Recenzję z prawdziwego zdarzenia walnął jeszcze przed premierą Roody:
http://roody102.pl/2010/08/vavamuffin-siega-do-korzeni.html.
IMHO płyta prze-mistrzowska. Buja, kołysze, zmusza do skakania, nie pozwala zasnąć. Ponieważ na majspejsie jest tylko jedna z kilku najlepszych i absolutnie nie do pominięcia piosenek z tego krążka (Radio Vavamuffin), nielegalnie i bezczelnie zlinkuję z pirackich źródeł jeszcze dwie:
Koronowane Głowy i Bez Piątala Bal.
Na dzień dzisiejszy każdą z nich jestem w stanie zapętlić sobie na słuchawkach na godzinę i słuchać bez przerwy, bez znudzenia, podskakując jak idiota w autobusie, metrze, na spacerze, na rowerze[1]. Z tego, co do tej pory w tym roku usłyszałem - a do końca mamy bliżej niż dalej - najlepsze tuny wydane w 2010.Już nie mogę doczekać się jakichś jesiennych koncertów.
[1] No dobra, na rowerze nie umiem.
sobota, 28 sierpnia 2010
Saleh, Tarik: Metropia
Technikalia: http://www.filmweb.pl/Metropia
Generalnie film mógłby być ok, ale jakoś nie jest. I w sumie nawet nie wiem do końca, czemu nie jest. Może dlatego że dobrze narysowana scenografię - brudną, przygnębiająco industrialną, depresyjną - psuje animacja jak sprzed 10 lat, sztywna, bez detali, jakby poszarpana, bez płynności. Może dlatego że koncept fabularny - niby wyeksploatowany, ale przecież na tyle obszerny, że co rusz daje się z niego wycisnąć coś nowego - spisku rządzących światem korporacji, psuje rozbrajająco absurdalny pomysł z szamponem jako sposobem uzyskiwania kontroli nad ludzkimi umysłami. Może dlatego, że bohater, który próbuje walczyć z tym spiskiem, przeciwstawić się systemowi, nie ma ani jednego indywidualnego rysu charakteru, który pozwoliłby go polubić - jest nijaki, i nawet, kiedy się buntuje, to nie potrafi albo nie ma energii czy ochoty powiedzieć czemu.
Generalnie film mógłby być OK, i żaden z tych drobiazgów osobno nie powinien zepsuć przyjemności oglądania, ale wszystkie razem sprawiają, że mam wrażenie niedoróbki. Obejrzałem, ale w trakcie robiłem - ze znudzenia - 10 innych rzeczy. Zapamiętałem, ale nie wiem, na jak długo.
Generalnie film mógłby być ok, ale jakoś nie jest. I w sumie nawet nie wiem do końca, czemu nie jest. Może dlatego że dobrze narysowana scenografię - brudną, przygnębiająco industrialną, depresyjną - psuje animacja jak sprzed 10 lat, sztywna, bez detali, jakby poszarpana, bez płynności. Może dlatego że koncept fabularny - niby wyeksploatowany, ale przecież na tyle obszerny, że co rusz daje się z niego wycisnąć coś nowego - spisku rządzących światem korporacji, psuje rozbrajająco absurdalny pomysł z szamponem jako sposobem uzyskiwania kontroli nad ludzkimi umysłami. Może dlatego, że bohater, który próbuje walczyć z tym spiskiem, przeciwstawić się systemowi, nie ma ani jednego indywidualnego rysu charakteru, który pozwoliłby go polubić - jest nijaki, i nawet, kiedy się buntuje, to nie potrafi albo nie ma energii czy ochoty powiedzieć czemu.
Generalnie film mógłby być OK, i żaden z tych drobiazgów osobno nie powinien zepsuć przyjemności oglądania, ale wszystkie razem sprawiają, że mam wrażenie niedoróbki. Obejrzałem, ale w trakcie robiłem - ze znudzenia - 10 innych rzeczy. Zapamiętałem, ale nie wiem, na jak długo.
