sobota, 18 lutego 2017

Varga, Krzysztof: Langosz w jurcie

W trakcie wakacji znowu wpadliśmy na chwilę na Węgry1 i znowu się zachwyciłem. Tym razem założyliśmy bazę w Nagyatád - trochę na uboczu turystycznych szlaków. Kemping wyglądał, jakby lata prosperity miał za sobą; nie, że jakościowo - było czysto, elegancko. Ale - przygotowany na 100+ kamperów - zajęty był może w 10%. W tym samym czasie w Chorwacji mieliśmy kłopot ze znalezieniem wolnego miejsca na kilku kolejnych polach namiotowych. Zwiedziliśmy Pecz, kilka wsi w regionie winiarskim Villány-Siklósi (te rzędy piwniczek pozamykanych na głucho...), trochę się pobyczyliśmy na skromnym kąpielisku w Nagyatád i śmignęliśmy lokalnymi, bocznymi drogami do Sopronu. Drogami, po których było widać, że kilka(naście?) lat temu zbudowano im konkurencję w postaci autostrad - z zamkniętymi gospodami, zrujnowanymi stacjami benzynowymi, wystawami ogrodowych krasnali, których nikt już nie sprzedaje, ale też nikomu nie chciało się ich sprzątnąć.

Sam Sopron to piękne miasteczko i turystyczna atrakcja, ale my znów założyliśmy bazę w mniejszej dziurze - Sopron-Balf. A tam tradycyjne nic: przydrożne stragany, centrum finansowe w postaci bankomatu i banku zamykanego o 16:00, z 3 knajp czynna jedna, a zapowiadane kąpielisko termalne okazało się sanatorium wyjętym żywcem z Polski lat 80. Tak to wyglądało, jak mając 5 lat jeździłem z rodzicami do podobnego ośrodka w Muszynie (Metalowiec, o ile dobrze pamiętam) - tylko napisy węgierskie.

Posnuliśmy się więc po madziarskich dziurach i kiedy wróciliśmy, domykająca trylogię węgierską ksiązka Vargi wydawała mi się również idealnym dopełnieniem wakacji.

Niestety, rozczarowałem się nieco. Czegoś mi w Langoszu... brakuje. Jakby podano mi ten placek bez śmietany i sera. Jakbym towarzyszył autorowi w podróży, ale nie wiedział po co ja właściwie jadę, co to jest, co powinienem zauważyć, zapamiętać, z czym mam wrócić.

Prawie w każdej wsi stały tablice z napisem "Mięso na sprzedaż", "Prosiak na sprzedaż", "Słonina na sprzedaż", można było zaopatrzyć się w zapasy wieprzowiny na całe życie, a przy niektórych obejściach widniały też oczywiście napisy, że cały dom jest na sprzedaż, choć któż by chciał tu kupić dom?
[s. 91]

Pojechaliśmy tu, było pusto, nic nie było, zapowiadanej gospody nie było, zawróciliśmy; pojechaliśmy tam, było pusto, nic nie było, była gospoda, zjedliśmy, pojechaliśmy dalej... - albo czasem coś było, o czym mam jakąś historyjkę albo osobistą refleksję, albo z czego się nieco pośmialiśmy lub na co się skrzywiliśmy. No, nie mogę się zachwycić tym schematem. Miło się czyta, fakt, bo i ja jeździłem i widziałem, że nic nie ma, i jadłem, a czasami nie jadłem, bo gospoda była zamknięta. Ale miło się czyta po zachwycie2 z jakim wręcz pożarłem Gulasz... i Czardasza... to nie jest komplement.

To, co było fascynującą podróżą dla mnie i co - w wersji dłuższej i bardziej rozbudowanej - było na pewno fascunującą podróżą dla Vargi, okazało się nie do końca przekładalne na papier. W Gulaszu z turula i Czardaszu z mangalicą było coś więcej: może Historia (ta właśnie przez wielkie H), może coś innego, ale uniwersalnego, zmieniającego opowiadanie w Opowieść. Langosz..., mam wrażenie, nie wchodzi ponad poziom anegdoty.

Być może należało mieć tę książkę ze sobą w trakcie wakacji, jeździć śladem Vargi, czytać Langosza... jak przewodnik. Być może.



1. Telegraficzne podsumowanie tej części wakacji: http://witoldwoicki.blogspot.com/2016/08/starym-pezotem-mkniemy-przez-swiat.html
Foteczki: https://goo.gl/photos/KDvVGRmGPxr9WVcK6

2. O Gulaszu... wspomniałem (http://witoldwoicki.blogspot.com/2010/10/varga-krzysztof-gulasz-z-turula.html), o Czardaszu... tylko miałem (http://witoldwoicki.blogspot.com/2014/08/mangalica-tour-2014.html), ale zachwyt był! 

Brak komentarzy: