



Dobra. Podsumowując - nic nowego w treści i nic wielkiego w formie.
No ja w tym nie widzę Nike. Mam wrażenie, że to nagroda bo tak wypada - spora część tej okołojedwabnej dyskusji rozgrywała się pod patronatem Agory, do tego elegancko wyglądająca pierwsza Nike w historii dla dramatu, jury przechodzi do historii jako podejmujące odważne decyzje.

Ale ponieważ naprawdę, naprawdę kompletnie nie znam się na utworach dramatycznych, to może być tak, że po prostu nic nie zrozumiałem i narzekam.
Może być też tak, że jakaś ukryta moc wylezie z tego tekstu kiedy zostanie wystawiony na scenie. Póki co, nico.


Update 04.01.2011. Przeczytałem to: http://przekroj.pl/ludzie_rozmowy_artykul,8010,2.html i dalej nic.

Nahacz, Mirosław: Niesamowite przygody Roberta Robura

Gdyby to była skończona, domknięta przez autora powieść, to napisałbym tak:

1) Znakomity pomysł na świat przedstawiony - wciągający, intrygujący totalitarny świat Światła i Telewizji, który, co ciekawie wymyślone, nie jest jednak światem spójnym - potęgi go tworzące z czasem odsłaniają się jako rywalizujące a nawet skonfliktowane.

2) Bardzo fajnie opisany sam proces przejmowania władzy nad mieszkańcami miasta; proces u którego podstaw leżą nie tylko zręczna socjotechnika i przemoc fizyczna, ale też lenistwo tych, nad którymi władzę się przejmuje. Państwo totalitarne rodzi się w sporej części w skutek bierności samych obywateli.

3) Jak zwykle naprawdę zręczna, zgrabna, plastyczna fraza, na którą od pierwszej przeczytanej książki Nahacza zwróciłem uwagę i która mi się nieodmiennie podoba.

Ale:

4) Kompletnie zjebane wszystko pozostałe.

Początek i koniec całej historii nie mają sensu. W dobrze wymyślonej fikcji stworzony świat jest niejako self-explaining - historia wyjaśnia czemu jest jak jest, oczywiście nie wszystko zawsze jest wyjaśnione jak u Tolkiena, z tysiącletnimi mitologiami, ale generalnie nie zostaje po lekturze nieprzyjemne wrażenie typu "ej, ale to się wszystko kupy nie trzyma, czemu tak?". A tu zostaje.
Miałem wiele razy w całym tekście takie wrażenie, że autor zaplanował historię, rozpiął jej ramy tak, jakby chciał nakreślić świat znacznie bardziej kompleksowy. Ale nie starczyło mu czasu albo konceptu na wypełnienie tych ram.


5) A nawet ten język czasami zawodzi. Tekst wygląda trochę jak smutna próba napisania trzymającej w napięciu prozy sensacyjnej. Przeskoki czasowe, flashbacki i flashforwardy, zmiany miejsc, gwałtowne wejścia nowych bohaterów, przeróżne triki techniczne, to wszystko jest napisane po prostu nieudolnie. Drobne porcje tej historii są doskonałe, ale złożone w całość po prostu nudzą; nadmiarowość niewyjaśnionych historii, dopowiedzeń, dygresji, to wszystko razem się po prostu rozlewa, pęka w szwach. Wrażenie to potęguje się pod koniec - wygląda to trochę tak, jakby sam autor stracił wizję tego tekstu i jakby poddał się, złożył broń, dopisał zakończenie byle jakie i bez sensu, żeby tylko odepchnąć to wszystko od siebie jak najdalej.
Za każdym razem kiedy ekran gasł, Mistrz czuł, jakby coś umierało. "Nie, proszę, jeszcze trochę, nie gaśnij" - myślał i zawsze przez kilka sekund, kiedy monitor już nie świecił, był znowu smutnym robotnikiem, który nie znajduje w sobie siły, żeby się poruszyć. Teraz wpatrywał się w ekran i widział swoje odbicie.
"To jego powinniśmy widzieć na niebie, jego i nikogo więcej. Wszyscy powinniśmy go widzieć, ale tylko ja powinienem z nim rozmawiać" - myślał.
On kochał Kontura.
Otworzył skrzynię z numerem piątym. Znalazł w niej gumową maskę pluszowego misia, który byłby całkiem słodki, gdyby nie czerwone oczy i ostre metalowe zęby, doprawione w taki sposób, że stawały się groźną bronią.
Mistrz nie rozumiał tego przedmiotu. Mistrz kochał Kontura.
[s. 385]
Maska posłuży mu kilka stron później (lub wcześniej, nie pamiętam) do poderżnięcia komuś gardła. I tak co chwilę kawałek kompletnie niewytłumaczalny z żadnego punktu widzenia.

***

Ale ponieważ biografia autora nie pozwala mi traktować tego tekstu jako domkniętego, skończonego, to zwalę wszystkie niedociągnięcia właśnie na to "niedokończenie". Chociaż to nieprzyjemne wrażenie "pękania", niespójności, miałem już przy lekturze Bociana i Loli, więc może to niestety taka ułomność autora, że nawet przy skończonych tekstach nie do końca był w stanie nad nimi zapanować? Żeby taką krytykę przeprowadzić, chyba potrzebowałbym jednak większej próby dłuższych tekstów, a na to z wiadomych względów nie ma szans.
To jeszcze tylko jedna złośliwość na koniec: ja bym erudycyjnych wtrętów pochodzących z innych tekstów czy z piosenek nie opatrywał wyjaśniającymi przypisami. Połowa zabawy ucieka.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Nahacz, Mirosław: Bocian i Lola

A to, to już kompletna porażka. Nie byłem w stanie doczytać do końca.
OK, nadal na poziomie pojedynczej frazy Nahacz jest znakomity, ale już na poziomie akapitu to sie w ogóle kupy nie trzyma. Czytam i kompletnie nie rozumiem.

Anna K. w Amsterdamie powiedziała coś o badaniach, jak pająki tkają sieci pod wpływem różnych narkotyków. Znalazłem wtedy taką stronę z obrazkami:
http://www.trinity.edu/jdunn/spiderdrugs.htm
i teraz mam skojarzenie z siecią po LSD: każda nitka z osobna jest ok, ale nie ma żadnych połączeń między nimi, sieć jako całość nie funkcjonuje.

Ani nie jestem w stanie czytać tego z przyjemnością, ani nie jestem w stanie ogarnąć o czym do cholery ciężkiej w ogóle jest mowa. W połowie książki odpuściłem, bo nadal rozumiałem tylko, że jutro ma przyjść Lola, czyli dokładnie tyle samo, ile po przeczytaniu notki na okładce.

No nie, zdecydowanie mogłem się wcześniej przestac obrażac na Nahacza, nie miałem o co.

PS: Z drugiej strony, jeśli chwilę zaczekam, to pewnie prędzej czy później jacyś młodzi poloniści zorganizują elegancką konferencję o zasięgu międzynarodowym a w najgorszym wypadku chociaż krajowym, na której to konferencji zostanie odczytany szereg nahaczologicznych referatów, odbędą się panele dyskusyjne i debaty, a po wszystkim zostanie wydany odpowiednio gruby tom pokonferencyjny, który to tom ostatecznie udowodni mi, że się mylę całkowicie. A może taka konferencja już się odbyła? W takim razie dobrze, że zdążyłem przeczytać Nahacza zanim przeczytałem ten tom analiz - mam chociaż chwilę na to, żeby mi się po prostu nie podobało.

***

Napisałem co wiedziałem, a Stefan mi na to:
"no właśnie ta książka na końcu jest zajebista. efekt końcowy - nagle salto mortale i błysk. warto doczytać, bo też tak miałem - nie mogłem doczytać a potem wow :)"

No to wstrzymałem się z oddawaniem do biblioteki i doczytałem do końca. I podtrzymuję. OK, w zakończeniu jakoś tam ujawnia się koncept tej książki, że niby to jakieś terapeutyczne wspomnienia czy inne ekspiacje, katharsis albo okolice, tak ja bym to rozumiał, ale kompletnie nie wpływa to na odbiór całości. Może to i terapeutyczny bełkot, a może bełkot z jakimś innym pomysłem, którego to pomysłu ja nie umiem rozpoznać, ale to nie zmienia faktu że nadal bełkot. Także jeśli ktoś szuka argumentów za tym żeby się zapoznać, to sugeruję raczej rozmowę ze Stefanem, jego zdaniem to "wow" ;)

Nahacz, Mirosław: Bombel

Karczak miał śmierć jak z filmu sensacyjnego, nie wystarczył nawet jeden samochód, i jestem pewny, że gdyby przeżył te koła, które go rozjeżdżały, potem chwaliłby się i mówił, że nawet jak go dwa samochody, czyli osiem kół, przejechało, to, kurwa, nic mu nie zrobiły, bo on nie z tych pedałów, co polskiemu FSO dają dupy i jeszcze dziękują potem, a na końcu grzecznie umierają, żeby się nie wydało, że w FSO pracują pedały, a największym pedałem jest prezes tej firmy na równi z konstruktorem poloneza. Bo polonez to podobno był pierwszy samochód, który wjechał w Karczaka, a potem odjechał. A jemu się nawet rzeczywiście mogło nic nie stać, lekko go mogło puknąć, tyle że był już zmęczony i strasznie mu się chciało spać, tak więc zasnął na drodze tam, gdzie się przewrócił, i spał smacznie, bo noc była ciepła, ale następne auto to był maluch i dwóch dzieciaków w środku, przejechali po nim jak po wyboju na drodze bo Karczak miał czarny płaszcz i jak zasnął tam, na drodze, przykrył się nim szczelnie i był z niego Dejwid Koperfild albo inny Czarnoksiężnik z Krainy Oz, bo zniknął całkowicie i wtopił się w asfalt. Ci chłopcy całkiem się zdziwili, że jadą sobie normalnie, muzyczka gra w tle, kobiety czekają na dyskotece, zaraz będzie taniec, kolory stroboskopu i macanie, a tu nagle wyboje akurat w tym miejscu, gdzie ich nigdy nie było, no i lekka wtopa, bo okazało się, że nie żadna dziura, żadne nierówności i fałdowania ani ruchy górotwórcze, tylko śpiący, a potem umierający albo od razu nawet nieżywy Karczak, który tak już chyba nie żył, że bardziej się nie dało. No ale skończył we śnie i może nawet nie zauważył, miał ewidentne szczęście, że śmierć przyszła do niego, jak spał.
Ja widziałem potem po twarzy, jak już leżał w pokoju i całe pomieszczenie pachniało lekko nadgnitymi owocami, tylko bez fermentu, jakby została sama ta słodkość, i on leżał na środku jak ważny pan, trzymał w ręku zapaloną gromnicę i był ubrany w lekko spłowiały garnitur i papierowe buty, akurat do trumny, a twarz miał taką, że musiał umrzeć we śnie, i na pewno śniły mu się do tego jakieś dziewczynki, które tańczą wokół niego i siadają mu na kolanach, a on wtedy może na to odpowiednio zareagować i działa mu to, co trzeba, i w ogóle jest jak w reklamie piwa. I ta jego rubasznie zadowolona twarz nijak się miała do jego żony, która chodziła zapłakana, do ludzi, którzy klęczeli wokół, bo tak naprawdę wyglądał, jakby mu jakaś anielica w tym niebie robiła najnormalniej laskę, a on był najwyraźniej połączony jeszcze z tym ciałem, ono jeszcze odbierało to, co działo się z jego duszą. No ale należy mu się i życzę mu, żeby w jego niebie było tak, że dwadzieścia anielic jest oddelegowanych tylko do tego, żeby zabawiać Karczaka w sposób ziemski, z pięć, żeby mu nalewać wino, i ze dwie, żeby tańczyły przed nim nago taniec brzucha. Ale potem zamknęli jego trumnę, żeby nie było widać, co chodziło mu po głowie, jak spał naprzeciwko ośrodka zdrowia, jaki był szczęśliwy, i może nawet ten moment śmierci zbiegł się z innym momentem w jego śnie, równie wybuchowym.
[s. 78-80]

Drugi Nahacz wszedł mi znacznie lepiej niż pierwszy - bo i napisany jest zgrabnie, i, w odróżnieniu od pierwszego, udało mi się odnaleźć w nim trochę treści.
Napisany jest zgrabnie, choć już nie tak zgrabnie jak pierwszy. Tak jakby język nieco nie utrzymał konceptu. Nahacz jest (był; żeby nie było, że pomijam szczegół biograficzny, ale lepiej mi się komentuje w czasie teraźniejszym, więc przy nim zostanę) dobry w produkowaniu mowy pijackiej, strumienia świadomości, swobodnego ciągu skojarzeń i dygresji, opakowanego w przepiękne fajerwerki stylistyczne. Osiem cztery udowodniła, że taka mowa "sama mu się pisze", tyle tylko, że to jest jednak mowa pijackiej inteligencji.
Nie wiem jak to ująć, bo do tradycyjnego rozumienia słowa inteligencja pozostaje tu spory dystans, ale mimo wszystko: Nahacz piszący Osiem cztery to gość obyty kulturowo, z pewnym bagażem przeczytanych książek, obejrzanych filmów, z wykształceniem średnim, który jakoś w czasie tworzenia tego tekstu zaczął studia humanistyczne na UW. I narrator w Osiem cztery to postać z tego samego kręgu kulturowego - nawet jeśli chleje i ćpa gdzieś po krzakach, to jego pijackie dyskusje pozostają na innym poziomie językowym i tematycznym niż pijackie dyskusje, które można usłyszeć pod gieesem we wsi w powiecie grójeckim.
Tymczasem Bombel (jak się można domyślać, główny bohater i narrator Bombla) to raczej ten drugi typ postaci, i kiedy przemawia pijackim językiem konstruowanym przez Nahacza, czuć w nim delikatną nieautentyczność.
No dobra, ale ten niewielki zgrzyt wpływający na przyjemność obcowania z tekstem nie zmienia faktu, że w drugiej książce dostałem w końcu bohatera, który jest. Który mówi i znaczy.
Bombel samym swoim istnieniem, nawet nie tym, co mówi, nie tymi historiami o swojej wsi, znajomych, sąsiadach, turystach, wycieczkach do miasta, ale samym sobą stanowi smutną diagnozę polskiej wsi - tej ostatniej, najbardziej zapomnianej kategorii wsi, na którą można czasami zabłądzić, jak się bardzo zjedzie w bok ze szlaków turystycznych. Tej wsi, na której może jeden gospodarz jeszcze pracuje, jeszcze jakoś mu się chce i opłaca zbierać jabłka i wozić do skupu, a pozostali juz tylko egzystują, z rozpędu wstają codziennie rano, jedzą, chociaż głównie to już tylko piją, od czasu do czasu się rozmnożą, z kimś porozmawiają, idą spać. Tej wsi, która pojawia się gdzieś w tle Wesela Smarzowskiego czy ostatniej powieści Tokarczuk, a której tutaj oddany został główny głos.
Nie jest do głos dla mnie nowy, nie jest szczególnie odkrywczy, więc i mój zachwyt Bomblem na poziomie opowieści jest umiarkowany, ale dobrze, że po rozczarowującej w tym temacie Osiem cztery jakiś głos się w ogóle pojawił.
Osoby bardziej wprawione w interpretacjach mogą sobie dobudować piętro drugie w dwojaki sposób: po pierwsze zauważając fakt, że ta wieś, w osobie Bombla, mówi, ale nikt jej nie słucha, mimo nadziei i próśb na przystanku nikt się nie pojawia; po drugie rozważając na ile Bombel jest krytyczny wobec tego funkcjonowania wsi na granicy rozkładu, a na ile stanowi sentymentalną pochwałę pewnego ginącego rodzaju ludowej mądrości. Ale to jesli komuś się chce. Ja się nie poczułem wystarczająco zainspirowany. A może po prostu jestem zbyt leniwy, opcjonalnie zbyt ograniczony intelektualnie.

środa, 10 listopada 2010

Nahacz, Mirosław: Osiem cztery

Oczekiwanie potwornie męczyło, bo czas jak zwykle szwankował. Mogliby go kiedyś porządnie naprawić. Chciałem coś powiedzieć, ale czułem się tak, jakbym zapomniał wszystkich słów. W końcu się udało.
- A co tam pojutrze w szkole? - Na filmach tak się czasami zdarza, że wszyscy jednocześnie obracają głowę, żeby spojrzeć w to samo miejsce. Robią to szybko, ale wygląda tak, jakby robili powoli. No właśnie, bo szkoła to temat zabroniony, nigdy się o niej nie mówi, nawet nie wspomina, zwłaszcza na imprezach, a to, jakby nie patrzeć, była zajebiście duża impreza. Zgłupieli trochę, bo zrobiłem to bardzo perfidnie. Nie mogłem jeść grzybów, nie starczyło dla mnie, to proszę bardzo. Zaserwowałem im coś bardzo niemiłego - pamięć. Patol miał zdawkę z polskiego, a nigdzie nie było do kupienia trawy. Tylko hasz. Hasz jest cięższy i po nim Patol z odpowiedziami na polskim nie bardzo, wyszłyby za mądre, nawet dla polonistki. Musiał na żywca. Mógłbym tak wyliczać. Ludzi i przedmioty. Przez kilka sekund myśleli tylko o tym, próbowali jeszcze się śmiać, ale potem już się nie dało. Wyglądali jak zaszczuci. Zrobiło mi się ich szkoda, dlatego nie trzymałem ich długo w tym stanie.
- E tam, będzie jedzie spoko oko. Nie ma co się dupczyć, no nie? - To był jeden z tych zwrotów, które nie znaczą absolutnie nic, semantycznie doskonale puste. Ale przestali myśleć już o szkole, zapomnieli, to strasznie łatwo przychodzi.
[s. 26]

Przestałem się obrażać na Nahacza. Obrażałem się, bo był rok młodszy ode mnie i swoim pisaniem udowadniał i podkreślał mój doskonały brak zdolności twórczych. Ale teraz już się z tym moim brakiem jakby pogodziłem, więc i obrażanie się na zdolniejszych mi przeszło. Nie na wiele się autorowi ta pośmiertna rehabilitacja przyda, ale też zakładam, że niewiele by go obchodziło moje obrażanie za życia, gdyby o nim w ogóle wiedział, a że nie wiedział, to nawet lepiej, pozostałem niezauważony jak ninja, chociaż to jedno mi się udaje.
Przestałem się obrażać, wypożyczyłem sobie wszystkie cztery tytuły i już od początku nie wiem, co myśleć.
No bo z jednej strony napisane jest to rewelacyjnie. Płynnie. Stasiuk na ostatniej stronie okładki komentuje, że "rzeczywistość nabrała ochoty na wypowiedź i w tym celu wybrała sobie Nahacza", i faktycznie - słodki jezu, jak jemu się pięknie pisze! Jakby bogowie literatury mu podpowiadali kolejne wyrazy i zdania.
A z drugiej strony... to manifest pokoleniowy jest? Diagnoza społeczna? Po prostu opis bibki jakich wiele bez szczególnych szerszych ambicji? O czym nas to poucza, ja się pytam? Co ja mam z tego tekstu wyciągnąć, poza samą niezwykłą przyjemnością czytania? Bo czytam i nie widzę. Zjaraliśmy się, schlaliśmy, siedzimy, gadamy o tym, jak to sobie zwykle chlamy i jaramy. No ok, każdy tak kiedyś miał, miewał, po czym z tego wyrósł albo nie wyrósł, co się stało z wyrośniętymi każdy widzi, co się stało z niewyrośniętymi każdy wie, no i co dalej? Jednak mi brakuje sensu. Wyraźnego morału. Bo jestem zachwycony, ale trochę ten zachwyt jest na luźnym biegu.

wtorek, 9 listopada 2010

Ondříček, David: Samotni

Z dziesięcioletnim opóźnieniem, ale w końcu łyknąłem ten prze-mistrzowski film.

Chociaż w obecnej chwili jest on dla mnie całkowicie nieprzyjazny ideologicznie, bo staram się z całych sił wierzyć w tezę przeciwną od zadanej i realizować ją z oddaniem, to i tak obejrzałem z przyjemnością.

Swoją drogą, zastanawiam się, jak by wyglądała diagnoza pokoleniowa przygotowana w tym filmie 10 lat później - z uwzględnieniem całego zjawiska social networking, które przecież rozwinęło się dopiero kilka lat po nakręceniu Samotnych.



Z drugiej jednak strony, to chyba wszystko wina Kurta Cobaina albo nie wiem, kogoś innego dawno temu w Ameryce, w każdym razie wszystko musiało się zacząć już dawniej, bo ci ludzie w Samotnych są dziwnie znajomi, dzisiaj chyba wszyscy wyglądamy i zachowujemy się tak samo, tylko jest więcej możliwości żebyśmy sobie to nawzajem pokazywali. Dzisiaj żeby być emocjonalnym ekshibicjonistą nie trzeba pracować w radio.

To się na koniec jeszcze tylko zachwycę postacią Roberta (Jiří Macháček) - konceptem, wykonaniem, tekstami, i ogólną wymową, zwłaszcza w kontekście niedawnej legalizacji narkotyków w Czechach. Scena z "ostatnim jointem"? - nie mam pytań!

Aha, i na marginesie - odruchowo ściągnąłem sobie angielskie napisy, ale chyba do czeskiego filmu polskie tłumaczenie byłoby lepsze. Trzeba zapamiętać.


Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Samotni-2000-1381

poniedziałek, 8 listopada 2010

Proyas, Alex: Dark City

Czemu ja o tym filmie wcześniej nie słyszałem?

Zupełnie niezasłużenie zapomniana1 produkcja. Koncepcja, która rok później została nieco przetworzona i podbiła świat pod nazwą Matrix. Tyle, że w Matriksie została niemiłosiernie rozciągnięta, do trzech potwornie długich filmów, a tutaj mieści się zgrabnie w niecałych dwóch godzinach.
Oczywiście na poziomie efektów specjalnych Dark City produkcji Wachowskich nie doskakuje do sznurówek, ale poza tym - zwłaszcza jeśli chodzi o klimat, o stworzenie przytłaczającego, osaczającego nastroju miasta-pułapki, świata bez wyjścia - konkuruje z tym hiciorem godnie.
No, tak, zakończenie jest nieco naiwne, ale czy da się taką koncepcję fabularną przeprowadzić bez odrobiny naiwności? A i tak uważam, że mogło być gorzej, na przykład finałowa scena mogłaby zawierać mniej dystansu, niepewności, przypadkowości, więcej optymizmu - i kompletnie spieprzyć efekt. A tutaj proszę, nie tak szybko z tą wielką miłością pokonującą wszelkie bariery, i jak ładnie się historyjka kończy?

A, no i jeszcze całkiem sympatyczna wersja Sway jako bonusik. Nie ma oryginalnego teledysku, to chyba czyjś amatorski montaż jest, ale naprawdę daje radę:





Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Mroczne+miasto-1998-4885

1 Powinna być naprawdę popularna i szeroko znana. Ale może jest, tylko ja jak zwykle się nei zorientowałem. W takim razie zdanie niepotrzebne, skreślić.

sobota, 6 listopada 2010

Rylski, Eustachy: Człowiek w cieniu

Zasmakował w dziwkach. W połowie studiów zanurzył się w kurewstwie i tak już zostało. Nie miał innych kobiet i ich nie pożądał. To nie była tylko sprawa wygody, szybkości czy perwersji. To była niechęć, a nawet niemożność podjęcia jakichkolwiek zobowiązań w tym względzie.
Wspominając zobowiązania, nie należy wszakże sądzić, że dotyczyły one narzeczeństwa, małżeństwa czy, nie daj Bóg, przyszłej rodziny. Tak daleko nie śmiał nawet myśleć, gdyż myśl taka mogła by być sama w sobie śmiertelnie dla niego niebezpieczna. Dotyczyło to sytuacji dużo mniej groźnych. Wspólnego spaceru, kina, obiadu, nawet rozmowy.
Podejrzenie, że mógłby z własnej, niepojętej woli poddać się rytuałowi, powtarzać nudę, a więc udrękę wielu młodych mężczyzn, budziło w nim rozbawienie. Ze współczuciem przyglądał się w parkach, knajpach, domach i na ulicach parom młodych ludzi spętanych tą nitką niewyobrażalnej nudy, tą mdłością, przedwstępnością, tym obłudnym człowieczeństwem, które w tych kwestiach miałoby nas różnić na przykład od zwierząt. Był wolny od takiego przesądu.
[s. 54]

Pociąga mnie niesamowicie sterylny styl Rylskiego. Jakoś tak są skonstruowane jego zdania, akapity, że kojarzą mi się ze skalpelem i mikroskopem, z inżynierią precyzyjną. Są krótkie i zdecydowane, a jeśli mają jakieś ozdobniki, to dopracowane w najdrobniejszym detalu.
Co do treści natomiast, to mniej mnie zainteresował główny wątek, związany z grą wyobraźni, z balansowaniem na granicy rzeczywistego i wyobrażonego, i z koniecznością mierzenia się z rzeczywistymi konsekwencjami niepowstrzymanego w porę wyobrażenia, a bardziej leżący u podstaw tego wyobrażenia ogrom nudy.
Takiej ogólnożyciowej nudy, braku pasji, braku celu, braku pomysłu na siebie i świat dookoła. Trochę przerażające, jak tak sam na siebie patrzę ;>

poniedziałek, 25 października 2010

Skolimowski, Jerzy: Essential Killing

No to tak. To na początek pozytywy: znakomite zdjęcia. Przejmująca muzyka, czy raczej dźwięki, bo jakoś motywów muzycznych nie jestem w stanie sobie odtworzyć, tylko właśnie pracę dźwięku, pisków, szumów, wytłumień, takich tam.
No i (w ograniczonym zakresie, bo to pozytyw z negatywnymi konsekwencjami, na to mi wyszło) zmuszający do zastanowienia pomysł na głównego bohatera, o którym nie wiemy w sumie nic. Ukrywa się, musi zabić, żeby przeżyć, i tak go poznajemy. Ale czemu się ukrywał? Czy w wojnie ouczestniczył z przymusu, z własnej woli, ze szczerej wiary, z przypadku? Czy zabijał wcześniej, kiedy nie musiał? I czy to ma znaczenie?

Dla mnie ma, stąd minusy: teza o tym, że w każdym z nas potencjalnie tkwi zdolność zabijania dla ochrony własnego życia jest tak oczywista, że nie zasługuje na film. Zasługiwałaby, gdyby była z komentarzem wartościującym, do którego możnaby się odnieść. Komentarza jednak nie ma. Z jednej strony są wstawki retrospekcyjne, szczęśliwa rodzina, z drugiej strony, w tle tych wstawek słychać zagrzewające do walki wezwania muezina. Z jednej strony kobieta w niebieskim pojawia się w sennych marzeniach, z drugiej "straszy" w lesie jak wyrzut sumienia, jak ścigająca wina.

Do ostatnich chwil miałem wrażenie niedopowiedzenia, ale niestety nie takiego niedopowiedzenia, które mnie zmusza do refleksji, tylko takiego niedopowiedzenia, jakby mówiący nie umiał nic powiedzieć albo nie wiedział co powiedzieć. Wrażenie wydmuszki. W ostatnich minutach filmu jednak osłabłem zupełnie - scena z zakrwawionym białym koniem rozłożyła mnie na łopatki. Jak niedopowiedzenie można zrobić jednocześnie tak boleśnie, tak łopatologicznie dosłownym, ja się pytam?



Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Essential+Killing-2010-556399

Pilch, Jerzy: Miasto utrapienia

Ostra żena, w porównaniu z poprzednią. Koncept słaby, tekst bez polotu, fraza, nawet ta słynna pilchowska fraza - przekonstruowana i wiejąca pustką.
Co za groza.

I chyba tak już zostało, nie? Pamiętam, że czytałem Marsz Polonia, nie wiem czemu nic nie napisałem, może to było jeszcze przed tym, zanim zacząłem zapisywać? I pamiętam wrażenie jakiegoś potwornego dna, słabizny nie do obronienia. Także chyba będę stał na stanowisku, że Pilch się skończył gdzieś w okolicach Mocnego Anioła.

Pilch, Jerzy: Pod mocnym aniołem

Kiedy zatem Szymon obudził się ze snu nieoczekiwanie głębokiego, zdumiony był tym, co się dzieje, skąd o tej porze, skąd w takim stanie tak głęboki i spokojny sen? Wstał, podszedł do okna i otworzył okno, była mroźna wigilijna noc, niedaleko świt. Niebo złożone było z miliardów równo ułożonych butelek, miliardy strumieni skandynawskiej wódki czystej wylewały się z miliardów otwartych i zarazem wiecznie pełnych butelek, centymetrowa warstwa alkoholu pokrywała wszystko: księżyc, gwiazdy, śnieg; kosmos pachniał czystą skandynawską. Szkło cichutko dzwoniło, potem były lecące jak aeroplan sanie, w saniach siedział w złotym dresie Bóg.
- Dlaczego jestem nieszczęśliwy? - zapytał Szymon.
- Tak wyszło - odpowiedział Bóg - tak wyszło z rachunku. Gdybyś nie pił, byłbyś szczęśliwszy, ale rozumiałbyś mało.
- Nie chcę rozumieć. Chcę, żeby mi się ręce nie trzęsły i żeby mi nie skakało serce.
- W zasadzie jest już za późno - Bóg zsunął na tył głowy złotą bejsbolówkę - ale gdybyś chciał, gdybyś chciał, tobyś mógł. Kwestia wolnej woli - Bóg chrząknął - kwestia wolnej woli została wszechstronnie opisana [...].
[...]
Generalnie jest już za późno, ale gdybyś chciał, tobyś mógł. Wysiłek jest znacznie mniejszy, niż ci się wydaje, rzecz w tym, że trzeba ten niewielki wysiłek rzetelnie podjąć i do końca wykonać. Kiedy cię trzepnie, kiedy mówisz sobie: muszę się napić, pomyśl, że nie musisz, powiedz sobie, że nie musisz, i czyń to - nie zmuszaj się do picia. Bo to, że "musisz się napić", znaczy, że z musu pijesz - uniknij tego musu, zmuś się do nie-musu. Nie pij następnego dnia. Po prostu: nie pij następnego dnia. nie pij następnego dnia ani rano, ani w południe, ani wieczór. Nie musisz. Nie pij następnego dnia i to wystarczy. Na razie - Bóg cmoknął i sanie powoli ruszyły - na razie. My teraz z naszej łaski udajemy się ku innym zapalnym punktom globu.
[s. 138-140]

Piękna fraza i nagrody godna - cała książka jest pięknie skonstruowana. Tylko nie wiem, jak ją czytać. Bo jeśli wziąć pod uwagę biografię autora, jeśli przypomnieć sobie, że przynajmniej jednokrotnie po opublikowaniu tej opowieści wpadł z powrotem w ciąg (czy wylądował u deliryków, nie wiem), to staje się ona - bierzmy pod uwagę finał, to piękne odkupienie przez miłość - przejmującym zapisem porażki. Jeśli natomiast oderwać tekst od twórcy, to zaczyna on nieco trącić naiwnością, ale dobra, można w sumie przymknąć oko i uznać, że jest to naiwność wzruszająca - bo nieuświadomiona.
Tak czy owak, czyta się pysznie.

Anderman, Janusz: To wszystko

[...]Wygarnę do siebie za trzy dni, w nocy. To znaczy z czwartku na piątek. Noc jest najlepsza. Na ulicach nikogo nie ma, nikt nie ma prawa usłyszeć strzału. [...] Nie widzę żadnych słabych punktów. To znaczy jest jeden, ale nie do rozwiązania.
- Co jest? - zaniepokoił się.
- Moja biedażona.
- Jaka biedażona? Że biedna? Trzeba jej coś odpalić? To ja odpadam!
- E tam - uspokoiłem go. - Tak mi się powiedziało. Wiesz, co to biedaszyby na Śląsku?
- No, ryją ludzie w ziemi, jakieś resztki węgla wydłubują...
- I z nią jest tak samo. Jak z biedaszybem. Już niczego się tam nie można dokopać. [...]
[s. 80-81]

I niestety te scenki z życia małżeńskiego to jeden z nielicznych jeśli nie jedyny atut tej książki. Przypominam sobie swoje - aktualne do dzisiaj! - zachwyty Całym czasem i z rozczarowaniem odnotowuję, że To wszystko to jakby popłuczyny.
Czytam te spostrzeżenia z polskich przemian ostatnich 20 lat, te konstatacje socjologiczne i polityczne, ubrane zgrabnie w narrację z perspektywy  popadającego w zapomnienie artysty, którego czasy świetności przeminęły z poprzednim ustrojem (znowu!), i myślę sobie - no, ok, ładnie to wszystko napisane, ale... to wszystko? Nie to, żeby to była zła książka, ale po rewelacyjnej poprzedniej jest po prostu rozczarowująca.

Aha. I muszę sięgnąć po wcześniejsze. Ciekawe, czy ten popadający w zapomnienie pisarz to stały motyw twórczości, czy tylko dwukrotne powtórzenie.

czwartek, 14 października 2010

Jpg -> pdf

1. mogrify [-resize -quality] -format pdf *.jpg
2. pdftk inpdf1.pdf inpdf2.pdf ... output outpdf.pdf

sobota, 9 października 2010

Hřebejk, Jan: Czeski błąd

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Czeski+b%C5%82%C4%85d-2009-521879


Najpierw będzie wartość dodana, czyli wiersz - przytaczany w filmie, całkowicie godny tego, żeby go sobie przeczytać osobno i zapamiętać. Swoją drogą, zawsze się zachwycam, jak wielu jest na świecie pisarzy i poetów, o których nie mam bladego pojęcia.

Jan Skácel: Píseň o nejbližší vině

Je studánka a plná krve
a každý z ní už jednou pil
a někdo zabil moudivláč
a kdosi strašně ublížil

A potom mu to bylo líto
a do dlaní tu vodu bral
a prohlížel ji proti světlu
a moc se bál a neubál

A držel ale neudržel
tu vodu v prstech bože můj
a v prázdném lomu kámen lámal
a marně prosil; kamenuj

A prosil ale neuprosil
a bál se ale neubál
a studánka je plná krve
a každý u ní jednou stál




A co do samego filmu, to - "nie ma możliwości systemowej oceny przeszłości, jest tylko indywidualne poczucie winy (lub brak), indywidualne przebaczenie (lub brak), indywidualne zadośćuczynienie (lub brak); wszystko rozgrywa się zawsze między konkretnymi osobami: krzywdzącym, krzywdzonym; ubekiem, donosicielem, ofiarą; zawsze między najwyżej kilkoma konkretnymi osobami, nie między jakimiś nieokreślonymi gremiami ofiar, winnych i oceniających" - tak ja widzę przesłanie tego filmu, i bardzo ono do mnie trafia. Nie wiem, może jednak rozwiązania systemowe są potrzebne, może takie mądrości to tylko w Czechach, gdzie najpierw była, z tego co wiem, radykalna lustracja i dekomunizacja, a teraz to już sobie mogą indywidualnie wybaczać (lub nie); nie na moją to głowę wszystko, ale generalnie przejście z wymiaru zbiorowego do indywidualnego bardzo mi się podoba.

A, no i jeszcze to lekko absurdalne poczucie humoru, dyskusja o rozpadzie małżeństwa nad książką o odnajdywaniu wewnętrzej drogi, hue hue hue.

Świetny film.

Eastwood, Clint: Midnight in the Garden of Good and Evil

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/P%C3%B3%C5%82noc+w+ogrodzie+dobra+i+z%C5%82a-1997-148

Ej, gdybym najpierw tego nie wiedział, to bym nie uwierzył, że to film Clinta. Tego Clinta.
Rozumiem, że reżyser nie jest autorem scenariusza ani tym bardziej tekstu służącego za bazę dla scenariusza, ale i tak - Clint, który bierze się za coś tak mało patetycznego (wbrew tytułowi), za to tak odrealnionego? No!

Morał jest w sumie prosty, zresztą nawet jest sprzedany wprost w jednym z ostatnich dialogów w filmie: Truth, like art, is in the eye of the beholder.
Ale droga do tego morału wcale nie jest prosta. John Cusack, całkiem ładnie grający Johna Kelso, nosi na twarzy taką minę, jakby nigdy nie był pewien, czy to co widzi mu się tylko śni, czy nie, czy już zwariował - on sam, czy może świat dookoła. Bo niby wszystko jest zwyczajnie, poprawnie, w prowincjonalnym stylu, więc czasem nawet do bólu zwyczajnie i poprawnie, a jednak - nie wiem, czy to zasługa oryginalnego tekstu czy właśnie (tu by się plasowało moje zaskoczenie) reżysera - kompletnie inaczej niż być powinno.

I tylko to zakończenie trochę tandetne; że niby w szaleństwie też można się zakochać, czy miłość czyni nawet szalony świat zrozumiałym i do zaakceptowania?

No, ale zakończenie troszkę tandetnie wzrusza, cały film ekscytuje i wciąga, dla każdego coś miłego.

Ritchie, Guy: Sherlock Holmes

Jak oglądałem, to mi się bardzo podobało - w sensie, że dobre, wciągające kino akcji. Potem, jak zacząłem się zastanawiać, to mi się mniej podobało - bo Sherlock Holmes to dżentelmen. Schludny. Nienaganny. Intelekt jak brzytwa, spodnie w kant jak brzytwa. I że niby jak można było zrobić z tego Sherlocka takiego... Jasona Bourne'a, phi!
I aż z tego wszystkiego wróciłem do oryginalnych serii The Adventures of Sherlock Holmes z lat 1984-1994, i jednak okazało się, że niesłusznie mi się mniej spodobało. Bo tamten Sherlock też był taki - mrukliwy, chumorzasty, z nałogami, bił się (no dobra, boksował tylko, ale jak!) i w dodatku znacznie mniej szanował swego kumpla niż ten nowy. To ja już wolę tego nowego nawet.

Technikalia filmu: http://www.filmweb.pl/Sherlock.Holmes
A serialu, o tu chyba najlepiej zobaczyć: http://en.wikipedia.org/wiki/Sherlock_Holmes_%281984_TV_series%29

Libera, Antoni: Madame

Nie jest to książka o miłości, o młodości, o wspomnieniach, o buncie - na pewno nie o tym buncie młodzieńczym. Chociaż o tym jest w niej napisane, to o tym na pewno nie jest.

Jedno z dwojga.

Albo miała być o którejś z tych rzeczy, ale nie wyszło - w takim układzie jest to książka kompletnie pusta, jest wydmuszką, jest przekombinowaną konstrukcją intelektualną; opowiada, ale nie mówi o niczym.

Albo nie miała być o tym, tylko o buncie antysystemowym, ale nie buncie bohatera, tylko autora i jemu podobnych. Trzeba ją czytać w ogóle na poziomie meta, jedyne, co jest w niej odrobiną treści a jednocześnie znakiem interpretacyjnym to "Postscriptum". Cała reszta to ucieczka w sztuczność, wypełniacz, pianka styropianowa, którą ratujemy się w sytuacji, gdy żadne inne działanie intelektualne, zwłaszcza artystyczne, podejmowane wprost, nie jest możliwe.

Nie wiem jeszcze. Czytałem ją już raz, jakoś na początku studiów, ale kompletnie nie pamiętam, co myślałem o niej wtedy, kiedy jeszcze byłem trochę mądrzejszy w te klocki. A teraz już nie wiem co myśleć. Może wrócę do nie jeszcze kiedyś, może się uda, i wtedy porównam sobie, czy nadal myślę to samo.

Aha, nawet jeśli by się okazała wydmuszką, to nie zmienia faktu, że jest pięknie napisana. Bardzo estetycznie.

Varga, Krzysztof: Gulasz z Turula

W Magyarok Háza, czyli Domu Węgrów, na Semmelweis utca, tuż przy rogu Rákóczi út, którą mkną stada granatowych autobusów, znajdował się jeszcze niedawno sklep, w którym sprzedawano wyłącznie węgierskie produkty. Międzynarodowe koncerny nie miały tam wstępu, wszystkie te Johnsony & Johnsony, Unilevery, Craft Foodsy, PepsiCo były bez szans. Pozbawieni możliwości znalezienia się w tym sklepie byli zarówno ogólnoświatowi czy amerykańscy producenci artykułów spożywczych i środków czystości, jak i chińscy sprzedawcy T-shirtów i tenisówek. To był utopijny dyskont dowodzący samowystarczalności narodu węgierskiego. Doskonałe połączenie drogerii z parafialnym sklepikiem z dewocjonaliami. Było więc tam mydło i powidło, miód i proszek do prania, i płyn do mycia szyb, i palinka, herbata, papierosy hungaria i pannonia, które już samymi nazwami wskazywały na czystość swego pochodzenia. Ich palenie to jak oddychanie świeżym powietrzem puszty; śmierdzi gnojem, ale to gnój narodowy.
W takim sklepie nie mogło zabraknąć produktów martyrologicznych. Oprócz trójkolorowych świec z węgierskim godłem można było kupić gromnice z napisem "Trianon" i z wizerunkiem świętego Stefana stojącego na tle mapy Wielkich Węgier i hasła "Tak było, tak będzie". Obok świec leżały z kolei opakowania damskich rajstop "Bella Patricia", których nazwa wskazywała niepokojąco na obce pochodzenie. Ale bez obaw, to były węgierskie rajstopy na węgierskie nogi. Były tam prócz rajstop także majtki, bawełniane i koronkowe, dla węgierskich kobiet, a może także dla węgierskich mężczyzn, dla nacjonalistycznych fetyszystów i transwestytów. Kiedy już założymy węgierskie rajstopy na węgierskie majtki, możemy włożyć węgierską koszulkę z godłem, a na głowę czapkę z turulem na tle Wielkich Węgier za tysiąc osiemset forintów. A do tego wszystkiego cebula i ziemniaki w drewnianych  skrzynkach tuż przy wejściu, sery i wędliny, no i pasztet z gęsi, jaki można dostać w każdym sklepie.
[s. 93-94]

No tak, fakty historyczne są inne, gadżety są inne, ale to przecież o nas jest książka, o nas, o Polakach, o naszym Narodzie Wybranym!
Nie no, oczywiście słodko jest przeczytać, że nie tylko my jedni jesteśmy tak narodowo pierdolnięci.
Świetny, ironiczny (autoironiczny) styl tworzy atmosferę szorstkiej miłości - "jakikolwiek by ten pokręcony kraj nie był, to jest mój, no i przecież nie jest tak, żeby był mi całkiem obojętny".
Aha, i nie jest tak, jak mówi okładka, żeby to było tylko albo przede wszystkim o jedzeniu. Jedzenie jest tylko - znakomitym - pretekstem. Zresztą, z perspektywy barowej i o naszym heimacie da się mówić jakoś cieplej, nic dziwnego, że bratnie Węgry mają podobnie.