Noyce, Phillip: Salt
Technikalia: http://www.filmweb.pl/film/Salt-2010-418952
Generalnie potrafię na filmach sensacyjnych przełączyć się wtryb niskich oczekiwań. Np. jestem oddanym fanem Bondów, zachwycam się Bournem. Nastawiam się na dużo akcji, przewidywalność wydarzeń, i dobrze się bawię, ignorując delikatne niekonsekwencje czy nawet większe idiotyzmy w konstrukcji fabuły czy bohaterów. Ale Salt jest tak idiotyczny, nielogiczny poza granice akceptacji, że po prostu nie byłem w stanie oglądać go bez zgrzytu zębów.
Jeśli ktoś ma większą niż ja tolerancję na bzdury, to ok: są pościgi, fajnie się kopią po ryjach, jest dużo technologii, jest Angelina, jest dobrze. Ale ja skończyłem oglądać zniechęcony.
Generalnie potrafię na filmach sensacyjnych przełączyć się wtryb niskich oczekiwań. Np. jestem oddanym fanem Bondów, zachwycam się Bournem. Nastawiam się na dużo akcji, przewidywalność wydarzeń, i dobrze się bawię, ignorując delikatne niekonsekwencje czy nawet większe idiotyzmy w konstrukcji fabuły czy bohaterów. Ale Salt jest tak idiotyczny, nielogiczny poza granice akceptacji, że po prostu nie byłem w stanie oglądać go bez zgrzytu zębów.
Jeśli ktoś ma większą niż ja tolerancję na bzdury, to ok: są pościgi, fajnie się kopią po ryjach, jest dużo technologii, jest Angelina, jest dobrze. Ale ja skończyłem oglądać zniechęcony.
Karpowicz, Ignacy: Nowy Kwiat Cesarza
Wąską ścieżką, bacząc na zdradliwe kamienie i równie zdradliwe zwierzęce odchody, podchodzi się do grupy małych, parterowych budynków, stawianych z kamienia połączonego zaprawą, a następnie otynkowanych. Palmowe strzechy przykryto dla bezpieczeństwa i wygody czapeczkami z lekko falistej blachy.
Zabudowania niszczeją, nieliczne szyby od lat nie widziały szmaty z wodą, rośliny zarastają podpiwniczenia, poręcze i drewniane bale, na których opiera się dach - murszeją. Bezpańskie kundle wałęsają się po zielono-brunatnej okolicy. We wnętrzach - gruzy, bałagan, oko nie potrafi wyróżnić choćby jednego znajomego sprzętu, a ucho chwyta popiskujące rozmowy nietoperzy.
Staram się przemienić w wyobraźni obecną ruinę w dobrze utrzymane, wypełnione zbytkownymi przedmiotami i gwarem eleganckich dworek pałacowe zabudowania. Przecież na tle drewnianych chałup i namiotów, po których dzisiaj nie został najmniejszy nawet ślad, te ocalone budynki musiały prezentować się korzystnie.
Smutny widok. Brak pieniędzy na konserwację, że o przywróceniu dawnego blasku nie wspomnę, znajduje odbicie w obłażącym tynku, niedomykających się drzwiach, w przygnębiającym obrazie z a g a r n i a n i a przez naturę. Znacznie prościej wybiec naprzód, dojrzeć zarysy pochłoniętych już budowli, kikuty ścian, kopczyki - niech odpoczywa w pokoju - w miejsu sypialni Taitu; łatwiej wybiec naprzód niż cofnąć się w lata świetności. Smutny widok.
Kilkunastoletni chłopiec, you, money, hello, mister, akompaniujący (zgarbionemu dozorcy oraz mojej osobie) tej podróży w przeszłość krótkimi, urwanymi zdaniami, nie kryje dumy.
- Tutaj - wskazuje ręką - mieszkał potężny cesarz Menelik II i jego żona, piękna Taitu.
