poniedziałek, 2 lipca 2012

Frankfurt, Harry G.: On bullshit

Bullshit is unavoidable whenever circumstances require someone to talk without knowing what he is talking about. Thus the production of bullshit is stimulated whenever a person's obligations or opportunities to speak about some topic exceed his knowledge of the facts that are relevant to that topic. This discrepancy is common in public life, where people are frequently impelled - whether by their own propensities or by the demands of others - to speak extensively about matters of which they are to some degree ignorant. Closely related instances arise from the widespread conviction that it is the responsibility of a citizen in a democracy to have opinions about everything, or at least everything that pertains to the conduct of his country's affairs. The lack of any significant connection between a person's opinions and his apprehension of reality will be even more severe, needless to say, for someone who believes in his responsibility, as a conscientious moral agent, to evaluate events and conditions in all parts of the world.
[pp. 63-56]

Krótki esej, ledwie 67 stron formatu A6, a perfekcyjnie streszcza większość tego co myślę o współczesnych mediach, o politykach, o celebrytach i dziennikarzach, o fachowcach, ekspertach i autorytetach. Nie wiem czy magiczny krąg produkcji bullshitu jest do przerwania - żeby ludzie przestali mówić, muszą przestać być pytani; żeby pytający przestali pytać, muszą przestać mieć odbiorców dla odpowiedzi; żeby odbiorcy przestali chcieć odbierać, muszą zorientować się, że odbierają bullshit; a żeby to przyjąć, musieliby uznać, że kiedy sami zaczną produkować, też zaczną produkować bullshit. No cóż, a kto sam o sobie powie, że lepiej by nic nie produkował, bo produkuje bullshit?
Kto jest bez winy niech pierwszy przestanie pisać blogaska.

--
PS: To jest esej z 1986 roku. Grubo.

Hugo-Bader, Jacek: Dzienniki kołymskie

Hugo-Bader pojechał z własnej woli tam, gdzie przez dziesięciolecia jechało się w zasadzie wyłącznie pod przymusem. Bardzo mi się podoba struktura tej książki - reportaże przetykane dziennikiem - ale jeszcze bardziej podoba mi się talent autora do wyłapywania fascynujących postaci. Których w okolicy mniej i mniej:

Armań to typowa kołymska osada. Ma bardzo kruchą strukturę społeczną, która opiera się zaledwie na pięciu, sześciu rodzinach, małżeństwach z kilkorgiem dzieci i garstką krewniaków. Tylko oni zakładają interesy, kombinuja, gromadzą kapitał, tworzą miejsca pracy. Prawie zawsze zaczynają od sklepików, potem zakładają wielkie gospodarstwa rolne, firmy rybackie, skupy runa leśnego, zamrażalnie... Tacy liderzy mogą zebrać wokół siebie nawet półtora, dwa tysiące ludzi, tyle, ile na początku lat dziewięćdziesiątych żyło w Armaniu.
Wystarczy jednak, że wyjedzie jedno małżeństwo, za nimi ich dzieci, potem druga rodzina i rozpoczyna się exodus. Efekt domina. Miejscowe firmy, które żyły w symbiozie, padają jedna po drugiej, wszystko zaczyna się walić, ludzie tracą pracę a życie sens. W osadzie zostają tylko pijusy, biedacy, ludzie bez energii, inicjatywy. Taki los spotkał Armań. Leży nad jednym z najzasobniejszych mórz świata, a umiera. Z dwóch tysięcy mieszkańców zostało pięciuset, dziesiątki porzuconych domów zamieniają się w ruinę, a miejscowi menelicy prują z nich złom i drewno na opał, chociaż wkoło tajga i drewna w bród.
Takich osad na Kołymie są dziesiątki. Z ponad pięciuset tysięcy mieszkańców, którzy żyli tutaj, kiedy w 1991 roku rozpadał się Kraj Rad, zostało tylko około stu pięćdziesięciu tysięcy w pięćdziesięciu zamieszkanych siedzibach ludzkich.
[s. 28-29]

Najbardziej fascynujące są jednak rozmowy z ludźmi, którzy wyjechali kiedy już mogli - ale okazało się, że nigdzie indziej nic na nich nie czeka. Więc wrócili. Też z własnej woli. Może z przywiązania, może z bezradności. Dobrowolni ale bezwolni.

niedziela, 1 lipca 2012

Hugo-Bader, Jacek: W rajskiej dolinie wśród zielska

Warsztatem Hugo-Badera się już zachwycałem, więc drugi raz nie będę. Nie ma zresztą co się rozwodzić, jest rewelacyjnie i kropka. Kropka.

Ale ta książka mnie nieco zaniepokoiła. Nie że poznawczo - chociaż wydana w 2010 roku, to zbiera teksty pisane w latach 90. i około roku 2000. Wszystko się zmienia. Wschód też się zmienia, chociaż powoli. Książka traktuje o świadectwach - także ludzkich - poprzedniej epoki, ale po 10 latach sama już należy do poprzedniej epoki. Korzystanie z niej jako z przewodnika turystycznego byłoby, mam wrażenie, nieporozumieniem. Lektura z dystansem.

Bardziej mnie zaniepokoiło to, co dostrzegłem w samym autorze - napastliwość pytań, często posunięta poza granice nieuprzejmości wobec rozmówców. Nie wiem ile w tym było celowego zabiegu - żeby dotrzeć do człowieka, trzeba skruszyć pancerz z wyidealizowanych wspomnień, w którym ten się zamknął - a na ile wyszły na jaw prywatne antypatie do minionego reżimu. Czasem miałem wrażenie, że więcej było tego drugiego, i jakoś gorzej mi było podróżować w towarzystwie takiego reportera, który jest widocznie uprzedzony.


Olivier Nakache, Eric Toledano: Nietykalni

Bardzo dobry film, choć nieco przesłodzony, zwłaszcza pod koniec. Ale generalnie to daje radę. Przede wszystkim zabawny, a scena w operze kompletnie rozwala.

Technikalia: http://www.imdb.com/title/tt1675434/

sobota, 30 czerwca 2012

Brdečka, Jiří: Lemoniadowy Joe

Tu Tornado Lou omdlała i zwaliła się na rewolwerowca, który dzielnie stawił czoła temu uderzeniu, przytomnie podtrzymując masywne ciało. Nasuwa się trafne porównanie, że padła mu w ramiona jak zwiędły, delikatny kwiat, ale ponieważ określeniem "zwiędły" obrazilibyśmy to świeże dziewczę, a słowo "delikatny", biorąc pod uwagę jej proporcje, jest nie na miejscu, musimy z porównania tego zrezygnować.
[s. 162]

Szaleństwo. Absolutne szaleństwo. Z jednej strony jakby western pisany dla ludzi wygłodniałych szaleństw Dzikiego Zachodu - wszyscy możliwi do wyobrażenia bohaterowie wszystkich możliwych opowieści kowbojskich spotykają się na kartach tej książki. Z drugiej, co za absurdalny wręcz pomysł - główny bohater, nieustraszony rewolwerowiec, który pije tylko lemoniadę i mdleje od samego zapachu alkoholu. Do tego nieprawdopodbne zwroty akcji i ostatecznie wyszła całkiem zabawna przygodówka, która w zręczny (także jeśli chodzi o operowanie językiem) sposób kpi sobie z westernowej konwencji.

Natomiast co z tym tekstem zrobił Oldřich Lipský w filmie, to mi się kompletnie nie podoba. Niestety kretynizm z tego zrobił. Przygodówkę z mrugnięciem okiem zmienił w długi korowód nieprawdopodobnych głupot. Chociaż każda z tych głupot osobno jest naprawdę pyszna:




To razem się kompletnie nie sklejają. Reżyserskie ingerencje w tekst (wycięcie kluczowych scen i postaci i dodanie choćby piramidalnie głupiej sceny finałowej, w zasadzie wywracającej biografię głównego bohatera do góry nogami) tylko mu zaszkodziły. Książka ładnie wyśmiewała westernową konwencję. Film tak bardzo popłynął w jej wyśmiewanie, że bardziej to boli w głowę niż bawi. Nie klikam. Możliwe, że gdybym nie przeczytał wcześniej książki, to bym klikał. Ale niestety.

Technikalia filmu: http://www.imdb.com/title/tt0058275/



środa, 27 czerwca 2012

Sława o zasięgu europejskim

Długotrwałe zabiegi Stefana-reżysera przyniosły efekty - mój ekstraordynaryjny talent aktorski, ale też nieprzeciętna uroda, ujmujący uśmiech i niebanalny sposób bycia zostały w końcu dostrzeżone za granicą.


Ten krótki filmik to tylko wstęp do kariery międzynarodowej. Już niebawem podbijam Hollywood, a potem Bollywood. A potem podróbki kubków z moją podobizną będa produkowane na stalę masową w Chinach i zaleją polski rynek ceramiki kuchennej. Za kilka miesięcy wylezę Wam z szafek!

PS: A wczoraj w Bufecie centralnym podobno pół godziny siedziałem naprzeciwko znanej aktorki. Ale jej nie poznałem, gdyż nie mam telewizora i nie poznaję aktorek. Gapiłem się za to na jej bułkę, i jak ją macza w maśle ziołowym, i myślałem że też bym coś zjadł. Aż przyszła Karlo i mi uświadomiła że się gapię na bułkę znanej aktorki. Ha! A dzisiaj to ja jestem znanym aktorem, in your face, znana aktorko, której nazwisko zdążyłem już zapomnieć. Miało coś wspólnego ze zwierzętami.


czwartek, 21 czerwca 2012

Dragomán, György: Biały król

Ostatni z zakupów z krakowskiej taniej książki przy Grodzkiej, z której nigdy nie wychodzę z pustymi rękami. Leżakowała najdłużej i przed przeczytaniem i po lekturze. Nie chcę, żeby bez sensu zbierała kurz przy biurku, więc odnotuję już teraz, choć jestem tak samo głupi jak byłem zaraz po lekturze.

Historia dzieciństwa przegranego, pisze Varga na ostatniej stronie okładki. I zachwyca się. Ja też się w sumie zachwycam, a przynajmniej kiwam głową z podziwem, głównie dlatego, że w sumie dramatyczna historia została w tej książce podana w tak prosty sposób, w tak neutralny, jakby dotyczyła - bo ja wiem - zaginięcia ulubionego ręcznika, a nie rozpadu rodziny. Tym bardziej jest wstrząsająca.

Ale co bardziej zwraca moją uwagę, to normalność okrucieństwa w tym świecie. Starsi biją młodszych, nauczyciele tłuką uczniów do nieprzytomności, robotnicy biją przypadkowe dzieci. Wreszcie funkcjonariusze służby bezpieczeństwa znęcają się nad wszystkimi wymienionymi wcześniej. I sporadycznie tylko budzi to w kimkolwiek jakiekolwiek zdziwienie.

A żadnego nie budzi w narratorze. Dziecko, a już nauczył się reagować jak zwierzę. Wiadomo, że będą bili - trzeba się skulić. Nie zadawać pytań, nie wzywać pomocy. Robić tak, żeby bolało najmniej, żeby przeżyć do następnego dnia.

Rozpuściło mnie dorastanie w czasach i w miejscu, gdzie raczej nie biją niż biją.