Németh, László: Odraza

Książka znaleziona na klatce schodowej - ktoś wystawił stertę starych, nieco podniszczonych, do wzięcia. No to wziąłem, tę jedną, i chyba coś jeszcze, ale nie pamiętam co. Gdzieś odstawiłem zaginęło.

W każdym razie - po raz kolejny po lekturze dwóch książek Sándora Márai (o tej, i tej też) - miałem wrażenie kompletnej nieprzystawalności kulturowej.
Odraza to książka o młodej dziewczynie z węgierskiej prowincji, o ile dobrze rozpoznałem, przełomu XIX i XX wieku, która to dziewczyna wychodzi za mąż za zakochanego w niej młodzieńca, "najlepszą partię we wsi", ale życie im się nie układa, bo ona jest stworzona do innego życia, a myśl o zniewoleniu, jakim jest pożycie fizyczne, napełnia ją nieprzebraną odrazą.

Biedny Sanyi na swoje nieszczęście na taką duszę trafił. Odkrycie na balu, które uważał za triumf swojej bystrości, stało się w istocie jego zrękowinami ze śmiercią.
[s. 413]

- podsumowuje sama główna bohaterka (narracja pierwszoosobowa przez całą książkę) na 413., przedostatniej stronie. A ja mogę tylko mruknąć: aha. Jakbym wiedział na początku, to bym sobie oszczędził kilku godzin z życia wyjętych.

Konwicki, Tadeusz: Wschody i zachody księżyca

Odbywam daleką, romantyczną podróż. Pojechałem do Konstancina, piętnaście kilometrów od centrum Warszawy. A wybierałem się jak do Australii. Nieprzespana noc, trzygodzinne pakowanie się, nerwy. Żeby obsłużyć mój skapcaniały organizm, muszę dodatkowo poświęcić z rana dwie godziny. Bo tak: zwichnąłem nogę, po raz czwarty tego roku, złapałem gdzieś wirusowe zapalenie gardła, coś się zrobiło z oczami i wyglądam jak królik, do tego boli ząb, lekko nawalają nerki i daje znać o sobie nadkwasota.
Tak się prowadzi staruszek w sile wieku, w epoce wielkich zrywów narodowych. A tu, w tym Konstancinie, pada deszcz, właściwie leje od rana do nocy, stare wille patrycjatu warszawskiego pęcznieją od wody, jak purchawki, bo i wyglądają niczym purchawki. Szare, spękane, pokraczne. Dogorywający kurort. Uśmiercony przez socjalizm. Gnijąca stolarka w rosyjsko-polskim stylu, rozpadające się tynki, zmurszałe wieżyczki, przewrócone płoty, zdziczałe ogrody. Tylko pałacyk użytkowany przez ambasadę radziecką jaśnieje od świeżych farb olejnych. To jest właśnie system radziecki: nie odnawiać, lecz co jakiś czas zamalować trupa olejną farbą. Jak tego biednego Lenina w mauzoleum na Placu Czerwonym.
Schowałem się w Konstancinie, a tam, w Warszawie, dobrzy ludzie szykują produkcję Doliny Issy. Szykują, ale bez pośpiechu. Stale kogoś ubywa. Niby wszyscy są serdeczni, życzliwi, oddani Miłoszowi i mnie, ale życie ma swoje prawa. Życie w dziczejącym kraju. W smętnym imperium ogonków do wszystkiego, nawet do kompletnie pustych sklepów, w upiornej ojczyźnie pijaczków, lekko fioletowych, wyschniętych od denaturatu i wody brzozowej do włosów, w dżungli przepełnionej dzikim zwierzem agentur sowieckich. Więc wszyscy z powodu tego życia jakby zatracili miary, perspektywy i wyczucia. Kombinują, żeby do jesieni albo choćby do końca lata. Zatem jakieś zamiary, pomysły, inicjatywy. Kto ma głowę do kręcenia filmu o ludziach znad Niewiaży w końcu pierwszej wojny światowej?
Dla mnie ten film to wakacje. Coś w rodzaju urlopu na koszt pana Czesława. Ale dla innych? Jakiś ruch bez początku i końca. Coś ze sztuki i grafomanii, trochę symetrii i dużo anachronizmu, jakiś niewielki pieniądz i nie zrealizowane kartki na mięso oraz na kaszę. Co za czasy, co za świat.
A ja tu siedzę śród starców. Pomiędzy strasznymi starcami, którzy powinni byli umrzeć przed tą ostatnią wojną albo tuż po jej zakończeniu. Starcy, którzy na noc nie zamykają swoich pokojów, bo lękają się umierania w samotności. Starcy, którzy wychodząc na ulicę zostawiają w drzwiach kartki z poleceniem, kogo zawiadomić w razie ich nagłej śmierci. Chodzę kulejąc między zżartymi przez życie mastodontami, którzy trzęsą się, podrygują, chwytają się ścian, rzężą, bekają, przewracają się do tyłu i chcą żyć, chcą istnieć choćby jeszcze przez tydzień, przez dobę, albo przez godzinę złożoną z sześćdziesięciu długich minut.
Ja tu kiedyś przyjeżdżałem. Trzydzieści lat temu. Jechało się ciuchcią, wąsktorową kolejką. Można było w biegu wyskoczyć z wagonu, narwać panience kaczeńców na łące, dogonić pociążek i wskoczyć do swojego przedziału. Ale to nie byłem ja. To był ktoś inny uzywający moich danych personalnych. Młody człowiek o ogromnej sfalowanej czuprynie i romantycznym, głupkowatym sercu. Jemu się wydawało, że koleguje z Panem Bogiem i w wolnych chwilach naprawi drobne usterki we wszechświecie. We wszechświecie tych ogromnych jak galaktyki lat powojennych. A ja już te lata zapomniałem. Ja ich już nie pamiętam.
Więc ten dwudziestoletni facet jeździł w wiosenne i letnie niedziele do Konstancina z całą masą warszawiaków, odświętnych, rodzinnych, kurczakowatych, nalewkowatych, akordeonowych, humorzastych, przypalonych na malinowo, desusowatych, podchmielonych, obłapiających, warszawiaków warszawiastych. Ale co on mnie obchodzi.
[s. 154-156]

Warszawiacy warszawiaści - pyszne określenie. A poza tym to, no kurczę, co za drążenie, co za wiercenie ciągle i ciągle. No ale w sumie niczego innego się nie spodziewałem, a i tak sięgnąłem.

czwartek, 16 września 2010

Jarocki, Jerzy: Tango

 W Narodowym: http://www.narodowy.pl/spektakl_szczegoly/?s=4917

Wyciągnął mnie Stefan, zachęcony ekstatyczną recenzją p. Joanny Derkaczew. No cóż - jedyne, co ja mogę powiedzieć, to: nie. Nie zachwyca, nie przejmuje, nie obchodzi. Jest to całkiem poprawna inscenizacja dramatu, która o tyle tylko przejmuje, zachwyca i obchodzi, o ile przejmował, zachwycał i obchodził oryginalny tekst. Nic nowego tu nie doszło - poza obowiązkowymi już chyba na scenie gołymi cyckami. Nic nie zostało odkryte na nowo, ukazane w nieznanym świetle, i ja wyszedłem z teatru rozczarowany tą bezpłciową poprawnością aż do granic obojętności. Bo, z całym uznaniem dla kształtów p. Dominiki Kluźniak, grającej Alę, trzydzieści sekund ekscytacji to zbyt mało na 3 godziny spektaklu.

Konwicki, Tadeusz: Czytadło

[...] Niech pan spojrzy na te zdrowuchy pod krzakiem. To moje wielbicielki. Wyjąłem je spod uniwersytetu.
Rzeczywiście nie opodal stały trzy panny troszkę zawstydzone.
- No chodźcie, poznajcie mego kolegę z kryminału. Pan zdaje się siedział za morderstwo.
- To nieporozumienie. Sprawa już się prawie wyjaśniła - bąknąłem zdetonowany.
- Patrzcie jaki zuch - chwalił się mną prezydent. - Udusił młodą dziewczynę w swoim mieszkaniu.
- Nie udusił, nie udusił - broniłem się niezręcznie.
Ale zwolenniczki Synów Europy wyglądały niestety na ułomne. Jedna posługiwała się metalową kulą, przy drugiej Pan Bóg zastanawiał się długo, wahał i w ostatniej chwili wszczepił jej chyba obie płcie, a tę trzecią to w ogóle przegapił. Ukłoniliśmy się sobie grzecznie. Mogły być studentkami. Staliśmy u podnóża skarpy wiślanej, gdzie za murem rozpoczynały się ogrody uniwersytetu.

- Musiałem wziąć je na rekolekcje - opowiadał prezydent. - Pan sobie wyobraża, pod uniwersytetem rozdawały ulotki jakiegoś szarlatana, który ogłosił się Mesjaszem i zamierza zbawić Polskę. Marzena, gdzie on mieszka, ten przygłup.
- Na ulicy Dobrej - powiedziała ta o kulach.
Prezydent znowu prychnął i był to pogodny śmiech, ale zanim wydostał się z zarośli brody, stawał się prychnięciem.
- Wie pan, kolego, ja swego czasu byłem docentem tego ich uniwersytetu. Na seminariach logiki matematycznej lubiliśmy zabawiać się dodawaniem do nazw ulic warszawskich słowa "dupa". Niech pan zobaczy, jakie to rozkoszne: Dobra dupa, Hoża dupa, Wilcza dupa, a nawet Żelazna. Jeśli będzie pan miał bezsenną noc, proszę spróbować tej niewinnej zabawy, która poszerza obszary i terytoria polskiej poezji. Rozdawały ulotki półgłówka z ulicy Dobrej. Funkcjonariuszki mojej partii. A już zamierzałem wysłać je na kongres do Lizbony.
One chichotały, zasłaniając usta. Ta, przy której Panu Bogu zdarzył się moment wahania, mogła nawet podkręcić wąsa.
[s. 170-171]

Odświeżam sobie tego Konwickiego, ale w sumie tylko po to, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że wszystkie1 jego książki to tak naprawdę jedna książka. No, wszystkich jeszcze nie czytałem, ale nie spodziewam się zaskoczenia.
Swoją drogą, to nie wada, wręcz przeciwnie. Sen, który Konwicki opowiada(ł) przez dziesięciolecia, zasługiwał i zasługuje na wariantywność i eksplorację z wielu stron. Ale akurat w tym wariancie wypadł jakoś... męcząco. Pewnie dlatego było to podejście ostatnie.



[1] Tych do 1956 i tych niefabularnych, jak Kalendarz... czy Nowy Świat... nie liczę.

wtorek, 7 września 2010

Konwicki, Tadeusz: Nowy Świat i okolice

W zasadzie cała lektura ponowna, po kilku latach od zajęć z współczesnej, Kalendarza i klepsydry była po to, żeby sobie przygotować grunt pod tę książkę.
No i sobie przygotowałem. Przygotowałem na tyle dobrze, że w zestawieniu z powyższą, w tej lekturze znalazłem tylko dalsze się-starzenie, powtórki, smutną skłonność do refleksyjności i generalne mędzenie.
Ale znalazłem też na przykład taki kawałeczek:

Noc, ale wcale nie późna. Noc na początku. Początek nocy. A ja drżę w swojej nyży, trzęsę się znowu i spazmuję. Ja wiem. Widzę to wyraźnie. Rozumiem z całą dotkliwością. Wszyscy powoli zwariowali. Najpierw pojedynczy osobnicy, potem całe grupy, wreszcie warstwy społeczne, na koniec narody. Wszyscy zwariowali na moich oczach. Wariaci rządzą, wariaci pilotują samoloty, wariaci sprzedają w sklepach kaszankę.
Sam wśród wariatów. Ja jeden normalny, jeden jedyny zdrowy człowiek pomiędzy nienormalnymi pacjentami. Pacjentami wielkiego szpitala wariatów. Od bieguna do bieguna. Od oceanu do oceanu. Co ja mam tu robić między wariatami. Obcymi dla mnie jak kamienie, góry, obłoki. Obcymi i niemymi. Obcymi z zakłóconą świadomością. Do kogo się odezwać, komu zaszlochać na piersi albo kogo prosić o rozgrzeszenie.
Sam wśród wariatów. Najstraszniejsza z samotności.
[s. 199-200]

Skądinąd to nie jest zły tekst, jeśli już się człowiek nastawi na tę specyficzną (sylwiczną, hue, hue, hue) formę, ale nie polecam czytania bezpośrednio po Kalendarzu... - to porównanie nokautuje.

Ale jest też pożytek z lektury - zwiększył mi się apetyt na takie plotkarskie anegdotki i zamierzam sobie odświeżyć Tyrmanda Dziennik 1954.

poniedziałek, 6 września 2010

Україна 2010

Ale przedtem chcę coś powiedzieć o Ukrainie, której w ogóle nie znam i nigdy jej nie widziałem. Spotykałem czasem w życiu Ukraińców, ale bardzo rzadko, tak rzadko, że można rzec, iż ich w ogóle nie spotykałem. I wiem, dlaczego nie mogłem ich często spotykać. Bo oni są i zarazem ich u nas nie ma. Coś się stało między nimi a nami. Coś zaszło tragicznego między nimi a nami. I to wszystko, co legło milczkiem niczym góra lodu, oddziela nas, oddziela coraz bardziej, lecz temperatura lodu pozostaje ta sama, lód się nie topi, lód obrasta szronem obojętności.
A ja, nie wiedzieć czemu, kocham Ukrainę. Tropię ją w dokumentach, starych księgach, w pieśniach. Szukam jej wszędzie. W naszych nazwiskach, w naszej geografii, w naszych obyczajach. Odnalazłem ją nawet za oceanem, w dalekiej Ameryce, i ze ściśniętym ze wzruszenia sercem podglądałem cichcem tamtejsze gospodarne i przejmująco romantyczne życie Ukrainy.
Bo mnie czułości do Ukrainy nauczył Sienkiewicz, Do tej ukrainy, co lubiła sobie "rezaty Lachiw", co kochała hajdamackie szaleństwa, co uwielbiała z tęsknoty do wolności wsadzić swój kosmaty łeb w srogą niewolę. Nie wiem, jak to się stało, ale ten mesjasz naszego patriotyzmu zostawił po sobie woskowe kukły czcigodnych Polaków i cudownych, ciągle żywych, porywających, namiętnych, wspaniałych, głęboko ludzkich Ukraińców a także Litwinów czy Tatarów. Pan Sienkiewicz nauczył mnie piękna ziemi ukraińskiej, tych wonnych stepów i tajemniczych jarów, tych prawdziwie rzecznych rzek i niesamowitych uroczysk, tego nieba i tych chmur, co bywają tylko nad Ukrainą. Po tych cudach już się nie chce słuchać jego bajań o Sandomierszczyźnie, o Karpatach czy o jeziorach mazurskich. A posplatał rzecz tak misternie, że ani odróżnić, co w ukraińskim polskie, a co w polskim ukraińskie. I doprowadził do tego, że ta wielka nienawiść między Hajdamakami oraz Lachami utkana jest z samych nitek miłości, wzajemnej fascynacji, dziwnego, metafizycznego pociągu.
Wiem, wiem, różnie w historii bywało. Najpierw myśmy byli winni, potem trochę oni, potem znowu my, potem oni i tak dalej i tak dalej. Nie warto liczyć po lichwiarsku tych krzywd, nie warto karbować w pamięci. Można jednak zdawać sobie sprawę, że to oni, ci dawni Rusini, załatwili odmownie trzeźwe, stateczne, rozumne środkowoeuropejskie państwo Lachów. Dali nam rozbestwioną magnaterię, dali nam przerażających warchołów. Dali nam bilet do Azji. Ale myślę, że obdarzyli nas również wyczuciem poezji, dojmującą, dziką nostalgią i tą stepową metafizyką, co uskrzydlała zawsze nasz zły los. Zniszczyli nas i podnieśli do nieba. Zabili i uczynili aniołami.
Tak często za dnia albo pośrodku nocy tęsknię do pięknej, wolnej, przyjaznej nam Ukrainy. Ukrainy, którą my kiedyś zaraziliśmy łacińskością, a ona nas Wielkim Wschodem.
[s. 128-129]

Cytat z Kalendarza i klepsydry podszedł right on time, bo szukałem czegoś, żeby podsumować - po trzech tygodniach od powrotu! - wycieczkę. Niemalże poetycko podsumował ją już Stiopa, ale mnie się takie uniesienia nie imają. Ja jeszcze rok temu byłem przekonany, że na wschód od Wisły zaczyna się Azja, jechać niebezpiecznie i nie warto. A dziś jestem po drugiej wyprawie i planuję kolejne.
I nie bardzo jeszcze wiem, czemu. Coś mnie tam ciągnie, ale co?



Trochę pewnie możliwość przywiezienia takiego filmu, trzyminutowej esencji przyjaźni i przygody (produkcja, oczywiście, Stiopy). Trochę możliwość zobaczenia takich widoków:
Україна, 30.07-15.08.2010

(w końcu przebrałem zdjęcia do sensownej ilości! większość moja, niektóre, zgodnie z podpisami, Stiopy i Spira), i takich widoków, których aparat nie uchwyci - bo równie rozgwieżdżonego nieba jak to, które było nad naszymi głowami, kiedy spaliśmy na krymskich plażach, w życiu nie widziałem.

Ale to nie wszystko. Coś tam jest więcej, czego jeszcze nie nazwałem. Coś musi być w kraju, w którym nagle dostrzegam sens pójścia do cerkwi i zapalenia świeczki za - ledwie znaną mi - zmarłą. W heimacie mnie się takie myśli nie imają.

Może po przyszłorocznej wycieczce będę wiedział więcej.

Konwicki, Tadeusz: Kalendarz i klepsydra

Noc. Coraz więcej nocy, coraz mniej dni. Zawsze bałem się ciemności jak wszyscy, teraz boję się inaczej. Dzień wypełniony intensywnymi widokami, zamulony trochę przydługim filmem utworzonym z żywych obrazów, filmem, w którym dość rzadko skoczy do przodu jakiś urywek akcji, taki dzień jednak zagłusza. Rozbełtuje mozolnie świadomość. A noc wstrzymuje jej chaotyczny, huśtawkowy ruch i powoli zamraża w szklistą bryłę. I nie ma już ruchu, nie ma migotania fałszywych oraz prawdziwych cieni, nie ma barw i antykolorów powidoków, nie ma iluzji i omamień. Jest tylko ciasny ból zaciskającej się stabilności, jest tylko lodowatość trwania, które, nie daj Boże, okaże się wieczne, jest tylko męka obcowania z własną nachalną świadomością.
Dobranoc, robaczki.
[s. 16]

Dzięki niezapomnianym zajęciom z prof. Gosk wiem, że Kalendarz i klepsydra to sylwa jest. W związku z tym, jako polonista wykształcony i, ekhem, dyplomowany, wiem, że się po tym tomie nie powinienem spodziewać. Toteż się nie spodziewam. Czytam sobie z zainteresowaniem wynurzenia różnorakie pana Konwickiego, który podówczas, w 1974 roku, miał lat 48, i pisał o sobie jako o człowieku starszym, doświadczonym życiowo, czytam te wynurzenia, niekiedy nieciekawe i zaskakująco płytkie, innym razem - szczęśliwie znacznie częściej - bądź to pouczające i refleksyjne bądź dowcipne i ironiczne, i oczywiście zachwycam się anegdotkami i historyjkami, ale przede wszystkim myślę sobie, co musi o sobie samym myśleć pan Konwicki dzisiaj, 36 lat później. Jak ktoś ma niecałe 50 lat i myśli, że jest stary, a potem mu się udaje przeżyć jeszcze prawie drugie tyle, to musi traktować to jako niezły żart. Tak mniemam. Albo może zgrzybieć i zezgredzieć całkiem, co mógłby sugerować powyższy cytat, ale co byłoby smutne, i czego panu Konwickiemu nie życzę, więc odsuwam tę ewentualność, nie przyjmuję.

W tym miejscu pora spuścić z tonu. Przez sztuczny wigor, który wzniecam w sobie, żeby dogodzić sennym czytelnikom, popadam w trywialność, staję się niesmaczny i niestrawny. Dobrze byłoby przejść teraz lekko w prozę rytmiczną, opartą na trocheju albo jambie, w prozę szlachetnego wykwintu, prozę misternie haftowanych uogólnień, które pachną osiemnastowiecznym salonem i dwudziestowiecznym biurem przepustek. Tak bym sobie coś pięknego słowami opisał, tak bym was oszołomił zastosowaną znienacka poezją, tak bym jakąś olśniewającą uroda okupił niezdarność poprzednich akapitów i fingowanych na pokaz irytacji.
Ale więcej ochoty niż możliwośći. Więc tym samym heksametrem spod Mejszagoły przyobiecam wam rzeczy niezwykłe. Po kilku marnych miesiącach nadciąga czas nadzwyczajnych i pomyślnych zdarzeń w moim życiu. Wszystkie horoskopy są jednomyślne. Za dwa, trzy dni może się zjawić wspaniała, porażająca niespodzianka, która odmieni mój los. Nie wiem, co to może być. Na Nobla za wcześnie, bo dopiero wiosna. Na milionowy spadek trudno liczyć, gdyż nie posiadam krewnych w Ameryce, mam ich tylko w Związku Radzieckim. Sukcesu czytelniczego na świecie też lepiej się nie spodziewać, ponieważ wszystkie moje dotychczasowe tłumaczenia utonęły skwapliwie w zapomnieniu.
A więc sytuacja moja jest absolutnie czysta i nie podsuwam przeznaczeniu żadnej łatwizny. Nie daję losowi żadnych wygodnych szans. Nie odzieram moich bóstw opiekuńczych ze szlachetnych ambicji.
Proszę bardzo. Czekam. I to oczekuję cudu. Żadnych wykrętów, żadnych dotychczasowych połowiczności i uników. Ma być pulchny, tłuściutki cud. Otwieram drzwi. Z pogróżką w oczach czekam.
[s. 155-156]

No. Ja też. I sobie i wszystkim innym czekającym proponuję do nucenia pod nosem:




Aha, dla porządku dodam, że czytałem wydanie Czytelnika z 2005 roku.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Trudi Canavan, czyli nawet niegłupia fantastyka

Dawno temu, dziecięciem będąc, czytałem dzikie ilości fantastyki - zarówno fantasy jak i sf. Jednak im więcej i im bardziej świadomie czytałem w ogóle, tym częściej miałem wrażenie, że pisarze, którzy nie potrafią pisać, zaczynają się zajmować fantastyką. Że stosunkowo dużo jest w tym gatunku słabizny, i że coraz trudniej przychodzi mi znalezienie czegoś dobrze napisanego i wciągającego.