Wspinamy się po schodach...
- Ostrożnie - mówi chłopiec. - Deski są mokre i śliskie.
... na niby-taras.
- Tutaj - wskazuje okno - potężna ytiege stała w oknie i rozmyślała nad życiem.
Dotykam ręką szorstkiej, popękanej framugi.
Zbocze stromo opada w dół. Falujące liście z gniazdami waty (ogniska mgły). Widok wspaniały. Skłania raczej do odpoczynku niż planowania kolejnych posunięć. Oddałbym (lewą) rękę za możliwość przeniknięcia jej myśli. Czy gnębił ją brak potomka? Czy obmyślała sposoby odsunięcia niewygodnych dygnitarzy? Czy wspominała poprzednich mężów? Czy wyczuwała wiszące (może) nad nią fatum, obracające jej miłość (może) w proch?
[...]
Oczy kilkunastoletniego chłopca odzianego w przykrótkie, cerowane tysiąckrotnie spodnie, cienką i poznaczoną plastrami łat bluzę, z nagimi stopami oblepionymi błotem - błyszczą z podniecenia.
Obchodzimy kolejne zabudowania. Dozorca otwiera kłódki u kolejnych drzwi. Za nimi - śmietnik życia, bo nawet nie historii: gruzy, mrok, woń stęchlizny, ani okruszyny, wyjąwszy pewnie niektóre kamienie, z dawnych czasów.
Uderza mnie nagle widok wypielęgnowanego, odseparowanego (motyką) od dzikiej roślinności krzaka. Obsypany różowymi cesarskimi kwiatami jakoś nie pasuje do otaczającej go beznadziejności. Zauważam następną zagadkę: pracowicie załatany dach, coś z niczego, kawałeczki dopasowano pieczołowicie, z miłością, jak perełki w naszyjniku, urzekający turpizm, sztuka ubogich, ręka mistrza; świeżo zaszpachlowane dziury w ścianach; stosik głazów i skalnych odprysków, niby przypadkowych, a jednak - teraz zabawa w przenoszenie elementów kopczyka w pustości murów - pasujących do wyszczerbień, oczekujących na wolną godzinę, czekających na włączenie w mury Menelikowego pierwszego pałacu; gładkie, tłuste gąsienice wosku, na którym trzymają się ocalałe szybki; kłódki u drzwi.
Wolno, z trudem, z nieostrością spojrzenia (jak się ma astygmatyzm, to nieostre spojrzenie przychodzi z łatwością) zaczynam rozumieć podniecenie etiopskiego chłopca, urzędowe zachowanie dozorcy pobrzękującego pękiem kluczy. Zaczynam widzieć oczyma chłopca.
- Tutaj - mówi - stały straże, kiedy Menelik przyjmował dostojników.
Po kawałeczku znajduję drogę do źródła, z którego bije duma mego młodego przewodnika i dostojnie urzędowe pobrzękiwanie kluczy.
I już nie przeszkadza mi ubóstwo i zaniedbanie, niewielka skala cesarskiej siedziby. Pojmuję, że trwanie Menelikowej spuścizny zawdzięczam nieopłacanej, mrówczej robocie mieszkańców wzgórz Intoto. Te czary-mary, kawałeczki bezcennej blachy, równie bezcenne kłódki kryjące niby-nic, wosk obejmujący plastry szkła - ile dumy, szacunku i oddania wymaga utrzymanie tych budowli w kupie.
- Tutaj - ciągnie chłopiec - cesarzowa Taitu zabawiała się tańcem.
Dalekie od monumentalności, prawie kurze chałupki przemieniają się w najprawdziwszy pałac. Zamiast ułomności widzę potęgę dawnych władców. Nie dziwi mnie pełen namaszczenia ton chłopca. Dla niego ubogie ściany z przykrywka blaszanego dachu są dowodem wielkości jego narodu, odrębności Etiopczyków, fragmentem historii. On nie zauważa felerów. On widzi, co zrobiono, aby przeszłość mogła wybiec na spotkanie chętnych turystów.
Cóż za szczęście, że nie przeoczyłem gorejącego różem krzaka!
Żegnam się przy biało-niebieskiej taksówce.
Oczy chłopca ciągle błyszczą. Jeszcze nie powrócił do świata biedy i głodu.
Starzec dozorca przeżył więcej; historia historią, a teraźniejszość teraźniejszością. Byłoby miło, gdybym o tym nie zapomniał. Jakieś pieniądze... o ile, oczywiście, jestem zadowolony...
Daję dziadkowi trzydzieści birrów.
Cieszy się jak dziecko.
Mężnieje.
Prostuje się.
Wyciąga rękę.
Suta kolacja. Indżera z mięsem. Talla (gatunek tradycyjnego taniego piwa). Radio (jeśli mają). Zadowolone dzieci. Zadowolona żona.
Może pogłaszcze staruszka po bruzdach na twarzy. Może powie: dobrze się sprawiłeś; albo lepiej niech nic nie mówi. Niech pogłaszcze.
[s. 152-154]
Łatwo jest zobaczyć brud, zaniedbanie i braki. Trudniej jest za tym zobaczyć jakąś historię, zauważyć jej blask w tym, co na pozór nie jest warte żadnej uwagi. Ogromnego kunsztu, moim zdaniem, wymaga zauważenie tego i opisanie w taki sposób, żeby ktoś, kto nie widział, tylko czytał, poczuł, jakby sam zobaczył. Cała książka jest jedną z najbardziej wciagających, najlepiej napisanych relacji z podróży, jaką zdażyło mi się czytać.
piątek, 2 lipca 2010
Dukaj, Jacek: Wroniec
Dobra bajka, ale nie moja. Przeczytałem na raz, zresztą niech nikogo nie zwiedzie grubość książki - pisana z perspektywy dziecka i wydana jak dla dzieci. Wiele miejsca zajmują ilustracje, czcionka jest duża, marginesy spore, interlinie szerokie. W sumie lektura na półtorej godziny wyszła. Więc przeczytałem na raz i z zainteresowaniem - znakomite przetworzenie, oryginalnie pomyślane, oryginalnie opowiedziane - ale bez zachwytu. Mam wrażenie, że koncepcja zawęża nieco krąg szczerze zachwyconych odbiorców: do tych, którym faktycznie w grudniu 1981 brakowało teleranka. Wszyscy inni, nawet jeśli mają wiedzę historyczną i generalnie ogarniają temat, chyba nie poczują tej książki tak, jak należy. Ja się spóżniłem na świat z 7 lat - gdybym w 1981 roku był chociaż pięciolatkiem, rejestrującym już rzeczywistość dookoła, to bym lekturę wziął prosto do serca. A tak - po prostu przeczytałem z uznaniem.
Nie sposób jednakowoż odmówić autorowi kudosów za refleksje nad działaniem systemu kryjące się za postaciami wujka Kazka, pana Betona oraz samego Wrońca. Pytanie tego ostatniego: "Myślisz, że nie przyjdą następni?" - daleki jestem od rozpoczynania jałowej dyskusji co by było gdyby, ale tak prostego ujęcia całej tej niepewności jeszcze nie spotkałem.
No i trzeba zauważyć znakomite, miejscami mocno steampunkowe ilustracje, i doskonałe wydanie. Ładne książki lepiej się czyta ;)
Nie sposób jednakowoż odmówić autorowi kudosów za refleksje nad działaniem systemu kryjące się za postaciami wujka Kazka, pana Betona oraz samego Wrońca. Pytanie tego ostatniego: "Myślisz, że nie przyjdą następni?" - daleki jestem od rozpoczynania jałowej dyskusji co by było gdyby, ale tak prostego ujęcia całej tej niepewności jeszcze nie spotkałem.