Teraz nie czytam fantastyki prawie wcale. Czasami próbuję znaleźć coś ciekawego na bibliotecznych półkach, ale jakoś mnie nie wychodzi - po paru stronach odkładam zniechęcony prawie wszystko, na co trafię. A szkoda - bo fantastyka odpręża, pozwala przyjemnie i niemęcząco stracić trochę czasu.

Przypadkiem wpadłem na książki Trudi Canavan. Format zniechęca, bo zwykle są to tomy po około 500 stron. Ale są tak dobrze napisane, że kiedy po pracy szedłem do wypożyczalni, po południu siadałem do lektury, to nie miałem ochoty od niej wstawać aż do końca - a tekst wchodził tak gładko, że ten koniec następował jeszcze tego samego wieczora.

Opisywać, cytować, analizować - nie ma czego, bo to czysta rozrywka elegancko mieszcząca się w konwencji fantasy - ale notuję sobie ku pamięci i polecam ewentualnym zainteresowanym.

Niedawno ukazał się ostatni tom z trylogii Ery Pięciorga i bez najmniejszych wątpliwości zamierzam stracić na niego kolejne popołudnie.

Herzog, Werner: Encounters at the End of the World

Zaczęło się od tego, że we Lwowie poznaliśmy Stefana i jego żonę, rewelacyjnych obieżyświatów z Bułgarii. Od słowa do słowa, od historii do historii, zaczęli opowiadać o swoim pobycie na Antarktydzie. O pracy, warunkach, ludziach. Jakaś dziewuszka wspomniała przy okazji o filmie Herzoga i okazało się, że byli tam właśnie wtedy, kiedy on go kręcił, i że Stefan nawet w nim występuje. Dziewuszka wpadła w ekstazę (serio), a ja się zainteresowałem - bo jeszcze tego filmu nie oglądałem.

No więc obejrzałem. W swojej moralizatorskiej wymowie jest nieco naiwny, ale jako podróżniczy dokument - bardzo fajny. Dobrze zrównoważony pomiędzy uchwyceniem imponującego piękna natury (w większości, bo industrialne klimaty McMurdo są wprost paskudne) a pokazaniem ciekawych ludzi, którzy tam lądują.
Szkoda tylko, że w kilku momentach miałem takie wrażenie, jakby reżyser bardzo chciał, żeby ci ludzie byli... jeszcze ciekawsi. Ciekawsi w bardziej aktywny sposób. Prywatne zainteresowanie naukowców odkrywających nowe gatunki robaczków przemówiłoby do mnie bardziej niż wymuszona pytaniem reżysera deklaracja, że jest to wyjątkowy moment i przełomowe odkrycie, które zasługuje na uczczenie.

No, ale to detale. Generalnie oglądało się przyjemnie.
 Zainteresowanym wycieczką podpowiadam stronę: http://www.coolantarctica.com/Community/find_a_job_in_antarctica.htm
Podobno - jak mówił Stefan - znalezienie tam pracy nie jest łatwe, ale jest to najłatwiejszy (i najtańszy) sposób zorganizowania sobie wyjazdu.


Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Spotkania+na+kra%C5%84cach+%C5%9Bwiata-2007-473987


PS: A Stefan występuje w jednym z pierwszych ujęć - to operator caterpillara - i potem jeszcze raz na końcu.

sobota, 28 sierpnia 2010

Karolina Cicha: www.wawa2010.pl

W zasadzie mój komentarz do tej płyty mógłby mieć podtytuł: "...czyli jak odkochałem się w Karolinie Cichej". No, może nie tak do końca, ale jednak w znacznym stopniu.

Z panią Karoliną poznałem się przy słuchaniu krążka Gajcy!, wydanego tez pod patronatem MPW w zeszłym roku. Jej 2 piosenki to były jedne z kilku, które dawały na tej płycie radę. A energii, jaką prezetowała, nie mogłem przez dłuższą chwilę porównać z niczym. Swój zachwyt potwierdziłem niedługo później na koncercie w MPW, a potem jesienią, kiedy to wybrałem się - w znacznym stopniu własnie dla niej - na spektakl teatru Gardzienice do SWPS.

I tak sobie żyłem w błogim zakochaniu, i kiedy usłyszałem, że to własnie ona ma być główną aranżerką tegorocznej płyty wydawanej pod patronatem MPW, to się mało nie posiusiałem z radości. Moje wyobrażenia były przewidywalne: energia, pomysły, głos Karoliny, ten mistrzowski akordeon, do tego zaproszeni goście, do tego teksty o Warszawie albo jakoś związane z Warszawą, no nie ma możliwości, żeby nie było z tego płyty roku.

No i, niestety, nie ma.

Zaczyna się mocnym akcentem - Warszawa i ja Partii śpiewana z Budzym zrywa bereciki z głów:
Karolina Cicha & Tomasz Budzyński - Warszawa i ja

ale potem jest już średnio: energii jakby brakowało, pomysłu na wolniejsze piosenki też, akordeon nie daje az tyle magii, żeby załatać braki w pomysłach. W zasadzie wszystkiego da się słuchać - poza kilkoma piosenkami, np. moim zdaniem Warszawa T.Love została regularnie zmasakrowana, a David B. Saw War Jurija Andruchowycza jest po prostu niesamowicie słaba - ale nic poza "da się słuchać" czy może skromnym "jest ok" nie powiem.

Jeszcze tylko Warszawa jest smutna bez Ciebie z Mamadou Dioufem błyszczy jaśniejszą gwiazdą:



i może ostatni Bal na Gnojnej z Czesławem Mozilem, jeśli ktos lubi Czesława.

Szkoda, i płyty, i mojej fascynacji pania Karoliną mi trochę szkoda.

Vavamuffin: Mo' Better Rootz

Recenzję z prawdziwego zdarzenia walnął jeszcze przed premierą Roody:
http://roody102.pl/2010/08/vavamuffin-siega-do-korzeni.html.

IMHO płyta prze-mistrzowska. Buja, kołysze, zmusza do skakania, nie pozwala zasnąć.  Ponieważ na majspejsie jest tylko jedna z kilku najlepszych i absolutnie nie do pominięcia piosenek z tego krążka (Radio Vavamuffin), nielegalnie i bezczelnie zlinkuję z pirackich źródeł jeszcze dwie:
Koronowane Głowy i Bez Piątala Bal.

Na dzień dzisiejszy każdą z nich jestem w stanie zapętlić sobie na słuchawkach na godzinę i słuchać bez przerwy, bez znudzenia, podskakując jak idiota w autobusie, metrze, na spacerze, na rowerze[1]. Z tego, co do tej pory w tym roku usłyszałem - a do końca mamy bliżej niż dalej - najlepsze tuny wydane w 2010.Już nie mogę doczekać się jakichś jesiennych koncertów.

[1] No dobra, na rowerze nie umiem.

Saleh, Tarik: Metropia

Technikalia: http://www.filmweb.pl/Metropia

Generalnie film mógłby być ok, ale jakoś nie jest. I w sumie nawet nie wiem do końca, czemu nie jest. Może dlatego że dobrze narysowana scenografię - brudną, przygnębiająco industrialną, depresyjną - psuje animacja jak sprzed 10 lat, sztywna, bez detali, jakby poszarpana, bez płynności. Może dlatego że koncept fabularny - niby wyeksploatowany, ale przecież na tyle obszerny, że co rusz daje się z niego wycisnąć coś nowego - spisku rządzących światem korporacji, psuje rozbrajająco absurdalny pomysł z szamponem jako sposobem uzyskiwania kontroli nad ludzkimi umysłami. Może dlatego, że bohater, który próbuje walczyć z tym spiskiem, przeciwstawić się systemowi, nie ma ani jednego indywidualnego rysu charakteru, który pozwoliłby go polubić - jest nijaki, i nawet, kiedy się buntuje, to nie potrafi albo nie ma energii czy ochoty powiedzieć czemu.
Generalnie film mógłby być OK, i żaden z tych drobiazgów osobno nie powinien zepsuć przyjemności oglądania, ale wszystkie razem sprawiają, że mam wrażenie niedoróbki. Obejrzałem, ale w trakcie robiłem - ze znudzenia - 10 innych rzeczy. Zapamiętałem, ale nie wiem, na jak długo.

Noyce, Phillip: Salt

Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Salt-2010-418952

Generalnie potrafię na filmach sensacyjnych przełączyć się wtryb niskich oczekiwań. Np. jestem oddanym fanem Bondów, zachwycam się Bournem. Nastawiam się na dużo akcji, przewidywalność wydarzeń, i dobrze się bawię, ignorując delikatne niekonsekwencje czy nawet większe idiotyzmy w konstrukcji fabuły czy bohaterów. Ale Salt jest tak idiotyczny, nielogiczny poza granice akceptacji, że po prostu nie byłem w stanie oglądać go bez zgrzytu zębów.

Jeśli ktoś ma większą niż ja tolerancję na bzdury, to ok: są pościgi, fajnie się kopią po ryjach, jest dużo technologii, jest Angelina, jest dobrze. Ale ja skończyłem oglądać zniechęcony.

Karpowicz, Ignacy: Nowy Kwiat Cesarza

Wąską ścieżką, bacząc na zdradliwe kamienie i równie zdradliwe zwierzęce odchody, podchodzi się do grupy małych, parterowych budynków, stawianych z kamienia połączonego zaprawą, a następnie otynkowanych. Palmowe strzechy przykryto dla bezpieczeństwa i wygody czapeczkami z lekko falistej blachy.
Zabudowania niszczeją, nieliczne szyby od lat nie widziały szmaty z wodą, rośliny zarastają podpiwniczenia, poręcze i drewniane bale, na których opiera się dach - murszeją. Bezpańskie kundle wałęsają się po zielono-brunatnej okolicy. We wnętrzach - gruzy, bałagan, oko nie potrafi wyróżnić choćby jednego znajomego sprzętu, a ucho chwyta popiskujące rozmowy nietoperzy.
Staram się przemienić w wyobraźni obecną ruinę w dobrze utrzymane, wypełnione zbytkownymi przedmiotami i gwarem eleganckich dworek pałacowe zabudowania. Przecież na tle drewnianych chałup i namiotów, po których dzisiaj nie został najmniejszy nawet ślad, te ocalone budynki musiały prezentować się korzystnie.
Smutny widok. Brak pieniędzy na konserwację, że o przywróceniu dawnego blasku nie wspomnę, znajduje odbicie w obłażącym tynku, niedomykających się drzwiach, w przygnębiającym obrazie  z a g a r n i a n i a  przez naturę. Znacznie prościej wybiec naprzód, dojrzeć zarysy pochłoniętych już budowli, kikuty ścian, kopczyki - niech odpoczywa w pokoju - w miejsu sypialni Taitu; łatwiej wybiec naprzód niż cofnąć się w lata świetności. Smutny widok.
Kilkunastoletni chłopiec, you, money, hello, mister,  akompaniujący (zgarbionemu dozorcy oraz mojej osobie) tej podróży w przeszłość krótkimi, urwanymi zdaniami, nie kryje dumy.
- Tutaj - wskazuje ręką - mieszkał potężny cesarz Menelik II i jego żona, piękna Taitu.
Wspinamy się po schodach...
- Ostrożnie - mówi chłopiec. - Deski są mokre i śliskie.
... na niby-taras.
- Tutaj - wskazuje okno - potężna ytiege stała w oknie i rozmyślała nad życiem.
Dotykam ręką szorstkiej, popękanej framugi.
Zbocze stromo opada w dół. Falujące liście z gniazdami waty (ogniska mgły). Widok wspaniały. Skłania raczej do odpoczynku niż planowania kolejnych posunięć. Oddałbym (lewą) rękę za możliwość przeniknięcia jej myśli. Czy gnębił ją brak potomka? Czy obmyślała sposoby odsunięcia niewygodnych dygnitarzy? Czy wspominała poprzednich mężów? Czy wyczuwała wiszące (może) nad nią fatum, obracające jej miłość (może) w proch?
[...]
Oczy kilkunastoletniego chłopca odzianego w przykrótkie, cerowane tysiąckrotnie spodnie, cienką i poznaczoną plastrami łat bluzę, z nagimi stopami oblepionymi błotem - błyszczą z podniecenia.
Obchodzimy kolejne zabudowania. Dozorca otwiera kłódki u kolejnych drzwi. Za nimi - śmietnik życia, bo nawet nie historii: gruzy, mrok, woń stęchlizny, ani okruszyny, wyjąwszy pewnie niektóre kamienie, z dawnych czasów.
Uderza mnie nagle widok wypielęgnowanego, odseparowanego (motyką) od dzikiej roślinności krzaka. Obsypany różowymi cesarskimi kwiatami jakoś nie pasuje do otaczającej go beznadziejności. Zauważam następną zagadkę: pracowicie załatany dach, coś z niczego, kawałeczki dopasowano pieczołowicie, z miłością, jak perełki w naszyjniku, urzekający turpizm, sztuka ubogich, ręka mistrza; świeżo zaszpachlowane dziury w ścianach; stosik głazów i skalnych odprysków, niby przypadkowych, a jednak - teraz zabawa w przenoszenie elementów kopczyka w pustości murów - pasujących do wyszczerbień, oczekujących na wolną godzinę, czekających na włączenie w mury Menelikowego pierwszego pałacu; gładkie, tłuste gąsienice wosku, na którym trzymają się ocalałe szybki; kłódki u drzwi.
Wolno, z trudem, z nieostrością spojrzenia (jak się ma astygmatyzm, to nieostre spojrzenie przychodzi z łatwością) zaczynam rozumieć podniecenie etiopskiego chłopca, urzędowe zachowanie dozorcy pobrzękującego pękiem kluczy. Zaczynam widzieć oczyma chłopca.
- Tutaj - mówi - stały straże, kiedy Menelik przyjmował dostojników.
Po kawałeczku znajduję drogę do źródła, z którego bije duma mego młodego przewodnika i dostojnie urzędowe pobrzękiwanie kluczy.
I już nie przeszkadza mi ubóstwo i zaniedbanie, niewielka skala cesarskiej siedziby. Pojmuję, że trwanie Menelikowej spuścizny zawdzięczam nieopłacanej, mrówczej robocie mieszkańców wzgórz Intoto. Te czary-mary, kawałeczki bezcennej blachy, równie bezcenne kłódki kryjące niby-nic, wosk obejmujący plastry szkła - ile dumy, szacunku i oddania wymaga utrzymanie tych budowli w kupie.
- Tutaj - ciągnie chłopiec - cesarzowa Taitu zabawiała się tańcem.
Dalekie od monumentalności, prawie kurze chałupki przemieniają się w najprawdziwszy pałac. Zamiast ułomności widzę potęgę dawnych władców. Nie dziwi mnie pełen namaszczenia ton chłopca. Dla niego ubogie ściany z przykrywka blaszanego dachu są dowodem wielkości jego narodu, odrębności Etiopczyków, fragmentem historii. On nie zauważa felerów. On widzi, co zrobiono, aby przeszłość mogła wybiec na spotkanie chętnych turystów.
Cóż za szczęście, że nie przeoczyłem gorejącego różem krzaka!
Żegnam się przy biało-niebieskiej taksówce.
Oczy chłopca ciągle błyszczą. Jeszcze nie powrócił do świata biedy i głodu.
Starzec dozorca przeżył więcej; historia historią, a teraźniejszość teraźniejszością. Byłoby miło, gdybym o tym nie zapomniał. Jakieś pieniądze... o ile, oczywiście, jestem zadowolony...
Daję dziadkowi trzydzieści birrów.
Cieszy się jak dziecko.
Mężnieje.
Prostuje się.
Wyciąga rękę.
Suta kolacja. Indżera z mięsem. Talla (gatunek tradycyjnego taniego piwa). Radio (jeśli mają). Zadowolone dzieci. Zadowolona żona.
Może pogłaszcze staruszka po bruzdach na twarzy. Może powie: dobrze się sprawiłeś; albo lepiej niech nic nie mówi. Niech pogłaszcze.
[s. 152-154]

Łatwo jest zobaczyć brud, zaniedbanie i braki. Trudniej jest za tym zobaczyć jakąś historię, zauważyć jej blask w tym, co na pozór nie jest warte żadnej uwagi. Ogromnego kunsztu, moim zdaniem, wymaga zauważenie tego i opisanie w taki sposób, żeby ktoś, kto nie widział, tylko czytał, poczuł, jakby sam zobaczył. Cała książka jest jedną z najbardziej wciagających, najlepiej napisanych relacji z podróży, jaką zdażyło mi się czytać.

piątek, 2 lipca 2010

Dukaj, Jacek: Wroniec

Dobra bajka, ale nie moja. Przeczytałem na raz, zresztą niech nikogo nie zwiedzie grubość książki - pisana z perspektywy dziecka i wydana jak dla dzieci. Wiele miejsca zajmują ilustracje, czcionka jest duża, marginesy spore, interlinie szerokie. W sumie lektura na półtorej godziny wyszła. Więc przeczytałem na raz i z zainteresowaniem - znakomite przetworzenie, oryginalnie pomyślane, oryginalnie opowiedziane - ale bez zachwytu. Mam wrażenie, że koncepcja zawęża nieco krąg szczerze zachwyconych odbiorców: do tych, którym faktycznie w grudniu 1981 brakowało teleranka. Wszyscy inni, nawet jeśli mają wiedzę historyczną i generalnie ogarniają temat, chyba nie poczują tej książki tak, jak należy. Ja się spóżniłem na świat z 7 lat - gdybym w 1981 roku był chociaż pięciolatkiem, rejestrującym już rzeczywistość dookoła, to bym lekturę wziął prosto do serca. A tak - po prostu przeczytałem z uznaniem.

Nie sposób jednakowoż odmówić autorowi kudosów za refleksje nad działaniem systemu kryjące się za postaciami wujka Kazka, pana Betona oraz samego Wrońca. Pytanie tego ostatniego: "Myślisz, że nie przyjdą następni?" - daleki jestem od rozpoczynania jałowej dyskusji co by było gdyby, ale tak prostego ujęcia całej tej niepewności jeszcze nie spotkałem.

No i trzeba zauważyć znakomite, miejscami mocno steampunkowe ilustracje, i doskonałe wydanie. Ładne książki lepiej się czyta ;)

czwartek, 1 lipca 2010

Coen, Joel i Ethan: Poważny człowiek

Widoczne na polskich plakatach odwołanie do poprzedniego filmu Coenów, Tajne przez poufne, oraz hasło reklamowe "Komedia braci Coen" mogą wprowadzać w błąd[1]. Oczywiście film jest w wielu miejscach zabawny, nawet rozbrajająco zabawny. Oczywiście dowcip Coenów nadal jest ponadprzeciętnie ironiczny - taki, jak tygrysy lubia najbardziej. Ale generalnie film jest tak porażająco smutny, że słów nie znajduję. Może nawet nei tyle smutny, nie w takim sensie, że bolesny czy coś. Tylko tak smutny - tchnący bezradnością. Spinaj się jak chcesz, rób co chcesz - wpływu na całokształt swojego zycia i tak nie masz żadnego. Niezależnie od przyjętej strategii, od przekonań, od chwilowych porażek czy sukcesów, całokształt i tak się wyrównuje na beznadziejnie niezależny od Twoich działań.
Nie za bardzo wierzę w przeznaczenie czy możliwość zaklinania rzeczywistości, ale w sumie prolog - ten zwiastujący jakieś przekleństwo wiszące nad rodziną głównego bohatera - zwłaszcza przy takim braku wiary w czynnik nadprzyrodzony, wypada nadzwyczaj dobrze. Życie to tak beznadziejna sprawa, że w sumie mogłoby być kierowane i przez czynnik nadprzyrodzony - wszystko jedno. Co się liczy, to że nie jest kierowane przez głównego zainteresowanego.

Pytaniem, które pozostaje po filmie, jest to o strategię przetrwania. Czy warto grać w bycie poważnym człowiekiem który odpowiedzialnie prowadzi swoje życie na wszystkich płaszczyznach, skoro wiadomo, że to zawsze tylko gra?


[1] Ale gdyby nie wprowadzały, to cała strategia marketingowa by się sypnęła ;]