No i trzeba zauważyć znakomite, miejscami mocno steampunkowe ilustracje, i doskonałe wydanie. Ładne książki lepiej się czyta ;)
czwartek, 1 lipca 2010
Coen, Joel i Ethan: Poważny człowiek
Widoczne na polskich plakatach odwołanie do poprzedniego filmu Coenów, Tajne przez poufne, oraz hasło reklamowe "Komedia braci Coen" mogą wprowadzać w błąd[1]. Oczywiście film jest w wielu miejscach zabawny, nawet rozbrajająco zabawny. Oczywiście dowcip Coenów nadal jest ponadprzeciętnie ironiczny - taki, jak tygrysy lubia najbardziej. Ale generalnie film jest tak porażająco smutny, że słów nie znajduję. Może nawet nei tyle smutny, nie w takim sensie, że bolesny czy coś. Tylko tak smutny - tchnący bezradnością. Spinaj się jak chcesz, rób co chcesz - wpływu na całokształt swojego zycia i tak nie masz żadnego. Niezależnie od przyjętej strategii, od przekonań, od chwilowych porażek czy sukcesów, całokształt i tak się wyrównuje na beznadziejnie niezależny od Twoich działań.
Nie za bardzo wierzę w przeznaczenie czy możliwość zaklinania rzeczywistości, ale w sumie prolog - ten zwiastujący jakieś przekleństwo wiszące nad rodziną głównego bohatera - zwłaszcza przy takim braku wiary w czynnik nadprzyrodzony, wypada nadzwyczaj dobrze. Życie to tak beznadziejna sprawa, że w sumie mogłoby być kierowane i przez czynnik nadprzyrodzony - wszystko jedno. Co się liczy, to że nie jest kierowane przez głównego zainteresowanego.
Pytaniem, które pozostaje po filmie, jest to o strategię przetrwania. Czy warto grać w bycie poważnym człowiekiem który odpowiedzialnie prowadzi swoje życie na wszystkich płaszczyznach, skoro wiadomo, że to zawsze tylko gra?
[1] Ale gdyby nie wprowadzały, to cała strategia marketingowa by się sypnęła ;]
Nie za bardzo wierzę w przeznaczenie czy możliwość zaklinania rzeczywistości, ale w sumie prolog - ten zwiastujący jakieś przekleństwo wiszące nad rodziną głównego bohatera - zwłaszcza przy takim braku wiary w czynnik nadprzyrodzony, wypada nadzwyczaj dobrze. Życie to tak beznadziejna sprawa, że w sumie mogłoby być kierowane i przez czynnik nadprzyrodzony - wszystko jedno. Co się liczy, to że nie jest kierowane przez głównego zainteresowanego.
Pytaniem, które pozostaje po filmie, jest to o strategię przetrwania. Czy warto grać w bycie poważnym człowiekiem który odpowiedzialnie prowadzi swoje życie na wszystkich płaszczyznach, skoro wiadomo, że to zawsze tylko gra?
[1] Ale gdyby nie wprowadzały, to cała strategia marketingowa by się sypnęła ;]
Ciężar grawitacji, czyli jak nie przeczytałem Pynchona
Zmięklem na 56 stronie "Tęczy Grawitacji". Starałem się, naprawdę. Ale w momencie, gdy po ponad 50 stronach wiedziałem tylko, że chodzi o coś z wojną i bombami, a nagle główny bohater zaczął pisać jakieś pokręcone listy ze szpitala, choć nie byłem w stanie powiedzieć, kiedy się do niego dostał i w jaki sposób, odpuściłem. Okładka mówi, że książce tej "przyznano nagrodę Pulitzera, cofniętą następnie z powodu 'niezrozumiałości i obsceniczności'. " - to ja mogę się, przynajmniej z tym pierwszym określeniem, zgodzić. Jeśli ktoś przeczytał i zrozumiał, to zapraszam na piwo i poproszę o streszczenie ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


